Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.

9t Antiope – Grimace
Jarek Szczęsny:

Mikrus.

Malin Genie – Anthropomorphic Sympathy
Paweł Gzyl:

Stylowe electro i IDM w duchu lat 90.

Telefon Tel Aviv – Dreams Are Not Enough
Mateusz Piżyński:

Gdy w Tel Avivie zgaśnie światło…

Philipp Gorbachev – Kolokol
Paweł Gzyl:

Prawosławie i elektronika.

BNNT is Jerusalem in My Heart – Multiversion #4
Jarek Szczęsny:

Część czwarta.



Nasza rozmowa – Igor Boxx

Tuż przed jego 50 urodzinami rozmawiamy z Igorem Pudło, czyli 1/2 duetu Skalpel. 

Spotykamy się nie bez powodu, gdyż już jutro będziesz obchodził okrągły jubileusz 50 lat przebywania na Ziemi, a zarazem 25-lecie pracy w biznesie muzycznym.

To prawda, 7 grudnia zakończę 5 dekadę życia, a 10 grudnia będę to świętował we Wrocławskim klubie Carpe Diem. Jestem osobą posiadająca lekką (dość zresztą oswojoną) fobię społeczną, czyli jestem generalnie niezbyt chętny do kontaktów z ludźmi. Umiem sobie z tym radzić zwłaszcza gdy jestem czegoś pewien, gdy jestem dobrze przygotowany, najlepiej na terenie dobrze przez siebie rozpoznanym. W tym kontekście organizując sobotni koncert poradziłem sobie z pewną presją społeczną by zrobić jakąś imprezę celebrującą wspomniany jubileusz. Przybiorę raz jeszcze maskę artysty i zaprezentuję dj-set/live-act mieszając w nim moje solowe rzeczy z innymi projektami w których się udzielałem.

Łącząc to z klasycznymi urodzinami dla przyjaciół.

Otóż to.

W związku z okrągłą rocznicą Twojej pracy twórczej, myślę że warto zacząć naszą rozmowę od jej początków, a w zasadzie od momentów, które ją ukonstytuowały. W jednym z wywiadów wspominałeś, że już jako dzieciak bawiłeś się w swoisty „cut and paste” taśmami magnetofonowymi, montując z nich autorskie kolaże. W kontekście faktu, że jesteś mocno kojarzony z samplingiem, ta historia bardzo zgrabnie się łączy w coś na kształt przeznaczenia?

Faktycznie były takie sytuacje, pierwszy raz chyba jeszcze w podstawówce, bo nie miałem wtedy nawet gitary. Obrazuje to w moim poczuciu, że pojawił się u mnie taki moment gdy z fana muzyki, biernego odbiorcy chciałem się stać twórcą, a przynajmniej w bardziej czynny sposób partycypować w tym, co się dzieje. Później ta chęć realizowała się poprzez moją pracę w sklepie muzycznym, gdy zostałem dziennikarzem muzycznym, a potem dj-em. Podobną zabawę w powiedzmy audio-kolaż uskuteczniłem w okolicach roku 90, kiedy to usłyszałem audycję o muzyce house w Trójce.

Maciej Chmiel ją prowadził i z tego co pamiętam błędnie wyjaśnił genezę powstania nazwy tego gatunku, jako muzyki robionej w domu. Co się w sumie zgadzało, bo nie robili tego raczej gdzie indziej, ale nie było to po prostu prawdą. W tej audycji mówiono o tworzeniu tracków z różnych fragmentów już gotowych nagrań i pamiętam, że to mnie zainspirowało bezpośrednio to spróbowania czegoś podobnego. Nagranie, które wówczas powstało (zresztą mam je gdzieś do dzisiaj) skleiłem z różnych fragmentów nagrań punkowych i lekcji do nauki angielskiego. Później samplowaliśmy tę płytę również na potrzeby Skalpela.

Pewnie chodzi o tę samą, z której korzystał Noon przy „Bleak Output”, a którą charakteryzował mocno depresyjny wydźwięk.

To, o czym mówisz to jest „Thinking in English”, a ja korzystałem z „Mówimy po Angielsku”.

Kolejna rzecz, która rzuciła mi się w oczy, gdy robiłem research do naszej rozmowy, a którą chyba można uznać za pewien fundament Twoich przyszłych poczynań, to fakt że bardzo lubiłeś w dzieciństwie muzykę Jerzego „Dudusia” Matuszkiewicza do ówczesnych seriali, takich jak „Wojna Domowa”, „Przygody Psa Cywila” czy „Janosik”.

