ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.

Little Simz – GREY Area
Jarek Szczęsny:

Istotnie, miażdży.

Watergate 26 – Mixed By WhoMadeWho
Paweł Gzyl:

Powoli i bez pośpiechu.

Michał Turowski – Wormwood And Flame
Jarek Szczęsny:

Witajcie w Prypeci.

Gary Holldman – Celina EP
Paweł Gzyl:

Poznański producent rozwija skrzydła.



W jaśniejszej tonacji – relacja z Atonal Festivalu

Podczas poprzednich edycji berlińskiej imprezy najmodniejszą koszulką była ta z napisem „No Faith, No Love, No Hope”. W tym roku nikt już jej nie nosił. Co się stało?

Kilka dni temu jedna z niemieckich gazet zasugerowała, żeby mieszkańcy nadreńskiego państwa szykowali zapasy żywnościowe na wypadek wewnętrznego konfliktu. Potem pojawiła się informacja, że co drugi obywatel Niemiec nie chce, aby władzę w tym kraju sprawowała dalej Angela Merkel. Kiedy wjeżdża się do Berlina od strony Polski na jednym z mostów nad autostradą podróżujących wita jednoznaczny napis: „Fuck Islam!”.

Wydawałoby się więc, że atmosfera w stolicy Niemiec jest podminowana niepokojem o jutro. Tymczasem nic bardziej mylnego. Młodzi berlińczycy wysiadują godzinami w małych knajpkach, popijając spokojnie piwo lub kawę. Po ulicach przesuwa się leniwie sznur rowerzystów, mających w nosie większość przepisów ruchu drogowego. Lekkie narkotyki można kupić przy najbardziej ruchliwym skrzyżowaniu we wschodniej części miasta. Dziewczyny tatuują sobie już nie tylko ręce i ramiona, ale też całe nogi, nie dbając o to, iż większość tych wzorów to kompletna fuszerka. Coraz więcej osób pali tytoń i marihuanę, zapominając o niedawnej modzie na zdrowy tryb życia. Jednym zdaniem – liberalny luz na maksa.

Nastrój ten znalazł swe wyraźne odbicie na zakończonej właśnie kolejnej edycji Atonal Festivalu w Kraftwerk Halle. Impreza, która do niedawna miała opinię najbardziej widocznej i efektownej manifestacji post-punkowych wpływów w nowej elektronice, w tym roku odsłoniła zgoła zupełnie inne oblicze. Widać było to już po publiczności: w przeważającej większości stanowiły ją dziewczyny, choć nadal dominował w strojach kolor czarny, sukienki były bardziej zwiewne i zmysłowe, a z ich kroju przebijała chęć podkreślenia kobiecości, a nie zadania mrocznego szyku czy drapieżnego image’u. W tym roku nikt nie miał na sobie najmodniejszej podczas poprzednich edycji koszulki z Blackest Ever Black z dołującym hasłem: „No Faith, No Love, No Hope”.

Berlin-Atonal-2016-©-Camille-Blake-24 (1)

Tę odmianę słychać było również podczas koncertów. Kiedy sobotni wieczór rozpoczęły sielskie dźwięki śpiewających ptaszków i cicho padającego deszczu, otwierające występ duetu MM/KM, co niektórzy uczestnicy festiwalu popadli w totalne osłupienie. Mix Mup i Kassem Mosse postawili bowiem na archetypiczny chill out w stylu The KLF, serwując relaksacyjny set, który niestety z czasem pogubił się w bezsensownych wariacjach rytmicznych, stając się największą wtopą imprezy. Po oniryczny ambient płynący zredukowanym strumieniem zaszumionych dźwięków, ilustrujących nostalgiczne wspomnienia z dzieciństwa, sięgnął z kolei Alessandro Cortini, wieńcząc w niedzielna noc Atonal Festival w ciepłym i rozmarzonym nastroju.

