Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.

Flaner Klespoza – Wędrówka po lesie, w którym mieszkają bogowie i rosną wszechświaty
Jarek Szczęsny:

Spójna opowieść.

The Advent – Life Cycles
Paweł Gzyl:

Futurystyczne electro w oldskulowym stylu.

Field Works – Ultrasonic
Jarek Szczęsny:

Nietoperze jako podstawa twórcza.

Apparat – Capri-Revolution (Soundtrack)
Mateusz Piżyński:

Pierwsza odsłona serii muzyki filmowej Saschy Ringa.

Grischa Lichtenberger – KAMILHAN; il y a péril en la demeure
Paweł Gzyl:

Chrzęszczące ballady.

KeiyaA – Forever Ya Girl
Jarek Szczęsny:

Niepasujące do siebie puzzle.

Atom™ & Jacek Sienkiewicz – Stal
Jarek Szczęsny:

Gotujące się chemikalia.



Golden Dawn Arkestra – Stargazer

Duch mistrza Sun Ra wiecznie żywy.

Ten tajemniczy wieloosobowy skład swą nazwą nawiązuje do dwóch zjawisk: do Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, czyli okultystycznej grupy, której członkiem był m.in. Aleister Crowley, oraz do The Arkestra – słynnego, wiecznie mutującego bandu dowodzonego przez Hermana Poole Blounta, wizjonera space-jazzu znanego lepiej jako Sun Ra. Jeśli zresztą wierzyć materiałom prasowym, lider Golden Dawn Arkestra – Zapot Mgwana (w rzeczywistości Topaz McGarrigle) – to nieślubny syn zmarłego w 1993 roku Blounta.

To raczej fikcja, ale kreatywna. Zespół powstał w 2013 roku w teksaskim Austin i zadebiutował rok później znakomitą EPką imienną. Album „Stargazer” ukazał się na początku mijającego roku, prowokując prasę do zgrabnych sformułowań: „Nie tyle zespół, co sekta tworząca prawdziwie psychodeliczną muzykę” (NME), „Podróż jak soundtrack z filmu Alejandro Jodorowsky’ego, do którego można tańczyć” (Mashable) czy „Nie wiem, kurwa, o co chodzi z tą kapelą” (Tiny Mix Tapes). A chodzi przede wszystkim o niczym nieskrępowaną zabawę.

Jest to przede wszystkim zabawa formą i konwencją. Łączenie ze sobą funku, soulu, jazzu, afrobeatu i rocka psychodelicznego nie stanowi dla GDA żadnego problemu. „Stargazer” to niejako pomost pomiędzy dokonaniami Jefferson Airplane a projektami George’a Clintona, takimi jak Funkadelic i Parliament. Czego tu nie ma! Rozwydrzone dęciaki, szalejące perkusjonalia, subtelny wibrafon, punktujący klarnet basowy, przeszywający saksofon, ciepłe klawisze, potężne bębny, wypukły bas, gitara wah-wah, staroświecki vocoder, wycieczki w stronę Orientu…

Na żywo też są doskonali. Widziałem ich we wrześniu w berlińskiej Kantine am Berghain, na tyłach słynnego klubu. Dziesięć osób na scenie, wszyscy ubrani w fantazyjne stroje i misterne maski, wokół kadzidła, tancerki, cuda na kiju. Na płycie brzmi to czasem jak połączenie Sun Ra i Sly & The Family Stone, czasem jak Ennio Morricone na kwasie, jeszcze innym razem – niczym cudaczna kapela z kantyny na Tatooine w „Gwiezdnych wojnach”. Fani albumu „Intervision” Jimiego Tenora i jego nagrań z Kabu Kabu też powinni być zadowoleni. Tylko osiem utworów i 37 minut muzyki, a tyle zamieszania.

Modern Imperial Records | 2016

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.