Tak myślę, że nawet podświadomie mogła ta muzyka mieć spory na mnie wpływ. Matuszkiewicz jako pionier jazzu powojennego i twórczość Skalpela faktycznie nie leżą od siebie za daleko.

Jakie byś wymienił jeszcze inne zjawiska w muzyce, które Cię ulepiły zanim zostałeś pełnoprawnym artystą?

Miałem okres fascynacji tzw. synth-popem, czyli zespołami OMD, Human League, Soft Cell, Depeche Mode, Yello, ale też bardziej awangardowymi jak Cabaret Voltaire, DAF czy The Residents. Wcześniej i później oczywiście duży wpływ na mnie miał Kraftwerk.

A jaki zespół był, a może jest jeszcze dla Ciebie najważniejszy?

Jako najważniejszy dla mnie zespół wymieniłbym jednak The Beatles. Był dla mnie czymś zupełnie odmiennym, jak ze świata równoległego. W końcówce lat 70-tych w radiu leci Boney M, Abba czy Drupi. Na tym tle The Beatles zabrzmiało bardzo świeżo. Nawet Kurt Cobain, czyli mój rówieśnik mówił, że poznanie tego zespołu to był dla niego rodzaj szoku. A potem się szybko dowiedziałem, że ten zespół nie istnieje już od 8 czy 9 lat i to było równie szokujące.

Niedawno przypomniałem sobie „Biały Album”, który najlepiej pokazuje całą panoramę muzyki zarówno współczesnej w 1968 roku jak i jej historię, bo są tam też przecież jakieś pastisze musicalowe czy wodewilowe, jest country, a nawet reggae. Przedostatni numer „Revolution 9”, który jest muzyką konkretną, kolażem sampli z taśm zrobił na mnie wówczas ogromne wrażenie. Dziś słyszę go jako przemyślany, zaaranżowany kawałek, ale wtedy był szokiem. To jest w ogóle utwór programowy, bo wg. Lennona jest to dźwiękowa reprezentacja rewolucji.

Ja znowuż pamiętam, że doznałem podobnego szoku, gdy trafiłem na płytę „Revolver”, a zwłaszcza na „Tommorow Never Knows”.

Do którego Chemical Brothers się odnieśli i to nie raz, choć raz niemal dosłownie.

No właśnie, bo czasem to działa też w drugą stronę i przychodzi rozczarowanie, gdy się np. dowiadujesz, że co drugi numer z „Blue Lines” Massive Attack jest prawie, że coverem numerów z lat 70.

Prawda, w tym konkretnie przypadku również poznałem twórczość Cobhena po oczarowaniu debiutem Massive Attack. Pierwsza myśl jaka się pojawia, to że jest to dokładnie to samo, ale potem można jednak dostrzec, że pewne rzeczy są wycięte, poukładane i że tam jednak dużo pracy i inwencji było.

No dobrze, ale zboczyliśmy nieco od tematu. Rozpoczęcie oficjalnej pracy twórczej datujesz na rok 1991, dlaczego akurat ten?

Bo jest to pierwszy rok, gdy za działalność związaną z muzyką otrzymałem pieniądze. Było to w czasie wakacji, gdy wraz z kolegą ze studiów Leszkiem Michno byliśmy już zafascynowani rapem, a ja stawiałem pierwsze kroki jako dj. Zorganizowaliśmy wówczas coś takiego, co się zwało Rapoteka w klubie studenckim Studnia przy ulicy Szewskiej we Wrocławiu. Zarobiliśmy jakieś pieniądze z bramki, ale że był to okres wakacyjny, to po paru imprezach o raczej słabej frekwencji temat zginął. Było też chyba wówczas za wcześniej na imprezy o takim charakterze.

W tym samym okresie pojechałem też po raz pierwszy do Londynu, od razu na 3 tygodnie i zobaczyłem tam dj-ów, którzy grali z płyt winylowych. U nas wówczas wszyscy byli zafascynowani kompaktem jako nośnikiem idealnym, a ja zobaczyłem, że to właśnie winyl może być bardzo ciekawym nośnikiem. W jakimś second handzie kupiłem wówczas kilkadziesiąt płyt po 50 pensów i w domu zacząłem się zastanawiać: o co w tym chodzi? Dlaczego jest jeden kawałek w wersji pełnej, instrumentalnej i a capella? Do czego się tego używa? Dopiero pierwszy oficjalny miks Funk Master Flexa pokazał mi, o co chodzi i czym jest hip-hop jako forma pośrednia pomiędzy tworzeniem muzyki, a jej odtwarzaniem. Tworzeniem mash-upów, blendów czy freestylów.

