Shygirl – Cruel Practice EP
Jarek Szczęsny:

Supernowa.

kIRk – Ich dzikie serca
Łukasz Komła:

„Ich dzikie serca” nadają naszym sercom rytm.

Underworld & Iggy Pop ‎– Teatime Dub Encounters
Jarek Szczęsny:

To były czasy, kiedy podrywało się stewardesy.

Jaye Jayle – No Trail and Other Unholy Paths
Jarek Szczęsny:

Americana poddana eksperymentom.

Trzy z Trzech Szóstek
Jarek Szczęsny:

Duy Gebord, Surowa Kara Za Grzechy i Krew.

Palmer Eldritch – Sidereal
Jarek Szczęsny:

Dobre kombinacje.

Kamasi Washington – Heaven And Earth
Jarek Szczęsny:

Kumulacja kulminacji.

Jimi Tenor – Order of Nothingness
Łukasz Komła:

Soundtrack tego lata!

Tropic of Coldness – Framed Waves
Jarek Szczęsny:

Nawet latem jest tu zimno.

Skadedyr – Musikk!
Łukasz Komła:

Norweskie „Szkodniki” potrafią zmysłowo kąsać awangardę! 

SOPHIE – Oil of Every Pearl’s Un-Insides
Stanisław Bryś:

Pop owinięty lateksem. Dekonstrukcja popu i muzyki klubowej nadal jest na językach.

Soundscape Mirror – 49 kilometers to the east
Jarek Szczęsny:

Strona muzyczna, strona wizualna.

David Grubbs & Taku Unami – Failed Celestial Creatures
Łukasz Komła:

Między słowem, improwizacją a…  

XOR Gate – Conic Sections
Paweł Gzyl:

Piękne cacko.



Podsumowanie roku 2015 – Bartek Woynicz

Co w uszach grało i co w nich zostanie.

Poniższe pozycje w kontekście odchodzącego roku, w moim mniemaniu zasługują na szczególną uwagę. W krótkich opisach sięgnąłem podobnie jak w podsumowaniu 2014 do recenzji z naszego portalu – o ile o danej płycie pisaliśmy.

Ptaki – „Przelot”
„Przelot” mógłby po pierwszym odsłuchu wydać się trochę nużący i trafić do worka z niezobowiązującą muzyką tła, jednakże ładunek melancholijnej zwiewności i delikatności jaki zawiera ten album, wznosi go na o wiele wyższy poziom, zapewniając mu pewne uznanie zarówno pośród wrażliwców łapiących powiewy ciepłej bryzy jak i u diggerów podsumowujących obecny rok w muzyce”.

Pełna recenzja tutaj

Lakker – „Tundra”
„Muzyka z „Tundry” jest tak bogato zaaranżowana, że właściwie wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Irlandzcy producenci co prawda czerpią garściami z różnych odmian elektroniki, ale ograniczają się jedynie do zapożyczania z nich pojedynczych elementów. Potem tworzą z nich własną układankę dźwięków, daleką od oczywistości techno, IDM-u, ambientu czy industrialu. W efekcie powstaje świeża i efektowna muzyka, odsłaniająca zarówno wielki talent producenki jej twórców, jak również nowe możliwości tkwiące w każdej z tych estetyk”.
Pełna recenzja autorstwa Pawła Gzyla tutaj

Jacek Sienkiewicz – „Drifting”
15 lat na scenie, 6 album w dyskografii, a poziom witalności i soczystości tego materiału jak u debiutanta roku. Wspaniałe przestrzenie balansujące między techno do klubu, a tym do samotnych wędrówek w słuchawkach.

Floating Points – „Elaenia”
Projekt Sama Shepherda to niebanalne połączenie świata tanecznych syntezatorów z rozbudowaną akustyką tradycyjnych instrumentów (Fender Rhodes, smyki, gitara). W pierwszym momencie wszystko pachnie standardowym kawiarnianym nu-jazzem, jednak w miarę zagłębiania się w ten debiut wylania się spora przestrzeń abstrakcyjnych dźwiękowych miraży.

Syny – „Orient”
Krajowi twórcy hip-hopu zjadają swój ogon, tymczasem duet Piernikowski/Etamski odświeżył zaśniedziałą formułę przekładając język blokowisk/ulicy oraz niewyraźne obrazy z dzieciństwa na swój autorski pomysł, podlany kolażem syntezatorów z brudną stylistyką taśmy z rapem lat 90′.

