Enchanted Hunters – Dwunasty Dom
Krzysiek Stęplowski:

Czasem naprawdę warto czekać. Warto wypatrywać, nawet latami, jeśli tylko cierpliwość nagrodzona ma być w taki sposób.

Ecnahnted Hunters Dwunasty Dom
Rrose – Hymn To Moisture
Paweł Gzyl:

Techno w stylu Marcela Duchampa.

Trzaska/Mazurkiewicz/Szpura – North Meridian
Jarek Szczęsny:

Można się spocić od samego słuchania.

Giant Swan – Giant Swan
Paweł Gzyl:

Czy znany ze świetnych koncertów duet sprawdził się również w studiu?

Floating Spectrum – A Point Between
Jarek Szczęsny:

Cyfrowy pomnik przyrody.

Bleu Roi – Dark/Light
Łukasz Komła:

Wiosną ubiegłego roku wsłuchiwaliśmy się w singiel szwajcarskiego projektu Bleu Roi, a przed kilkoma dniami ukazała się ich nowa EP-ka „Dark/Light”, którą przybliżamy i jednocześnie o niej rozmawiamy z Jennifer Jans.

Traversable Wormhole – Regions Of Time
Paweł Gzyl:

Adam X wraca do projektu sprzed dekady.

Sudan Archives – Athena
Jarek Szczęsny:

Do diabła z dobrymi radami.

Planetary Assault Systems – Plantae
Paweł Gzyl:

W stronę psychodelii.

Sleep D – Rebel Force
Paweł Gzyl:

Muzyczny zapach minionego lata.

Levitation Orchestra – Inexpressible Infinity
Jarek Szczęsny:

Podpalacze wzniecają eutymię.

Innercity Ensemble – IV
Jarek Szczęsny:

Luz i bogactwo.

Grischa Lichtenberger – RE:PHGRP
Paweł Gzyl:

Free jazz w „rasterowej” wersji.

Jónsi & Alex Somers – Lost and Found
Jarek Szczęsny:

Dla przyjemnego słuchania.



David Bowie – Blackstar

Żywot artysty pop-rockowego będącego przed siedemdziesiątką skojarzyć można z jubileuszową trasą koncertową, nagminnym wydawaniem reedycji oraz spijaniem tantiem za radiowe szlagiery. Nie jest to z reguły czas na brzmieniową rewoltę. Zwłaszcza, gdy za niejedną było się odpowiedzialnym za młodu. Tymczasem w swoje 69 urodziny David Bowie robi coś, w czym od zawsze był doskonały – zaskakuje cały świat.

Przez lata potrafił czerpać z dopiero co raczkujących trendów, by przekuć swój wizerunek. Nigdy jednak metamorfoza Różnookiego nie wiązała się z tak śmiałą i całościową transpozycją muzycznego pomyślunku w obszary tak dalekie od poprzednich poczynań. I dotyczy to nie tylko zmiany azymutu obranego na wydanym 3 lata temu „The Next Day”. Wtedy to, po długoletniej absencji, wymyślił koło na nowo rozniecając rockowym żarem piosenkową formę, co było przebudzeniem tyleż niespodziewanym, co nader udanym.

Nową płytę promuje 10-minutowa suita tytułowa, sygnowana żałobnym zawodzeniem w rytm hipnotycznego transu, dająca tym samym wyraźny sygnał, iż na próżno szukać tu komercyjnych przebłysków, do których latami przyzwyczajał słuchaczy. Ostatni tak spójny postulat muzyki eksperymentalnej David Bowie zaprezentował w ramach „Trylogii Berlińskiej”, będącej zarówno świadectwem pop-rockowego geniuszu, jak i proroczej interpretacji nurtów awangardowych.

„Blackstar” jest wulgarny i brutalny („Girl Loves Me”), płaczliwie melancholijny („Dollar Days”) i frywolnie porywający („‚Tis a Pity She Was a Whore”). Siedem kompozycji składa się na wielobarwny wachlarz emocji o wspólnym, definiującym całość mianowniku. Najjaśniejszym bowiem, centralnym punktem brzmieniowym jest tu zwerbowany z nowojorskich klubów Donny McCaslin Quartet, krzyżujący chropowaty jazz z rockowym tąpnięciem. To dzięki niemu „Blackstar” błądzi między synkopowanymi rytmami o hard-bopowym zacięciu, a jaskrawymi partiami saksofonu, pozwalając przepisać art-rockowe idee na nową modłę. Równocennym medium jest tu oczywiście sam głos Bowiego – wypełniający tło uskrzydlającymi wokalizami lub kpiący makiaweliczną manierą, strachliwie drżący lub multiplikowany, zawsze jednak niezmiennie charyzmatyczny, prowadzący narrację wersami pełnymi niedopowiedzeń.

Album święci triumf kunsztu instrumentalistów nad wszechobecną syntetyczną, „laptopową” naturą muzyki naszych czasów. Kolektywna praca nad kompozycjami, które nierzadko nagrane zostały za drugim, bądź trzecim podejściem „na setkę”, cechuje improwizacyjny sznyt, tak pożądany tu przez Bowiego. To dzięki niemu udała się ucieczka przed przytłaczającym, historycznym, pop-rockowym dorobkiem, na który ogląda się jedynie w zamykającą całość utworze o wymownym tytule „I Can’t Give Everything Away”, kiedy to po raz jedyny usłyszymy gitarowe solo zanurzone w trip-hopowym pulsie.

„Blackstar”, będąc produkcją krnąbrną i wyzywającą, rzuca długi cień na tegoroczne muzyczne premiery. Testament Stwórcy w nowym wcieleniu, dla którego ziemski wiek pozostaje pojęciem czysto abstrakcyjnym.

 

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 4

  1. kid-loco

    R.I.P.

  2. Kamila

    Cudne.