Parę lat później już na dobre zadomowiłeś się we wrocławskim środowisku hip-hopowym, zostałeś na przykład oficjalnym dj-em Tymona. Zacząłeś też pracować w legendarnym klubie Kolor.

Tak, w Kolorze grałem czasem nawet 3 imprezy w tygodniu. Pracowałem wówczas również w sklepie z płytami, w hurtowni muzycznej, więc miałem dostęp do płyt. To było bardzo ważne, bo dj wówczas się wyróżniał właśnie tym, że miał ten dostęp. Dziś to już żaden wyróżnik. Stamtąd zostałem wyrzucony, może się trochę źle zachowywałem, a może trochę też za dużo hip-hopu puszczałem (śmiech). Na moje szczęście otwierał się wówczas klub Podium, który mieścił się na Dworcu Świebodzkim i tam miałem w piątki swoje imprezy, którym przyświecał plan by puszczać muzykę – nazwijmy ją hardcore i hip-hop.

Czyli gatunki pod skate’ów.

Dokładnie. Przełomem była wtedy niezwykła po dziś dzień skala popularności singla „Scyzoryk” Liroy’a, po którym było wiadomo, że ten kierunek będzie się tylko rozwijał. Do Podium przychodziło sporo ludzi, którzy wymieniali się płytami i zrobił się z tego taki trochę dom kultury. Na pewno można określić ten klub jako miejsce założycielskie dla wrocławskiego hip-hopu. Tam odbył się na przykład pierwszy koncert F.F.O.D., a ja miałem tam swój jedyny w życiu występ w roli rapera. Mój zespół nazywał się Pudłoskop, a na gitarze grał w nim Bartek Dziedzic znany obecnie jako producent Brodki, Artura Rojka i Pustek.

Na czym zacząłeś działać jako twórca muzyki?

20 lat temu mój ojciec wymyślił, że na moje 30 urodziny sprawi mi komputer. Ja miałem podejście rodem z „Dnia Świra”, czyli coś w stylu „ale tato, po co mi komputer, co ja będę robił z tym komputerem, do czego się to przyda?”. No ale się przydało, bo kolega miał program Cubasis do robienia muzyki i tak zacząłem coś tam na nim tworzyć. Również pisać, co zbiegło się z powstaniem magazynu hip-hopowego „Klan”.

O to też chciałem zapytać, bo chyba nie każdy Cię z tym kojarzy, nawet jeśli kiedyś się z „Klanem” zetknął.

Trafiłem do „Klanu” przez kontakty Arka Delisia, pracującego wówczas w firmie fonograficznej Sony, a który to Arek był odpowiedzialny za zebranie redakcji do miesięcznika i który rozpytywał o nadających się do tego ludzi po różnych hurtowniach muzycznych, itp. Tak na mnie trafił, a ja zaprosiłem do „Klanu” Tymona Smektałę, o którym już wcześniej wspomniałeś. Tak zaczęliśmy tworzyć pierwszy magazyn hip-hopowy w Polsce w 1997 roku. Trzeba wspomnieć, że sama inicjatywa wyszła od Krzysztofa Kozaka, założyciela wytwórni RRX, który zainspirował się sukcesem gazet z płytą dedykowanych metalowi.

„Klan” był z pewnością ważnym elementem polskiej kultury hip-hopowej, oczywiście pojawiały się w związku z nim jakieś antagonizmy, zwłaszcza, że na początku była to gazeta mocno propagandowa wytwórni RRX, a później T1-Teraz. Dla mnie ten czas był ważny, bo robiłem sporo wywiadów, np. z artystami związanymi z Ninja Tune czy Big Dada, przez co zacząłem myśleć, że Ci moi idole to są jednak normalni ludzie i w sumie czemu my nie mielibyśmy wydawać muzyki tam gdzie oni.

„Klan” był gazetą papierową, którą pewnie sporo osób jeszcze gdzieś z sentymentu przechowuje, wracając do niej co jakiś czas przy większym sprzątaniu. Ja natomiast znalazłem w sieci link do wywiadu z Tobą na nieistniejącym już portalu T-Mobile-Music i uświadomiłem sobie, że tego materiału już nie ma, nikt go nie wrzuci w inne miejsce, nikt do niego nie wróci. Jak się zapatrujesz na taki stan rzeczy? Wszystko idzie w wirtualność, coraz mniej rzeczy jest namacalnych.

Jak ja się zapatruje? No właśnie tak na przykład, że tutaj w ciągu sekundy mogę odpalić syntezator, który używam na koncertach Skalpela.

