Tsvey – TSVEY
Jarek Szczęsny:

Niepotrzebna popisówka.

Roger Waters – Is This the Life We Really Want?
Jarek Szczęsny:

Czy już tylko starcom zależy na naszym świecie?

Porter Ricks – Anguilla Electrica
Paweł Gzyl:

Osiemnaście lat przerwy. I co?

Goldie – The Journey Man
Ania Pietrzak:

Dojrzały i świetny powrót legendy, ba, Cesarza drum’n’bassu!

Philippe Hallais – An American Hero
Krystian Zakrzewski:

Trochę Twin Pekas. Trochę Eraserhead.

Roots In Heaven – Petites Madeleines
Paweł Gzyl:

Muzyka jak powieść.

Manu Delago – Metromonk
Jarek Szczęsny:

Solowa płyta współpracownika Björk.

Sterac Electronics – Things To Think About
Paweł Gzyl:

Tańczymy breakdance!

Pin Park – Krautpark
Jarek Szczęsny:

Noc żywych syntezatorów.

Hurray For The Riff Raff – The Navigator
Jarek Szczęsny:

Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt tego roku.

Jean-Michel Blais & CFCF – Cascades
Bartosz Latko:

Jeśli szukasz albumu który ukoi nerwy i pozytywnie nastroi – to właśnie go znalazłeś.

Si Begg – Blueprints
Paweł Gzyl:

Elektronika z czasu maszyn parowych.

Broken English Club – The English Beach
Paweł Gzyl:

Piękno industrialnego rozpadu.

Wandl – It’s All Good Tho
Ania Pietrzak:

Przesłodzone ballady o lekkim zabarwieniu elektronicznym (tylko dla fanów tego typu zjawisk).

Shed – The Final Experiment

Powrót do punktu wyjścia.

Rene Pawlowitz podkreśla w wywiadach, że najważniejszym doświadczeniem w jego życiu było uczestnictwo w pierwszych rave’ach na początku lat 90. Nic więc dziwnego, że choć od tamtego czasu upłynęło już ponad ćwierć wieku, tworząc własną muzykę, nadal poszukuje on w niej tego samego wyzwalającego uczucia, jakiego doświadczał mając dwadzieścia lat i bawiąc się w takich klubach jak Tresor czy E-Werk. Efektem tego są jego kolejne płyty, które realizuje nie tylko jako Shed, ale też choćby jako Equalized czy Head High.

Wszystko wskazuje na to, że początkowo Pawlowitz znalazł te same emocje w nowoczesnym techno – czego efektem były jego pierwsze nagrania dla Ostgut Ton, spuentowane albumem „Shedding The Past” z 2008 roku, który pozwolił szerzej zaistnieć berlińskiej wytwórni, ale również pomógł zdefiniować aktualną wizję gatunku. Z czasem okazało się, że bardziej ciągnie go w stronę połamanej rytmiki, typowej dla brytyjskiej odmiany rave’u. Efektem tego okazały się najpierw euforyczne nagrania realizowane pod szyldem Head High, a potem również twórczość firmowana jego głównym pseudonimem.

Kulminacją tego procesu, niewątpliwie mającego wiele wspólnego z tym, że każdy człowiek w miarę upływu czasu z coraz większą nostalgią wraca do czasów swej młodości, jest czwarty album Pawlowitza. Przynosi on jedenaście premierowych nagrań, które odwołują się do klasyki elektroniki z początku lat 90. w jeszcze bardziej dosłowny sposób. Tym razem niemiecki producent ogniskuje swą tęsknotę za arkadyjskim czasem dla tego gatunku w postaci eterycznego IDM-u, jaki poznaliśmy w tamtym czasie za sprawą takich artystów, jak Aphex Twin, Bochum Welt, czy Wagon Repair.

Tak ładnych i melodyjnych kompozycji w wykonaniu Sheda jeszcze nie słyszeliśmy. Kiedy sięga on po bardziej ilustracyjne brzmienia o panoramicznym tonie, przypominają się wczesne dokonania Carla Craiga, łączące detroitowe techno z jazzowymi harmoniami („Razor Control” czy „Call 32075!”). Gdy muzyka nabiera tanecznej energii, skoncentrowanej wokół szeleszczących breaków, słychać w niej echa dokonań Ubika czy Hi-Ryze („Black Heart” czy „Taken Effect”). Stąd już krok do pierwotnej wersji IDM-u, łączącej połamane rytmy z bajkową elektroniką i tęsknym nastrojem – jak u Aphex Twina („Flaf2” czy „ER1761”).

Jeśli by wziąć na poważnie tytuł tego albumu – „The Final Experiment” – można by wysnuć wniosek, że Rene Pawlowitz chce zakończyć swoją karierę, wracają dokładnie do punktu jej wyjścia. Żaden z jego dotychczasowych krążków nie był bowiem tak otwarcie nostalgiczny jak ten. Wcześniej berliński producent odwoływał się do przeszłości, ale wykorzystywał ją by stworzyć aktualną muzykę, wymykającą się jednoznacznej klasyfikacji. Teraz tego nie ma: jego jedenaście premierowych nagrań uwodzi pięknymi melodiami, czystością aranży i subtelnym nastrojem, ale to tylko wysokiej klasy retro.

Monkeytown 2017

www.monkeytownrecords.com

www.facebook.com/monkeytownrecords


Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 6

  1. Bamse

    Warto pamiętać że „The Final Experiment” to także tytuł znakomitego utworu z jednej z porpzednich płyt SHEDa – „The Traveller”.

  2. Elektron

    Odbior T2 zalezy od punktu odniesienia. Tak wyszlo ze po T2 przypadkowo znalazlem film ktory wbija sie w kanwe wschodniego Trainspottingu , niemiecki „Als wir träumten”. Ciekawe spojrzenie na ksztaltujaca sie scene muzyczna w Niemczech po zjednoczeniu.

    • Troublemaker

      Moim punktem odniesienia i myślę że wielu ludzi, którzy widzieli jedynke, było zobaczyć co nowego/dobrego słychać u starych znajomych. I dobrze się przy tym bawić, bawiłem się przednio. Co do gorzkich refleksji wspomnianych przez Pawła, były do przewidzenia, wszak chyba nikt nie wierzył, że tym koleżkowcom mogło się powieść, życie wygrać, hehe. A z twojego punktu widzenia jak to wygląda? W rytmie marzeń nie widziałem, ale jutro sprawdze.

    • Paweł Gzyl

      Tez ogladalem – u nas byl jako „W rytmie marzen”. Srednio udany, ale oddawal klimat epoki.

  3. Troublemaker

    Lubie takie płyty podawane przez ludzi z pewną pozycją. I zdecydowanie wolę słuchać rzeczy inspirowanych latami 90′ od rzeczy turbo nowatorskich, abstrakcyjnych pokroju kassem mosse. Takim królem niekwestionowanym w kwestii nawiązań jest andy stott i jego boczne projekty, najbardziej cenie HATE! Pan Paweł był już projekcji T2? Jak wrażenia? Scena spotkania po latach w kiblu mistrzowska, ehehe.

    • Paweł Gzyl

      T2 bardzo pomyslowy. Wiele zabawnych nawiazan do pierwszej czesci. Aczkolwiek dosyc gorzkie refleksje wywoluje w sumie.