Algiers – „Algiers”
Połączenie Michaela Jacksona, automatu perkusyjnego, Interpolu, Martina Luthera Kinga i PJ Harvey? Debiutancki album trio z Atlanty to zupełnie nowa jakość zarówno pod względem muzycznym jak i poziomu szczerości, emocji czy dzikości (ach ten koncert na OFF-ie!).

Kirk – „III”
„Oryginalne elektro-akustyczne trio niczym sprawny organizm po raz kolejny wyrzuca z siebie muzyczny strumień świadomości.(…) „III” to płyta bardzo spójna, zwłaszcza rytmicznie, poszczególne jej elementy przelewają się płynnie jeden w drugi, ale gdyby chcieć wyłowić którykolwiek z nich z kompletnej całości to ów element bez problemu stworzyłby zamknięty mikrokosmos”.
Pełna recenzja tutaj.

Nosaj Thing – „Fated”
„Fated” to przepiękny i melancholijnie zwiewny album, osadzony głównie w elektronice, okraszony akustycznymi czy też analogowo ciepłymi brzmieniami, sprawiający wrażenie jakby był soundtrackiem do jakiejś tragicznej historii miłosnej, dziejącej się w jeszcze trudnej do wyobrażenia cyfrowej przyszłości – choć jak pisze sam twórca: „Fated is what you can’t explain, so it’s best to just listen”.
Pełna recenzja tutaj

Raphael Rogiński – Plays John Coltrane and Langston Hughes. African Mystic Music
„Jego niebywała technika gry, bogactwo wpływów oraz bardzo szerokie myślenie o improwizacji powodują, że Rogiński jest jednym z najważniejszych polskich gitarzystów (…). Raphaelowi Rogińskiemu udało się w świetny i nietuzinkowy sposób przedstawić twórczość mistrza free jazzu. Wprowadzając ją na szerokie, pustynne oraz przestrzenne tereny Afryki”.
Pełna recenzja autorstwa Łukasza Komły tutaj

Kamasi Washington – „The Epic”
3 płyty, 172 minuty muzyki, 32-osobowa orkiestra i 20-osobowy chór w 17 utworach. Rozmach tego wydawnictwa jednak nie przytłacza, gdyż jest ono niezwykłą podróżą przez tradycję jazzu spod znaku Coltrane’a czy Adderley’a, afro-beatu Sun Ra, soul zarówno Wondera jak i Bilala czy D’Angelo, aż do twórców Braindfeedera, czyli wydawcy „The Epic”.

Sokół / Hades / Sampler Orchestra – „Różewicz – Interpretacje”
„Bezkompromisowe i często nieoczekiwane interpretacje Sokoła i Hadesa podkreśla taka sama muzyka Sampler Orchestry. Duet opierając się przede wszystkich na brzmieniach winylowych wzbogacił utwory żywymi instrumentami (trąbka!) oraz analogowymi syntezatorami. Płyta, mimo że zakorzeniona w hip hopie, przekracza granice gatunku czerpiąc z estetyki jazzu, ambientu i szeroko pojętej alternatywy. Czuć ogrom pracy włożony w każdy detal longplay’a, a przede wszystkim w jego głębokie brzmienie”.
Pełna informacja o albumie tutaj

The Necks – „Vertigo”
„The Necks w mistrzowski sposób dokonują uelastycznienia awangardy (robią to konsekwentnie od kilku dekad), sprawiają, iż free jazzowa ekspresja miesza się z swobodną improwizacją, elektronika z akustycznymi preparacjami, a przy tym Australijczycy są jak żywe projektory filmowe, wypuszczające z siebie każdorazowo obraz pozbawiony monotonii i rutyniarstwa”.
Pełna recenzja autorstwa Łukasza Komły tutaj

Szatt – „Bloom”
„Bloom” imponuje przede wszystkim bardzo wysokim i równym poziom całości materiału oraz dojrzałością i wyobraźnią Szatta, zwłaszcza w podejściu do aranżacji i zarządzania detalami. Czuć, że drugi album tego producenta to dzieło kompletne i przemyślane, idealnie towarzyszące letnim, leniwym wieczorom”.
Pełna recenzja tutaj

Holly Herndon – „Platform”
Glitchowanie, szatkowanie, pitchowanie, multiplikowanie swojego głosu przy pomocy najnowszych zdobyczy technologicznych jako autorski pomysł na (zaskakująco przyswajalną) muzykę powoduje, że drugi longplay amerykańskiej kompozytorki może stać się podobnie jak twórczość np. Arca czołowym drogowskazem na drodze ku przyszłości lepienia ze sobą dźwięków.