(Igor wyjmuje i odpala tablet pokazując aplikacje)

Tutaj znowuż w jedną sekundę włączam sobie książkę Petera Hooka o New Order, którą aktualnie czytam. Mogę się komunikować z całym światem dzięki takiemu urządzeniu. Także bardzo wygodna rzecz. (śmiech)

To oczywiste, że trudno dziś funkcjonować poza technologią. Ja też nie przyszedłem tu dziś ze stenotypistką tylko dyktafonem (śmiech), ale czy masz jakieś jeszcze przywiązanie do rzeczy jako takich. Masz chyba sporą kolekcję płyt?

Mam, ale sądzę, że takie przywiązanie jest właśnie kulą u nogi. Uważam, że to jest akurat dobre, że muzyka się uwalnia od fizyczności. W gruncie rzeczy muzyka to rzecz niematerialna.

SKALPEL@Klasztor

Czyli nie masz takich spiskowych refleksji, że kiedyś ktoś wyjmie globalną wtyczkę i cała muzyka zapisana gdzieś w sieci bezpowrotnie zniknie?

Jak ktoś wyjmie globalną wtyczkę to wtedy zgaśnie światło i gramofony również przestaną działać.

No ok, ale na gitarze akustycznej zagrasz.

Faktycznie zagrasz, ale nie za głośno. W filmie „Scratch” jest taki moment gdy gitarzysta pyta retorycznie ”co się stanie z gramofonami jak prądu zabraknie”, a kamera pokazuje na jego „podłogę” pełną efektów gitarowych…

Podobnie zestawiają w filmie „It Might Get Loud” Jacka White’a, który robi gitarę z butelki po Coli z The Edge z U2 i jego nieprzebraną ilość efektów.

Mówiąc całkiem poważnie uważam, że muzyka, która jest warta przetrwania jest już na nośnikach fizycznych, a to co się tworzy dziś nie jest warte przetrwania. Tzw. muzyka rozrywkowa począwszy od korzennego bluesa, który wyrażał cierpienie niewolników amerykańskich, poprzez jazz, rock’n’rolla, kontrkulturę, punk-rocka i hip-hop były czymś sprawczym w zmianach kulturowych prowadzących do emancypacji człowieka. W tym sensie muzyka dziś już nie pełni tej funkcji, ani nie wnosi nic znaczącego formalnie czy estetycznie. Także jakby co, nie będzie za czym płakać.

Ja bym płakał za kilkoma po prostu pięknymi numerami.

Ok, ale nie zanosi się by ktoś współcześnie tworzący miał dostać Nobla jak Bob Dylan. Nie wiem, może jakiś raper? Ktoś odczyta na nowo teksty Jay’a Z? (śmiech)

A jakie masz zdanie o streamingu muzyki?

Wszedłem w niego dopiero w tym roku i muszę powiedzieć, że bardzo fajna rzecz. Jest to absurdalne, bo nie musisz kupować płyt, a masz prawie za darmo wszystkie nagrania – show biznes powinien przez to upaść, a nie upada póki co.

A z perspektywy twórcy nie masz z koncernami streamingowymi problemu? Pewnie jedynie jakieś tam 0,00000001 grosza do Ciebie trafia z tego tytułu.

No cóż, a co ja mam na to powiedzieć? Godzę się z rzeczywistością po prostu. Takie płotki jak my traktują to jako formę promocji. Ktoś posłucha to może przyjdzie na biletowany koncert. Nawet chyba Noel Gallagher powiedział, że według niego nie będzie już takich jak kiedyś, bo nie generuje to już takich przychodów. Nie można sobie pozwolić na to, co kiedyś.

Na przykład na Jumbojeta jak Iron Maiden.

Tak, dokładnie. Obecnie jesteśmy pracującymi muzykami. Trochę takimi gwiazdami jeszcze są o dziwo twórcy EDM jak Skrillex czy Diplo, którzy zarabiają niewspółmiernie wielką do swojej twórczości kasę. Jakieś dziesiątki czy setki tysięcy ludzi słucha typów, co puszczają muzykę z kompaktu. Oczywiście oni sami tę muzykę produkują, ale potem się zdarza, że podczas „koncertu” widać, że odtwarzacz jest nie podłączony, a tracki lecą bezpośrednio ze stołu od akustyka.

Rozumiem, że Ty się utrzymujesz z muzyki?

Tak, ale po pierwsze trzeba grać koncerty, a po drugie my mamy jako Skalpel to szczęście, że wydaliśmy płyty w Ninja Tune, która to jest wytwórnią bardzo dobrze zorganizowaną i umie zagospodarować muzykę na bardzo różnych i licznych polach, poprzez publishing – udostępniając materiał radiom, telewizji, teatrom, pokazom mody, itd. Pewnie mało kto wie jak ważny jest taki drugi podziemny świat, który generuje kasę z reklam, telewizji, filmu. Tam są pieniądze.

