Catnapp – Break
Paweł Gzyl:

Basowe piosenki.

Joshua Sabin – Sutarti
Paweł Gzyl:

Zew z litewskich lasów.

Thom Yorke – Anima
Maciej Kaczmarski:

1997-2019-2049?

Koza – Mystery Dungeon
Jarek Szczęsny:

Moby Dick.

D. Carbone – A.C.A.B.
Paweł Gzyl:

D. Carbone idzie na wojnę.

Fire! Orchestra – Arrival
Jarek Szczęsny:

Zrobiło się ciszej.

SØS Gunver Ryberg – Entangled
Paweł Gzyl:

Ciekawie, ale za krótko.

Palmer Eldritch – [dog]
Jarek Szczęsny:

Nieustanny proces chwalenia.

LSD – Second Process
Paweł Gzyl:

Kreatywna kooperacja czy skok na kasę?

Lena Andersson – Söder Mälarstrand
Paweł Gzyl:

Owoc studyjnego spotkania Eomaca i Kyoki.

Michał Miegoń & Adam Witkowski – Dwuja
Jarek Szczęsny:

Zawsze słucha się inaczej.

Lost Few – Between The Silence
Paweł Gzyl:

Muzyka na poprzemysłowe przestrzenie.

Jakub Lemiszewski – 2019
Jarek Szczęsny:

W zaczarowanym nastroju.

Kate Tempest – The Book Of Traps And Lessons
Jarek Szczęsny:

Próba uchwycenia bałaganu dzisiejszych czasów.



Ø [Phase] – Alone In Time

Epicka wizja techno w wykonaniu gwiazdy firmy Token.

Brytyjski producent Ashley Burchett już na początku minionej dekady, kiedy w Londynie grało się w klubach przede wszystkim UK garage, postanowił tworzyć bezkompromisowe techno. Nic więc dziwnego, że pierwszą winylową dwunastocalówkę wydał mu w 2000 roku nieco starszy od niego twórca tego gatunku – Steve Bicknell – nakładem swej tłoczni Cosmic.

Potem schronienie zapewnili Burchettowi dwaj inni weterani– najpierw Richard Polson w Inceptive, a potem Ben Sims w Ingomie. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, mimo dominacji minimalu i dubstepu, w minionej dekadzie cięższe granie też zdobywało nowych zwolenników. Jednym z nich był DJ Kr!s, który powoławszy w 2007 roku do życia wytwórnię Token, trzeci numer w jej katalogu oddał swemu brytyjskiemu koledze.

Po kilkunastu winylowych dwunastocalówkach, Burchett opublikował dwa lata temu debiutancki album. „Frames Of Reference” był pierwszą płytą długogrającą wydaną przez holenderską wytwórnię – i objawiał narodziny talentu dużego formatu. Nic więc dziwnego, że na drugi album Brytyjczyka nie trzeba było długo czekać. „Alone In Time” ma jednak nieco inny charakter od swego poprzednika – będąc medytacją nad czasem i przestrzenią, trwa aż 75 minut i zawiera bardziej hipnotyczną muzykę.

Otwierający krążek utwór „Specialize” rozwija się bardzo powoli – od miarowo stukającego rytmu, przez szeleszczące hi-haty, po brzęczący loop. Dopiero w piątej minucie eksploduje połamany rytm rodem z electro, wiodąc nagranie w mocniej taneczną stronę. „Orbitron” ma już jednak bardziej zdecydowany ton – i od razu uderza zredukowanym bitem w stylu techno, wnoszącym ze sobą pomrukujące basy i laboratoryjne efekty.

Kolejne dwa nagrania odwołują się do klasycznego minimalu ze szkoły Roberta Hooda. „Increment” tętni hipnotycznym rytmem, który otaczają rozwibrowane klawisze o sterylnym brzmieniu. Podobnie dzieje się w „Blind Eye” – choć tym razem utwór ma nerwowy puls ze względu na podporządkowanie go regularnym uderzeniom rwanych akordów. Pewną odmianę przynosi „Nep-Tune” – bo jego głównym wątkiem jest szybki i połamany bit, wiodący wprost w gąszcz żrącej partii syntezatorów.

Tytułowa kompozycja „Alone In Time” ma przestrzenny rozmach. Tym razem twarde uderzenia automatu perkusyjnego milkną, a na plan pierwszy wydobywają się rozwibrowane arpeggia. Szybko okazuje się, że to tylko chwila wycieszenia – bo znajdujący się tuż obok „The Maze” eksploduje od razu skoncentrowaną energią rodem z minimalowego techno, niesioną przez stłumiony puls i soundtrackowe tło. A potem niespodzianka – „Remote”, czyli mechaniczne electro o tłustych breakach.

„Mo_del” znów wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Rytm zostaje tu ograniczony do miarowych stuków, a najważniejsze okazują się syntezatorowe pasaże o trance’owym rodowodzie. „R-Marsh” zabiera nas z kolei od razu na parkiet w Berghain – dudniąc tektonicznym bitem i pohukując metalicznymi akordami. Płytę kończy ciekawy ukłon w stronę metalicznego IDM-u – wypełniony lodowatymi klawiszami i pulsującymi breakami „Astryx”.

Chmurne i mroczne brzmienia składające się na „Alone In Time” mają tym razem mocno rozbudowaną konstrukcję. Brytyjski producent pozostaje co prawda wierny twardemu techno, ale nadaje mu bardziej transowy charakter, stawiając na powoli budowane napięcie i koncentrując się na subtelniejszej narracji. Więcej tu przestrzeni, pojawią się częstsze zmiany rytmu, momentami muzyka nabiera mniej tanecznego, a raczej ilustracyjnego charakteru. To tylko świadczy o rozwoju twórczym Burchetta. A czy Wam się podoba ta odmiana w muzyce gwiazdy wytwórni Token?

Token 2015

www.tokenrecords.com

www.facebook.com/tokenrecords

www.facebook.com/ashleyphase?fref=ts

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.