Rimbaud – „Rimbaud”
„Wizjonerska, buntownicza i przełamująca ówczesne konwenanse twórczość Arthura Rimbauda stała się punktem wyjścia dla polskich artystów do przygotowania dawki muzyki, która obezwładnia wszystkie zmysły, a jednocześnie sprawia, że przez te czterdzieści minut nasze emocje są zapędzone do jakiegoś ogromnego kotła, gdzie szaleńczy wir muzyki tria nieustannie je miesza”.
Recenzja autorstwa Łukasza Komły tutaj.

Kangding Ray – „Cory Arcane”
„Oczywiście tak jak w przypadku poprzednich albumów, również „Cory Arcane” towarzyszy szerszy koncept wprowadzony przez towarzyszący muzyce esej, w którym futurystyczna wizja świata żyjącego w informacyjnym chaosie spełnia się już tu i teraz, kusząc zmysłową transgresją i przerażając chłodną obojętnością. Idealnie pasuje to do nowej wersji muzyki Kangding Raya, świadomie wyprowadzonej przez artystę z awangardowego getta w kierunku klubowej ekstatyczności. To krok we właściwą stronę – nie sądzicie?”
Pełna recenzja autorstwa Pawła Gzyla tutaj

Galus – „Flowers Eat Animals”
Niedługa (17:37) ale bardzo wartościowa pozycja ze stajni U Know Me Records łączy swobodne wypowiedzi klasycznych instrumentów z abstrakcyjnym hip-hopem, ale zamiast stawiać na zapętlenia kreuje piękne, introwertyczne krajobrazy. Masteringujący ten krążek Noon napisał o nim: „To duża przyjemność zapoznać się z autorską muzyką, którą nie podąża za żadnymi trendami, a jest efektem własnych poszukiwań”.
Pełna informacja o epce tutaj.

Kendrick Lamar – „To Pimp The Butterfly”
Album, który w zasadzie od dnia swojej premiery w marcu stał się jeszcze ciepłym klasykiem. Wielowarstwowa opowieść, swego rodzaju concept album Czarnej Ameryki, któremu nie przeszkadza stanie jedną nogą po stronie makropopularności i rekordów odsłuchów streamingowych, a drugą na brzegu uznania wyrafinowanego odbiorcy czy też wymagającej krytyki. Niby płyta z rapem, ale muzycznie to jednak o wiele więcej niż hip-hop, bo „To Pimp The Butterfly” to filtr przepuszczający przez siebie tradycje dźwiękowe czarnoskórych legend pokroju Jamesa Browna, Fela Kuti’ego czy Georga Clintona (gościnny udział!), ale też lupa skupiająca talenty współczesnych mistrzów w swojej klasie, m.in. Flying Lotusa, Ambrose’a Akinmusire czy Dr.Dre. Inspirowanie się tym longplay’em przy pracy nad nowym materiałem zadeklarował ostatnio sam David Bowie – efekt ujawni już 8 stycznia!

Alameda 5 – „Duch tornada”
To 2-płytowe wydawnictwo chyba najpełniej pokazuje spektrum zainteresowań Kuby Ziołka, czyli lidera bydgosko-toruńskiego kolektywu. Elektroetniczny trans i motoryczność podwójnego zestawu perkusyjnego oplatają solowe improwizacje Tomka Glazika czy Wojtka Jachny dając piorunujący efekt rozgorączkowanego psychodelicznego pędu pośród cyberapokaliptycznej wizji. Jak w niedawno udzielonym wywiadzie stwierdził sam Stara Rzeka: „we wszystkim, co robimy, staramy się zachować duchowość w maszynizmie”.
Pełna recenzja autorstwa Łukasza Komły tutaj.

Jóhann Jóhannsson ‎– „Sicario”
Oczywiście muzyka w tym wypadku potęguje odczuwane wrażenie w połączeniu z filmem który obrazuje, a jest to swoją drogą jeden z lepszych obrazów jaki gościł w naszych kinach w 2015 roku. Niezależnie jednak o filmu Denisa Villeneuve’a, islandzki kompozytor stworzył dzieło, które potrafi wywołać niemałe emocje, zwłaszcza gdy słuchamy go głośno, w skupieniu i po ciemku. Ścieżka dźwiękowa jest zarazem bardzo dynamiczna i subtelna, łączy delikatną elektronikę spod znaku syntezatora modularnego z lirycznym brzmieniem wiolonczeli i nagłymi zrywami perkusji zainspirowanymi The Swans. Smutek przeplata się tu z agresją. Chyba trudno od czasu muzyki Santaolalli do „Babel” Iñárritu przypomnieć sobie mocniejszą rzecz w tej dziedzinie.
O płycie pisał więcej Łukasz Komła tutaj.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.