U nas takie osoby, jak na przykład Muniek dobrze żyją z ZAiKS-u.

Ale to w zasadzie są jedynie tantiemy z radia. W Anglii nawet niepopularną muzykę eksploatuje się bardziej i szerzej.

Marcin Cichy poza tworzeniem swoich rzeczy od ponad dekady zarabia głównie na robieniu miksów i masteringu, Ciebie nie ciągnęło w tego typu działalność?

Przede wszystkim ja mam mniejsze potrzeby (śmiech). Marcin ma córkę, która już chodzi do szkoły, wyremontował sobie dom, więc ma wyższe koszty utrzymania. Musi mieć więcej, a ja nie muszę (śmiech). Dla mnie w jakimś stopniu dodatkowym źródłem dochodu jest sporadyczne granie za pieniądze jako Igor Boxx.

Jak już jesteśmy przy tak przyziemnym temacie jak pieniądze, to nurtuje mnie pytanie o Twój stosunek do działania na polu wszelkiego rodzaju dotacji państwowych. Twój album „Breslau” idealnie nadawałby się by otrzymać jakieś wsparcie od miasta pod szyldem promocji Wrocławia.

To wszystko się sprowadza do stwierdzenia „mógłbym, ale czy chcę?”. Mi trudno byłoby się przemóc i postawić się w roli człowieka, który prosi się o coś u ludzi, których generalnie nie lubi, czyli tak naprawdę u polityków.

Rozumiem, że jeżeli sami by się zgłosili do Ciebie to trochę inna sytuacja i wtedy byś to rozpatrzył? We Wrocławiu ostatnio widać, że chyba Miloopa ma jakieś dobre finansowanie i promocyjnie wychodzi na tym bardzo dobrze.

Wielu jest czy też było artystów, co dobrze się odnajdują w takich realiach. Potrafią generować pieniądze na swoje projekty i z tego żyć. Na przykład LUC nagrał płytę o Wrocławiu, za którą dostał duże pieniądze. Są tacy artyści, którzy przyjeżdżają do Wrocławia, zostają wrocławianami, eksploatują muzycznie i finansowo to miasto, i z niego wyjeżdżają.

LUC już nie mieszka we Wrocławiu?

Teraz chyba w Trójmieście, ze wskazaniem na Sopot, ale przyjedzie na Sylwestra, zagra u nas na Rynku. Trochę się z tego śmiejemy, ale trochę mam zrozumienie dla takiego nowego modelu życia. Jeździ po całej Europie, ma z tego zabawę, ma pieniądze, zapewne wielu ludziom się to podoba. Nie mam argumentów by to potępić w czambuł.

Czyli pewnie też raczej chłodno oceniasz realizację projektu Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury.

Ja bym może nawet oceniał to gorąco, gdyby ktoś się zwrócił do zespołu Skalpel, by w tym na przykład uczestniczył (śmiech).

Śmiejemy się, ale w sumie byłoby to pierwszym, logicznym krokiem. Skalpel to jest ogólnoświatowa wizytówka tego miasta.

No, ale przecież w tych wszystkich instytucjach nie zasiadają ludzie, którzy nawet nie, że się znają, ale chociaż prowadzą jakiś research… Do nich trzeba przyjść, a najlepiej ich znać i tak naprawdę coś tam wyszarpać. A po takich paru sprawdzonych projektach, tworzy się grupa ludzi wokół których wszystkie działania się kotłują. To jest tak zwany układ, mówiąc terminologią partii rządzącej (śmiech).

No dobrze zamknijmy rozdział grantów, finansowań i pieniędzy. Z Marcinem Cichym poznaliście się w okolicach 1997 roku. Obecnie Marcin, pomimo że przeniósł się z tworzeniem do software’u, to jednak cały czas rozwija swój park maszyn. Czy to znaczy, że bardziej działacie na jego sprzęcie? Gdy niedawno z nim rozmawiałem, twierdził że obecnie Wasze spotkania odbywają się raczej u Ciebie, a nie u niego w stosunku 9 do 1. Możemy teraz sprawdzić jak Ty to widzisz.

Ja bym powiedział, że w rzeczywistości to wygląda tak, że w ciągu roku 9 razy on przychodzi do mnie, a raz ja przychodzę do niego (śmiech).

Czyli nie minął się z prawdą.

