Wolność – Nowa Kolonia
Jarek Szczęsny:

Wolność na wolności.

Babadag – Šulinys
Jarek Szczęsny:

Nie budźcie śniącego.

Lee Gamble – In A Paraventral Scale
Paweł Gzyl:

Początek trylogii.

Maurice Louca – Elephantine
Łukasz Komła:

Gargantuiczna bliskość jazzowego kosmosu.

Hoera. – ≈
Łukasz Komła:

Uderzająca subtelność. 

Julia Kent – Temporal
Jarek Szczęsny:

Hipnotyzowanie słuchacza.

Bendik Giske – Surrender
Jarek Szczęsny:

Zagwozdka.

Wiktor Stribog – Poradnik Uśmiechu OST
Stanisław Bryś:

Grzybowe melodie w duchologicznym sosie. 

Orphan Ann – The Practice Of Surrender
Paweł Gzyl:

Piękno w mroku.

Ami Shavit – Yom Kippur 1973
Jarek Szczęsny:

Inspirowane wojną.

Jakub Lemiszewski – Podróż Na Wschód – Część I
Jarek Szczęsny:

Kuba i kamień filozoficzny.

Mchy i Porosty – The Dead Pterodactyl
Mateusz Piżyński:

Techno na strychu.

Nkisi – 7 Directions
Jarek Szczęsny:

Kosmos można stracić z oczu.

Robert Farrugia ‎– Adrift
Mateusz Piżyński:

Harmonijny ambient z mrokiem tylko na okładce?



Ola Bilińska – Libelid

Bilińska kontynuuje swoje poszukiwania w obrębie języka jidysz, ale tym razem śpiewa o miłości.

Polską wokalistkę, kompozytorkę, autorkę tekstów, tłumaczkę oraz multiinstrumentalistę znamy przede wszystkim z udziału w zespołach Babadag i Muzyka Końca Lata. Ale od jakiegoś czasu Bilińska zajmuje się także wykonywaniem pieśni w języku jidysz, oczywiście wprowadzając go na współczesne tory, dzięki nieszablonowym aranżacjom swoich kompozycji z wykorzystaniem muzyki elektronicznej. Na pewno działania Bilińskiej związane z jidysz nie mają nic wspólnego z chwytem marketingowym czy graniem na uczuciach odbiorców. Chcecie przykład nadszarpujący reputację kultury żydowskiej? Wiele lat temu Madonna w trakcie domowej imprezy u rabina wyszła na scenę i zaczęła śpiewać utwory w jidysz. Jestem tego pewien, iż ten język po przejściu przez ustach Madonny stał się wypłowiały, odarty z mistycyzmu i wielu innych cech. Całe szczęście, że na tym świecie mamy takie artystki jak Ola Bilińska.

Pod koniec 2014 roku pojawił się jej znakomity album „Berjozkele – kołysanki i pieśni wieczorne jidysz” (przygotowany m.in. z udziałem Mikołaja Trzaski i Raphaela Rogińskiego). Za ten materiał autorka otrzymała tytuł Folkowego Fonogramu Roku. Płyta „Libelid” z kolei miała swoją premierę jeszcze w 2015 roku podczas warszawskiego festiwalu Nowa Muzyka Żydowska. Teraz nagrania nabrały fizycznych kształtów i zostały wydane przez Żydowski Instytut Historyczny.

Sama artystka podkreśla, że „Libelid” jest rozwinięciem pomysłów, jakie zapoczątkowała na „Berjozkele…”, choć tym razem tematem przewodnim jest miłość. Bilińska przywróciła zapomnianym wierszom z okresu międzywojennego ich blask (m.in. teksty Debory Vogel i Mojsze’a Lejba Halperna). Oczywiście kompozytorka (śpiewająca oraz obsługująca syntezator OP-1, gitarę elektryczną, looper) nie dokonała tego sama, gdyż u jej boku mamy Katarzynę Kolbowską (harfa, śpiew), Edytę Czerniewicz (wiolonczela, śpiew), Kacpra Szroedera (trąbka, flugelhorn, cymbały, śpiew) i Michała Moniuszko (kontrabas, mandolina, śpiew).

Kompozycje z „Libelid” przenoszą nas w bliżej nieokreśloną czasoprzestrzeń. Z jednej strony zanurzoną w nostalgii i melancholii odległych wieków, gdzie zrodził się jidysz, a z drugiej – głęboko osadzoną w teraźniejszości (elektronika, nowoczesne podejście do tworzenia). Słuchając utworu „In der fincte” miałem skojarzenia z Kammerflimmer Kollektief, szczególnie dzięki improwizowanym partiom kontrabasu. Czy to przypadek w kontekście jidysz, że właśnie przypomniała mi się muzyka niemieckiej grupy? Tego nie wiem, ale stężenie wrażliwości u tych muzyków wydaje się być na podobnym poziomie. Ważnymi elementami na „Libelid” są zarówno cymbały, jak i harfa. Ten drugi instrument okazale zaprezentował się w przepięknym i transowym utworze „Mamenju lubenju”, zaś cymbały swoją obecność zaznaczyły w „Ich kusz dich mit ojgn farmach te” i świetnym „Jome Jome” (bardzo ciekawe repetycje wywiedzione od minimalistów). W tytułowym „Libelid” odnajdziemy także ślady skandynawskiej poetyki jazzowej (głównie partie trąbki). A gdyby w „Kalenju wejn ze wejn!” zamienić jidysz na język angielski to wyszłaby z tego dostojna ballada pokroju amerykańskich songwriterów.

„Libelid” to bardzo równa, spójna i przemyślana płyta. Wiem, że to są oklepane frazesy, ale właśnie tak jest w przypadku albumu Oli Bilińskiej, na którym zawarła wyśmienite interpretacje pieśni miłosnych. W żadnym wypadku nie nazwałbym jej twórczości poezją śpiewaną. Zastanawiam się, czy ten zatęchły gatunek wzbudza w kimś jakiekolwiek emocje? To, co proponuje nam polska kompozytorka to raczej wpisuje się w zjawisko muzycznego wehikułu, dającego możliwość odbycia wyjątkowego lotu i dotknięcia zanikającej kultury.

kwiecień 2016 | Żydowski Instytut Historyczny

 

Oficjalna strona artystki »Strona ŻIH »Profil na Facebooku »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.