Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.

S S S S – Walls, Corridors, Baffles
Paweł Gzyl:

Power ambient z Lucerny.



Andy Stott – Too Many Voices

O jeden eksperyment za daleko?

Niezwykle oryginalny, odkrywczy, a przez to ważny producent z Manchesteru po dwóch latach od wypuszczenia ostatniego albumu „Faith in Strangers” powraca z nowym, już piątym w dyskografii longplay’em. Wygląda na to, że pewna droga eksperymentalnych poszukiwań zapoczątkowana w 2011 głośną epką „Passed Me By” dobiegła końca, a „Too Many Voices” zaczyna nowy etap w karierze Andy’ego Stotta. Wybitny producent odtłuścił swoją muzykę z grubej warstwy pogłosu, ściągnął ciężkie kurtyny odkrywanych kolejno ścieżek, a skręcił w stronę bądź to większej przystępności („New Romantic”, „Butterflies”), bądź usilnego udziwnienia swojej twórczości („Forgotten”, „Selfish”). Elementem łączącym ostatnią działalność wydawniczą jest z pewnością gościnny udział Alison Skidmore, która tym razem pojawia się nawet częściej, niż na poprzednich produkcjach Anglika.


Andy Stott – „Butterflies”

Album zawiera 9 utworów mieszczących się w 46 minutach. Eksperymentalność otwierającego całość „Waiting for You” sprowadza się do przypadkowego wyłączania i mocnego pitchowania całości numeru, w „On My Mind” zaś chilloutujące pady okraszane banalną dzwoneczkową melodyką wraz z toporną, a przy tym egzotycznie bongosującą rytmiką brzmią miejscami jak tło w odzieżowej sieciówce. „First Night” zaskakuje płycizną pomysłu – irytująco zapętlony  sampel dwóch słów „take inside” zaczepia nieregularne wynurzenia basowe oraz prosty clap-beat. Zupełnie kuriozalnie prezentuje się zamykające całość tytułowe „Too Many Voices” którego bazą jest zbudowana z wokalnego brzmienia Rolanda 300Sx konstrukcja mająca sprawiać wrażenie zaśpiewanej/scatowanej acapella przez zespół wokalny. Można się domyślić, że efekt miał wywołać klimat syntetycznego chorału gregoriańskiego, niestety wyszła z tego parodia zespołów pokroju Pentatonix. Na tym tle nowoczesne R&B w postaci singlowego „Butterflies” nie wygląda źle, z tym że równie dobrze mogłoby wyjść spod rąk Lapaluxa, a nie filaru poszukującego techno.

Ten album z pewnością znajdzie grono oddanych odbiorców i ciężko jednoznacznie określić go jako porażkę, bardziej jako wypadek przy pracy podczas eskapad eksplorujących, które akurat w tym przypadku zaszły w ślepą uliczkę. „Too Many Voices” sprawia wrażenie materiału zrobionego na siłę, gdzie dobre pomysły są przyćmiewane efekciarskimi wydmuszkami i wyblakłymi patentami. Poza tym, jak mówił sam Stott w zeszłorocznym wywiadzie dla FACT Magazine: „popełnianie błędów, jest najbardziej ekscytującą rzeczą jaką można zrobić”.

22.04.2016 | Modern Love Records

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 2

  1. Wyjmijcie kija

    Album nie przebija poprzednich – zgoda – lekko przekombinowany, ale ze zdaniem, pod którym Łukasz się podpisuje poniżej nie mogę się zgodzić. Piękna harmonia, miła, przewidywalna aranżacja i brzmienia sampli zupełnie nie pasujących do tego klimatu łączą się w coś ciekawego, do czego chce się wrócić. Założę się, że taki „patent” zastosowany przez chociażby Levona Vincenta zostałby przez was nagrodzony gromkimi brawami. No to do cholery, słuchamy muzyki, czy tego kto za nią stoi?

  2. Łukasz Komła

    „Too Many Voices” sprawia wrażenie materiału zrobionego na siłę, gdzie dobre pomysły są przyćmiewane efekciarskimi wydmuszkami i wyblakłymi patentami.” —–> w pełni się zgadzam z tym zdaniem. Jak dla mnie to najgorszy album Stotta i aż ciężko w to uwierzyć, że te dźwięki wyszły spod jego palców. Koszmarny bubel! Zdołałem raz przesłuchać ten materiał i to z wielkim trudem, ufff…