Te 10 spotkań w ciągu roku ma charakter towarzysko-konwersacyjny. Raczej tam nic razem nie robimy muzycznie. To akurat się odbywa mailowo. Zdarza nam się, że odpalimy razem komputery, ale to bardziej pod kątem przygotowań koncertowych. Teraz akurat zrobimy sobie półroczną przerwę w graniu i pewnie trochę w tym czasie zmienimy nasz format sceniczny. Marcin faktycznie ma spory park maszyn, ale wiem, że kupił sporo banków brzmień profesjonalnych, jakieś dęciaki, smyczki, gitary i działa na tym oraz na software’owych synthach.

Faktycznie mówił w wywiadzie ze mną, że nie słyszy już różnicy między żywym graniem a VSTi.

Tu akurat się z nim nie zgadzam do końca. Uważam, że dobry sampel z płyty jest nie do zastąpienia. Zdecydowanie ja na przykład wolę kontrabasy z płyt, niż z VSTi. Samo samplowanie jest trochę już pieśnią przeszłości, głównie ze względów formalno-prawnych. Ale problem się pojawia, gdy dany utwór wygeneruje jakieś pieniądze i wtedy objawia się twórca oryginału, jak to było w przypadku słynnej sytuacji z Peją i Stanem Borysem. Ewentualnie jeszcze może być sytuacja, że jakiś artysta ze względów ambicjonalnych się zgłosi, że sobie nie życzy wykorzystywania jego twórczości.

Ostatnio była też głośna sprawa Led Zeppelin vs. Spirit, choć tu akurat chodziło o plagiat.

Tak, finalnie Led Zeppelin się wybroniło.

Choć kawałki brzmią bliźniaczo.

Tak i tu się pojawia kolejny problem, bo liczba fajnych kombinacji melodycznych i harmonicznych jest ograniczona. Zwłaszcza w popie to słychać. Siadam do klawiatury, gram coś i brzmi to fajnie, ale jak to możliwe, że nikt przez ostatnie ileś set lat tego nie zagrał przede mną? Problem pojawia się gdy linia melodyczna czy wokalna jest podobna i staje się to hitem. Kanye West na przykład samplował „Dziewczynę o Perłowych Włosach” zespołu Omega i formalnie wytwórnie się nawet dogadały, ale sam autor dostał ok. 10.000 dolarów i się oburzył, że co to za kwota i to się w sądzie toczyło potem.

Z tych między innymi przyczyn jako Skalpel staramy się samplować umiejętnie, tak by było to mało rozpoznawalne. Dj Premier chyba powiedział, że w sumie ta sytuacja formalno-prawna wymusza większą kreatywność i ja się pod tym podpisuję. Kończąc poboczny wątek, generalnie lubię muzykę samplowaną, ale też hybrydową gdzie jest miejsce na syntezatory, sample i żywe instrumenty. Mogę zdradzić, że coś takiego będzie miało miejsce na nowej płycie Skalpela, gdzie zaprosimy muzyków oraz wokalistów.

No to zaostrzyłeś apetyt! Jeżeli jesteśmy w temacie gości. Przez cały okres swojej działalności współpracowałeś z wieloma artystami, czasem z naprawdę różnych bajek. Można rzec, że prawdziwy z Ciebie muzyczny kameleon. Poza działalnością powiedzmy hip-hopową, gdzie oprócz współpracy z Tymonem, nagrałeś na przykład numer ze wspomnianym LUC-iem i Możdżerem, popełniłeś też remiks dla Apteki.

Tak, dałem Łukaszowi bita, ale potem nie uczestniczyłem w procesie twórczym i to on zaprosił do współpracy Możdżera. A w tym ostatnim przypadku wyszło to ze strony Kodyma, który okazał się być fanem Skalpela i poprosił mnie o remiks. A ja jako fan Apteki zrobiłem ponadto nawet taki megamix. Natomiast jego przeformatowanie osobowościowo-ideologiczne w ostatnich latach sprawia, że nie jest mi już z nim po drodze. Jednakże płytę „Menda” uznaję za rodzime arcydzieło.

Miał też miejsce epizod współpracy z Jerzym Mazzollem jako Mazzboxx.

Tu nawet zrobiona jest cała płyta.

Requiem Records to miało wydawać?

Tak, Mazzoll się tym zajmuje i może kiedyś ujrzy ten projekt światło dzienne. Jestem póki co poza tym. Jerzy się tym zajmuje. Album był złożony z materiałów koncertowych Mazzolla, które miały miejsce w warszawskim Jazzarium. Ja ten materiał pociąłem i zrobiłem coś nowego. Moja współpraca z Mazzollem zaczęła się przy moim wydaniu koncertowym, w czasie gdy Skalpel został zawieszony przez Marcina.

