Bottle Tree – Bottle Tree
Łukasz Komła:

Na chicagowskiej scenie wyrosło butelkowe drzewo!

Seabuckthorn – Turns
Łukasz Komła:

Gitara zapędziła elektronikę do drewnianej chaty.

Tobias. – Eyes In The Center
Paweł Gzyl:

Samoodtwarzająca się elektronika.

Gas – Narkopop
Paweł Gzyl:

Jeden z najbardziej oczekiwanych powrotów w historii nowej elektroniki.

P.E.A.R.L. – Temptation Through Impatience
Paweł Gzyl:

Sztuka umierania w rytmie techno.

Blaine Todd – Golden Apples of the West
Łukasz Komła:

Czy jedne z najpiękniejszych piosenek tego roku napisał Blaine Todd?

Ulver – The Assassination of Julius Caesar
Adam Mańkowski:

Wilki z północy wciąż kondensują muzyczne stylistyki.

Air Texture Vol. V – Compiled By Spacetime Continuum & Juju & Jordash
Paweł Gzyl:

Ambient to nie zawsze znaczy to samo.

Miwon – Jigsawtooth
Paweł Gzyl:

Wbrew modzie.

Gary Holldman – My Trips EP
Paweł Gzyl:

Tym razem swoje producenckie talenty objawia nam sam szef poznańskiej wytwórni.

Dark Sky – Othona
Paweł Gzyl:

Koniec z komercyjnymi ambicjami.

Go Hiyama – I Am Goodbye
Maciej Kaczmarski:

Go, Hiyama, go!

Ben Long – Standing Alone
Paweł Gzyl:

Kiepska okładka, ale muzyka przednia.

King Ayisoba – 1000 Can Die
Łukasz Komła:

Król na pokładzie Glitterbeatu! 

Carsten Jost – Perishable Tactics

Siedemnaście lat minęło jak jeden dzień.

Jednym z pierwszych wydawnictw opublikowanych przez hamburski Dial był tuż po uruchomieniu wytwórni debiutancki album jednego z jej założycieli – Carstena Josta. Wydany w 2000 roku „You Don’t Need A Weatherman” zdefiniował w czytelny sposób brzmienie producentów związanych z tłocznią – łączące w prekursorski wówczas sposób minimalową rytmikę z chmurną elektroniką i nostalgicznym nastrojem.

Zaskakujące okazało się w tym kontekście, że po tak udanym krążku, Jost właściwie niemal całkowicie wycofał się z tworzenia muzyki, poświęcając się prowadzeniu Dial. Sytuacja zmieniła się dopiero w zeszłym roku, kiedy na rynek trafił album duetu Misanthrope SA, który niemiecki producent założył z kolegą po fachu – Robertem Kuliskiem. Mroczny ambient o niemal blackmetalowych koneksjach z „Deathbridge” wskazywał, że, Jost oddalił się bardzo od swych klubowych korzeni.

Tym bardziej niespodziewana wydaje się być obecna premiera „Perishable Tactics” – pierwszego do siedemnastu lat autorskiego albumu szefa Dial. Mało tego – jeszcze większym zaskoczeniem jest to, że krążek przynosi podobną muzykę do tej z „You Don’t Need A Weatherman”. Oczywiście uwspółcześnioną o doświadczenia klubowej elektroniki ostatnich lat, ale w swym ogólnym sensie oscylującą wokół nastrojowego house’u i techno o minimalowym brzmieniu i soundtrackowym rozmachu.

Zaczyna się co prawda jak płyta Misanthrope CA – od zawiesistego dronu uzupełnionego niepokojącymi szeptami i filmowymi smyczkami („Intro”). Kiedy potem uderza jednak zwiewne elektro nasycone wyciszoną elektroniką o ambientowym tonie, muzyka wskakuje na właściwy tor („Ambush”). Jeszcze bliżej dokonań Josta sprzed siedemnastu lat lokuje się „Antlantis II” – bo to zredukowany deep house, uzupełniony eteryczną melodyką rodem z kompozycji Angela Badalamentiego. Bardziej korzenną odmianę gatunku o detroitowym rodowodzie przynosi „Atlantis I” – łącząc funkowy puls z rhodesowymi wariacjami i sonicznymi akordami.

„Perishable Tactics” otwiera segment z dub-house’m, który definiują masywne basy i bujające bity oraz strzeliste pasaże tęsknych klawiszy („Army Green” czy „Platoon RLX”). W „Love” i „Dawn Patrol” muzyka nabiera większego ciężaru, zbliżając się do masywnego dub-techno wypełnionego zawiesistymi kaskadami Hammonda. Czysto taneczny charakter ma „Platoon RLX II” – zaskakując zwrotem stronę kolońskiego tech-house’u o trance’owej ekspresji. Całość wieńczy ambientowa koda – łącząca anielskie chóry z gitarowymi zawodzeniami („Outro”).

„Perishable Tactics” idealnie pasuje do katalogu Dial. Mamy tu bowiem do czynienia z elegancją i wyrafinowaną muzyką taneczną o zdecydowanie europejskim tonie, zza której wyziera bogata tradycja muzyczna Starego Kontynentu i spowijająca go atmosfera egzystencjalnego smutku. Carsten Jost mieszka obecnie w Nowym Jorku – i to być może właśnie ta daleka perspektywa sprawiła, że w jego nowych (ale i starszych – bo jest tu kilka utworów z minionej dekady) nagraniach odbija się tak mocno to, co stanowi o kulturowym dziedzictwie Niemiec i innych krajów Europy.

Rekrutujemy! Dołącz do redakcji Nowamuzyka.pl

Chcesz pisać o muzyce? Napisz do nas! Rozpoczęliśmy rekrutację do naszego zespołu. Po prostu wyślij maila z przykładowym tekstem. Dowiedz się więcej tutaj »



Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 3

  1. rychu_m

    Tyle lat czekania i warto było, fakt szkoda, że nie wszystkie utwory są nowe ale wszystko pasuje do siebie więc nie będę marudzić.

    • Paweł Gzyl

      Tak samo bylo na pierwszej plycie – w sumie byla to kompilacja winylowych dwunastocalowek. Co nie zmienia faktu, ze muzyka przednia.

  2. guybrush

    ” bo jest tu kilka utworów z minionej dekady” i moim zdaniem należało to bardziej podkreślić, bo trochę nieporozumieniem jest wrzucanie na nowy LP aż trzech utworów z minionych lat: dwa „Atlantisy” oraz „Love”. Dziwna zagrywka Josta i znamienne, że to właśnie te 3 traki są najlepsze na całej płycie…