Podobnych brzmień nie brakowało podczas występu Jonasa Koppa – bo jego projekt „Telluric Lines” zaprezentowany z wizualnym wsparciem Rainera Kohlbergera zaskoczył zwrotem w stronę epickiego ambientu w stylu lat 90. Argentyńskiemu producentowi udało się jednak uniknąć wtórności, a jego premierowe nagrania jedynie w ostatnim fragmencie podszyte miarowym bitem, przywołały wspomnienie najpiękniejszych momentów z historii gatunku rodem z płyt Global Communications. Nawet kiedy w Kraftwerk Halle rozbrzmiewała kosmische musik – wiodące ją syntezatorowe arpeggia miały romantyczny ton, jak choćby podczas prezentacji Imaginary Softwoods czy Summy.

Wiele osób czekało na pierwszy od wielu lat występ duetu Porter Ricks z nowym materiałem. Thomas Köner i Andy Mellwig nie zawiedli. Ich premierowe kompozycje wyrastają wprost z doświadczeń „Biokinetics” sprzed dwóch dekad. To nadal podwodne dub techno – ale tym razem mocniej skoncentrowane na tanecznym rytmie i abstrakcyjnej melodyce, tworzonej przez skorodowane sample. Echa dubowych brzmień rezonowały również podczas występu Felixa K i Eny. Jedynie część tworzonej przez ten team muzyki stanowił smolisty ambient – berliński producent w pomysłowy sposób sięgnął bowiem po elementy jungle’u, efektownie nasycając chmurne drony połamanymi i poszatkowanymi breakami.

Berlin-Atonal-2016-©-Camille-Blake-27

Nawet ci artyści, których dotychczas kojarzono z ciężkimi i ponurymi dźwiękami, wpuścili do swej twórczości więcej światła. Podczas koncertu These Hidden Hands nie zabrakło tektonicznych bitów i zawodzących syntezatorów, ale rozświetlały je melodyjne pasaże gitary i eteryczne wokalizy. „Żywych” dźwięków gitary nie zabrakło w czasie prezentacji duetu Upper Glossa – i to właśnie one powiodły kompozycje dwóch dziewczyn w stronę kojącej wersji shoegaze’u. Echa przestrzennego IDM-u słychać było z kolei w muzyce Second Woman. Turk Dietrich z Belong i Joshua Eustis z Telephone Tel Aviv grają trochę jak kiedyś Autechre – ale podrasowują mocniej swe nagrania na basową modłę.

Post-punkowy underground nie składa jednak broni. Weteran nurtu znany z Psychic TV i Coila – Drew McDowall – pokazał, że psychodeliczne preparacje o metalicznym sznycie rodem z klasyki Throbbing Gristle nadal brzmią efektownie. Kurt Dahlke znany jako Pyrolator (ale też współpracownik DAF i założyciel wytwórni Ata Tak) oddał piękny hołd geniuszowi kosmische musik – Conradowi Schnitzlerowi. Rekonstrukcje starych nagrań z jego archiwów zabrzmiały jednak mocno taneczne i melodyjnie, a towarzyszyły im pomysłowe wizualizacje, również sklejone z dawnych filmów nieżyjącego eksperymentatora.

Richard Fearless z Death In Vegas porzucił wreszcie idiotyczny big-beat i nagrał w tym roku świetną płytę „Transmission” w stylu wczesnych dokonań Chris & Cosey. Podczas berlińskiego festiwalu odbyła się koncertowa premiera tego materiału – oczywiście z Saschą Grey przy mikrofonie. Choć nie obyło się bez usterek (głównie technicznych), koncert okazał się udany – a uwodząca dziewczęcym urokiem Sascha (tak, tak: adidasy, luźna koszulka i… koński ogon) sprawdziła się w roli wokalistki. Seksualnych aluzji nie zabrakło za to podczas performance’u Croatian Amor. Połączenie zdeformowanych cytatów z popu z nowofalową elektroniką i cut-upowymi filmami ułożyło się podczas spektaklu „Love Means Taking Action” w czytelne przesłanie, wyrażone ostatecznie finałowym okrzykiem: „Please, Wake Up!”.