Najpierw Mazzoll udzielił się w projekcie, gdzie przekształcałem numery Skalpela na dubowo, a potem już przy płycie „Breslau” – wprawne ucho może wyłapać tam sample z jego grania. Wcześniej zasiliłem jego projekt „Jasno”, który był taką słowno-muzyczną opowieścią o historii yassu, co miało miejsce w Radiu Gdańsk. Finalnie Mazzoll zagrał na dwóch koncertach Skalpela.

Można też się dokopać w Twojej historii do różnych dla Ciebie wspólnych momentów z zespołem Pustki.

Cieszy mnie tak samo jak muzyczna również pozamuzyczna przyjaźń z tym zespołem. Lubię bardzo remiks utworu „Parzydełko”, który po zawieszeniu Skalpela był pierwszą rzeczą, którą zrobiłem. Poza tym miałem z 3 występy sceniczne z Balladami i Romansami.

Warto może też wspomnieć, bo idą Święta, że popełniłeś coś na kształt kolędy wspólnie z Cezarym Duchnowskim i Agatą Zubel.

Faktycznie, to w sumie miało pośredni związek z festiwalem Sacrum Profanum. Była to dalece posunięta dekonstrukcja.

No właśnie, Wasz występ w 2012 roku, podczas którego zdekonstruowaliście utwory Lutosławskiego, Pendereckiego, Góreckiego i Kilara to było w sumie dość odważne przedsięwzięcie, stawiające Skalpel w nowym świetle, zapis tego koncertu nie doczekał się oficjalnej czy nawet nieoficjalnej publikacji w żadnej formie, a szkoda.

Ten materiał nie ujrzał światła dziennego i pewnie już nie ujrzy.

Ale sam zapis gdzieś jest jak rozumiem?

Jest super profesjonalny zapis nawet filmowy, bo to chyba nawet TVP realizowało.

Czyli co? Penderecki nie chce dać praw czy inny powód?

Szczerze mówiąc nie wiem.

A Ty masz chociaż ten zapis?

Dostałem kiedyś poufny link z tym materiałem, a my jako Skalpel posiadamy jakieś nagrania demo tego projektu, ale moim zdaniem nie brzmi to jakoś powalająco. Z drugiej strony Oneohtrix Point Never wypuścił w Warpie to, co przygotował pod ten festiwal na płycie „Commisions I” i w moim poczuciu jest to słabsze od naszej propozycji (śmiech).

To powiedz może jeszcze dwa zdania o Twoich bardziej znanych projektach, czyli Evorevo i Nervach.

W momencie gdy Skalpel zawiesił działalność szukałem kogoś do współpracy, bo w sumie nigdy wcześniej samodzielnie nie finalizowałem żadnej produkcji. Poznałem wtedy Agima Dżeljilji na weselu u Magiery i zainteresowałem go swoimi pomysłami, ale na ten czas Őszibarack święcił największe triumfy i Agim nie znalazł czasu, ale już wówczas zasialiśmy jakieś ziarno, które po kilku latach wykwitło jako Nervy.

Natomiast moje szkice, które na początku przedstawiłem Agimowi, dokończyłem finalnie z Magierą, zresztą w dużym chaosie. Cieszę się jednak, że się w ogóle udało nawet w takiej formie jak jest, bo nie lubię rzeczy niedokończonych. Jeśli chodzi o Nervy to dla mnie obecnie jest to projekt skończony, ale wiem, że Agim robi drugą płytę.

Czy jak patrzysz dziś na swoje płyty, które wydałeś solo, ale i z kimś to masz jakieś przemyślenia na ich temat, że na przykład coś byś poprawił? Słuchasz ich w ogóle czasem?

Czasem myślę na przykład, że płytę „Breslau” można by ciekawiej zmiksować. Oczywiście też album Evorevo został zrobiony w pośpiechu i z dużymi błędami. Z perspektywy czasu widzę, że to nie powinna być płyta instrumentalna. Natomiast mogę też już powiedzieć, że ten projekt będzie miał swój ciąg dalszy. Z Magierą i Maćkiem Kurowickim pracujemy nad nowa płytą Evorevo. Co do Skalpela to nie mam żadnych pytań…, bo jakież do klasyków można mieć pytania (śmiech).

Myślisz, że jesteś w stanie przypomnieć sobie, co myślałeś o sobie jako o 50-latku w wieku na przykład lat 20? Gdzie wtedy będziesz, co będziesz robił?

