Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.



John Roberts – Plum

Plum – i nic.

Wydany pięć lat temu debiutancki album Johna Robertsa do dziś pozostaje jednym z niedoścignionych przykładów na to, jak można zamienić acid house na muzykę subtelną i nostalgiczną. Nic więc dziwnego, że „Glass Eights” otworzył amerykańskiemu producentowi drogę do wielkiej kariery. Wydany jednak również przez wytwórnie Dial trzy lata później „Fences” zaskakiwał nieoczekiwanym zwrotem artysty w stronę równie onirycznych brzmień, ale wpisanych w formułę przybierającej wtedy na sile bass music.

Po tych dwóch krążkach Roberts rozstał się ze swymi chlebodawcami z hamburskiej wytwórni. Założył wtedy własną oficynę – Brunette Editions – która jak zapowiedział, będzie wydawała nie tylko płyty, ale też książki czy grafikę. Na pierwszy ogień poszła jednak muzyka – dwa single samego właściciela, które balansowały między house’m a breakbeatem, nie dając do końca odpowiedzi o dalszy rozwój stylistyki amerykańskiego twórcy. Przynosi ją właściwie dopiero jego trzeci album, zbierający nagrania, które powstały w ciągu dwóch ostatnich lat w Los Angeles, Nowym Jorku i Berlinie.

Jak na zbiór podsumowujący tak długi okres czasu, jest to wyjątkowo skromny zestaw. Całość trwającą niewiele ponad pół godziny, wypełnia osiem nagrań, które właściwie mają charakter kruchych miniatur. Tym razem Roberts koncentruje się na pastelowej odmianie IDM-u. Większość kompozycji wypełniają sprężyste bity i ćwierkające klawisze, które rozświetla egzotyczna melodyka („Fumes”, „Dye Tones” czy „Clorine”). W innych utworach Amerykanin też nie oddala się zbyt daleko od tej estetyki, sięgając po bliźniacze electro („Six”) lub breakbeat („Wade”).

Niby to koronkowa robota – bo choć nagrania są krótkie, mienią się różnymi barami, ale tak naprawdę „Plum” sprawia wrażenie ulotnej błahostki. Można zrozumieć, że Roberts nie chce się bawić w nagrywanie drugiego „Glass Eight”, ale ucieczka przed powielaniem samego siebie jak na razie nie zaprowadziła artysty w jakieś ciekawsze rejony. Nagrał właśnie swój trzeci album – i niestety najsłabszy w dotychczasowej dyskografii. Trochę szkoda, bo wygląda na to, że goniąc za nowym, Amerykanin rozmienia swój talent na drobne.

Brunette Editions 2016

www.johnrobert.net

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.