Berlin-Atonal-2016-©-Camille-Blake-31

Nie zawiodło wspólne show duetu Orphx i JK Flesha, choć muzycznie zdominowali je Kanadyjczycy. Na godzinę Kraftwerk Halle ożywiło betonowe techno pełne odwołań do EBM-u i industrialu, w którym brak było jednak metalowych gitar, tak typowych dla twórczości Brytyjczyka. Bardzo oczekiwany powrót na Atonal projektu UF, tworzonego przez Kerridge’a i Oake, wywołał niezamierzoną konsternację. Berlińscy artyści odarli swą muzykę ze wszelkich ozdobników, koncentrując się na łupanych bitach, wyjących klawiszach i wściekłych wrzaskach. W sumie była to powtórka sprzed dwóch lat – tym razem jednak nazbyt efekciarska, przez co robiąca momentami… groteskowe wrażenie.

Większość mocnego techno została w tym roku podczas Atonalu sprowadzona do nocnych sesji na parterze Kraftwerk Halle. To jednak nadal silna reprezentacja – ale już sam fakt, że najważniejszym wydarzeniem tego segmentu festiwalu było pożegnanie się z fanami cenionej wytwórni Jealous God pod wielce wymownym tytułem „Optimistic Decay”, świadczy że część wykonawców tego nurtu, sama jest już zmęczona jego negatywnym wydźwiękiem. Nic więc dziwnego, że sporo uczestników festiwalu szukało oddechu od tych brzmień w trakcie setów w Tresorze czy Globusie, w których panowały bardziej klasyczne odmiany gatunku, serwowane choćby przez Marcellusa Pittmana, Ike Release czy Ectomorph.

Tegoroczna edycja Atonal Festivalu pokazuje, że sytuacja na elektronicznej scenie jest obecnie paradoksalna: wzrost politycznego i społecznego napięcia w Niemczech, w Europie, a nawet w USA, wcale nie powoduje, że muzyka staje się jeszcze bardziej wściekła czy depresyjna. Ku zaskoczeniu wszystkich dzieje się dokładnie na odwrót: w artystach i fanach odżywa tęsknota za czymś pozytywnym, co objawia się w cieplejszych i łagodniejszych brzmieniach, nucie optymizmu w przesłaniu, a nawet w… jaśniejszej tonacji noszonych przez ludzi z tej sceny ubrań. Tego się chyba nie spodziewaliście?

Fot. Camille Blake

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 4

  1. Electron

    Czy ja wiem? Tegoroczna edycja na main stage jak dla mnie osobiscie chyba byla najslabsza. doslownie i w przenosni. Jeden wielki eksperyment. Byc moze wlasnie Atonal wrocil do swoich korzeni z lat osiemdziestych?
    Niestety, ostatni najlepszy dzien tegorocznej edycji opuscilem z przyczyn logistycznych. Bardzo bylem zawiedziony umieszczeniem Porter Ricks w niedzielnym lineupie. Pozostaje czekac na nowy material dla Tresora chyba ze gdzies ktos udostepni ich wystep z Atonala.

    • Paweł Gzyl

      Raczej to nie był powrót do korzeni, tylko próba poszukiwania nowej formuły. Trochę po omacku na razie. Atonal w latach 80. to był ekstremalny industrial. A w tym roku takiej muzyki nie było za wiele.

  2. daneck

    Paweł, a coś więcej o nowym materiale Porter Ricks?

    • Paweł Gzyl

      Momentami mocno przypominał „Biokinetics”. Tylko zdecydowanie mniej eksperymentalny. Bardziej wyraźne rytmy taneczne, no i tak jak napisałem – ciekawe melodie splecione z sampli dubowych korozji. Niewiele też tych podwodnych brzmień – chyba tylko w dwóch utworach. Czyli rewolucji nie ma – ale jak ktoś lubi, to się nie zawiedzie.