Taka perspektywa to z pewnością wówczas były lata świetlne, nie do ogarnięcia wyobraźnią. Prędzej myślałem co będzie się działo w roku 2000, kiedy będę miał 34 lata. Jak miałem te 17 lat to był akurat stan wojenny i wyglądało na to, że ta szarzyzna dookoła i beznadzieja zostaną z nami na zawsze. Nawet w 1988 roku, kiedy już nikt chyba nie wierzył w tę całą ideologię, w ten komunizm to i tak panowało przekonanie, że siłą rozpędu to już tak zostanie w jakiejś karykaturalnej formie. Blade Runner się dzieje w 2019 roku, więc 2016 był równie abstrakcyjny.

A tak w ogóle studiowałeś coś? Bo Marcin to już wiemy, że 10 lat studiował, ale został z wykształceniem „prezydenckim”.

Najpierw zdawałem na historię sztuki, ale się nie dostałem i finalnie dostałem się na kulturoznawstwo w momencie gdy ten kierunek był dość elitarny, bo było nas 15 osób na roku, a chętnych na jedno miejsce też gdzieś tyle. Tak jak Marcin nie mam magistra. Pisałem pracę magisterską w 1991 roku pt. „Postmodernizm w perspektywie kulturowo-muzycznej”, choć chciałem pisać o hip-hopie, ale promotor uznał to za niepoważne i finalnie w ogóle się nie broniłem.

A dziś umiesz sobie siebie wyobrazić za lat 10, 20, 30?

Będę robił to, co robię, bo na nic innego już się nie przekwalifikuję. Będzie pewnie szło to wszystko w taką stronę jak teraz, że na przykład mam już skończoną kolejną płytę. Taki wielopłaszczyznowy, wyrafinowany koncept-album, którego sam się trochę boję. Jest to oparte na literaturze pięknej, ale też na sporej części historii muzyki popularnej. Takie pewnie rzeczy będę tworzył gdzieś na boku. Mam też nadzieję, że historia zespołu Skalpel będzie nadal kontynuowana.

Zastanawiam się jedynie jak się zmieni technologia, kiedy będziemy mieli, np. chipy w głowie, które z pominięciem słuchu będą wywoływać wrażenia audiowizualne. Tak jak kupno komputera w wieku lat 30 zmieniło moje życie, tak teraz na 50-kę postanowiłem kupić sobie syntezator i wyjść ze swojej strefy komfortu. Marcin zrezygnował z hardware’u, a ja chcę spróbować. Myślę też o powrocie do gitary.

Mam jeszcze pytanie o nazwę Twojej pierwszej kapeli, bo na pewno takową miałeś.

Z kapelą będzie trudno, ale pamiętam jaką pierwszą nazwę w ogóle wymyśliłem. A było to „Breslau SS” w ósmej klasie podstawowej, czyli w 1981 roku. Było to w czasach kiedy władze udowadniały wciąż piastowskość Wrocławia, a na ówczesnym placu Dzierżyńskiego widniało hasło „Wrocław Miastem Pokoju”. Na pewno myślałem o nazwie 997, czyli numerze na milicję, ale był już angielski zespół 999. Potem dowiedziałem się, że przed The Clash Mick Jones grał w zespole London SS, stąd inspiracja. Także nazwa z dzieciństwa powróciła w sumie na płycie „Breslau”.

To na sam koniec tradycyjnie pytam moich rozmówców o to, czego ostatnio słuchają. Czego Ty ostatnio słuchasz?

W latach 80-tych mogłem nagrać sobie Dead Kennedys z radia na kasetę i słuchać tego 2 tygodnie, bo nic innego bym po prostu nie miał. Dziś słucham codziennie mnóstwo rzeczy, ale mam konkretną odpowiedź na to pytanie. Przez ostatnie dwa tygodnie słucham dyskografii Nico. Byłem na jej koncercie we Wrocławiu w klubie Pałacyk w 1985 roku. Jest to przejmująca, głęboka muzyka, w wykonaniu wielkiej artystki (czasem przy współpracy np. Johna Cale’a i Briana Eno). Słucham też New Order (ostatnia płyta też bardzo dobra), a jak New Order to również Joy Division.

Dziękuję Ci pięknie za rozmowę.

Fotografie autorstwa Bartosza Hołoszkiewicza.

https://www.facebook.com/IgorBoxx/?fref=ts
https://soundcloud.com/igor-boxx
https://www.facebook.com/Skalpel/?fref=ts
https://www.facebook.com/evorevomusic/?fref=ts

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. kjg

    Ależ fajny wywiad. Zrobiony na luzie i chyba przez to tak ciekawy. Swoją drogą jako mieszkaniec Wrocławia sam się zastanawiałem, czemu wykonawca o renomie jaką ma Skalpel w żaden sposób nie została zaangażowana w obchody stolicy kultury.