The Chemical Brothers – No Geography
Jarek Szczęsny:

Wszystkie znane chwyty.

Kucz/Bilińska – Kucz/Bilińska
Jarek Szczęsny:

To nie jest płyta na dzisiejsze czasy.

Logos – Imperial Flood
Paweł Gzyl:

Sielski krajobraz wschodniej Anglii przełożony na awangardowy grime.

Alberich – Quantized Angel
Paweł Gzyl:

Suma wszystkich przemian.

Amnesia Scanner And Bill Kouligas – Lexachast
Jarek Szczęsny:

Taniec z kaktusem.

HVL – Rhythmic Sonatas
Paweł Gzyl:

Jak to się robi w Gruzji.

Marek Kamiński – Not Here
Łukasz Komła:

Patrzeć w gwiazdy leżąc wśród nich.

These New Puritans – Inside The Rose
Maciej Kaczmarski:

Na wzburzonym morzu.

Christian Löffler – Graal (Prologue)
Paweł Gzyl:

Popowo i trance’owo.

Ifriqiyya Electrique – Laylet el Booree
Łukasz Komła:

Jeszcze więcej krwi, potu i transu!

Tommy Four Seven – Veer
Paweł Gzyl:

Brytyjski mocarz powraca wreszcie z nowym albumem.

Stefan Goldmann – Tacit Script
Paweł Gzyl:

Konceptualna awangarda wywiedziona z techno i house’u.

DJ Spider – Democide
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku.

Sonmi451 – Nachtmuziek
Ania Pietrzak:

„Nie przeszkadzać”.



Brian Eno – Reflection

Najwyższej próby ambient od klasyka gatunku.

Anegdota głosi, że w połowie lat 70. Brian Eno, hospitalizowany po samochodowej kraksie, włączył w szpitalu płytę z muzyką na harfę z XVIII wieku. Kiedy z trudem wrócił do łóżka, zauważył, że poziom głośności jest zbyt niski, był jednak zbyt osłabiony, by wrócić i zrobić głośniej. W efekcie dźwięki docierały do niego z dystansu, niektóre na granicy słyszalności. Eno dostrzegł w tej niedogodności nowy sposób słuchania muzyki – traktowania jej jako elementu otoczenia na podobnej zasadzie, co oświetlenie czy szeleszczący deszcz za oknem. Mówiąc krótko, muzyka tła – ambient.

Były członek Roxy Music zgłębiał temat na płycie „Discreet Music” (1975) i czterech krążkach z serii „Ambient” (1978-1982). Ale Eno nie tyle wymyślił gatunek, co raczej odkrył go dla popkultury, nadał mu definicję i wprowadził pod strzechy (lub raczej na lotniska). Przed nim muzyką tła zajmowali się chociażby John Cage, Morton Feldman i przede wszystkim Erik Satie, który w 1917 roku zaproponował ideę „muzyki meblowej” („furniture music”) sprowadzającej dźwięki do czysto użytkowej funkcji, jakiej nie powstydziłby się tapczan czy meblościanka.

Sto lat później ambient jest wszędzie – od światowych sal koncertowych, poprzez programy popularnonaukowe, aż po hotelowe windy. Brian Eno szczerze przyznaje, że sam już nie wie, co ten termin oznacza. Dla niego to głównie muzyka generatywna, czyli stworzona w ramach systemu algorytmicznego i, raz wprawiona w ruch, podlegająca nieustannym zmianom. Słowem, muzyka na podobieństwo rzeki ze słynnego porzekadła przypisywanego Heraklitowi – zawsze jest to ta sama rzeka, lecz nigdy taka sama. Ta analogia idzie zresztą dużo dalej w przypadku „Reflection”.

O ile podstawowa wersja płyty na CD i winylu to po prostu jeden utwór trwający równe 54 minuty, o tyle jej alternatywny wariant w postaci aplikacji na smartfona nie ma jednej, ostatecznej formy. Od momentu uruchomienia programu, muzyka (i towarzyszące jej wizualizacje) może trwać w nieskończoność, przybierając całkowicie niepowtarzalne struktury. Ostatnie minuty wersji „albumowej” to miarowe wyciszenie. W przypadku aplikacji dźwiękowej to słuchacz decyduje o tym, kiedy nastąpi finał. Dokonuje się swego rodzaju zrównanie twórcy z odbiorcą.

Tak więc podobnie jak w przypadku ubiegłorocznej płyty Sama Kidela „Disruptive Muzak” (nasza recenzja tutaj), wyciszona zawartość „Reflection” stanowi pewien odprysk, „skutek uboczny” przewodniej idei, jaką jest koncepcja muzyki generatywnej. Treść albumu, jak się rzekło, składa się z pojedynczej, blisko godzinnej kompozycji, która jest wprawdzie statyczna, lecz daleka od repetycji. Nie ma tu punktów zaczepienia – wszystko trwa w dziwnym bezczasie, jakby pod wodą albo w zwolnionym tempie, niespiesznie rozlewając się we wszystkich kierunkach.

Brian Eno stwierdził, że muzyka na „Reflection” wprowadza go w nastrój kontemplacji – stąd tytuł (album chyba nieprzypadkowo ukazał się 1 stycznia, w okresie rozmaitych, nie tylko muzycznych, podsumowań). Jest to być może najlepsza płyta tego samozwańczego „nie-muzyka” od czasów „Apollo: Atmospheres and Soundtracks” z 1983 roku. Te nieuchwytne, niekontrolowane dźwięki są równie amorficzne i ulotne, co myśli, idee i tytułowe refleksje. To już od dawna nie jest muzyka do sterylnych wnętrz, lecz ścieżka dźwiękowa swoistych „krajobrazów wewnętrznych”.

Warp Records | 2017

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.