Terence Fixmer – Through The Cortex
Paweł Gzyl:

Nastrój, nie energia.

Mazutti – Kształt Jazzu Który Ma Dojść
Jarek Szczęsny:

Albo i nie.

Aphex Twin – Collapse EP
Ania Pietrzak:

Ukochany troll częstuje kryształami.

Tim Hecker – Konoyo
Jarek Szczęsny:

Wkurz przemądrzałego realistę.

Kaczmarek – K.A.C.Z.M.A.R.E.K.
Paweł Gzyl:

Kolejny krok w stronę eksperymentu.

Envee, Teielte oraz Petite Noir
Jarek Szczęsny:

Polska i reszta świata.

The Lotus Eaters – Desatura
Paweł Gzyl:

Wycinki ze studyjnych improwizacji.

Marie Davidson – Working Class Woman
Jarek Szczęsny:

Alternatywny bal.

Puce Mary – The Drought
Paweł Gzyl:

Dominacja czy uległość?

The Dumplings // Oxford Drama
Jarek Szczęsny:

Młodzi, zdolni, elektroniczni.

Various Artists – Air Texture Vol. VI – Selected By Steffi & Martyn
Paweł Gzyl:

Breakbeatowa wersja ambientu.

Szun Waves – New Hymn To Freedom
Jarek Szczęsny:

Pasuje jak ulał.

Stephen Lopkin – Clyde Built
Paweł Gzyl:

Świetlista elektronika w stylu Motor City.

Oiseaux-Tempête – Tarab
Łukasz Komła:

Nie pomińcie tego!



Yasmine Hamdan – Al Jamilat

Piękna kobieta, to i piękne piosenki.

Yasmine Hamdan ma dzisiaj status tzw. gwiazdy nie tylko w świecie arabskim, ale też w Europie i za oceanem. Libańska wokalistka (wychowywała się też w Grecji i Kuwejcie) zasłynęła ponad piętnaście lat temu dzięki trip-hopowej grupie Soap Kills, z którą w Bejrucie nagrała trzy albumy. Później, czyli w roku 2007, zamieszkała w Paryż, gdzie jeszcze bardziej rozwinęła skrzydła – zakładając z Mirwaisem Ahmadzaïem (członek francuskiego zespołu Taxi Girl) duet Y.A.S. Dwa lata później wydali swój jedyny jak do tej pory krążek „Arabology”.

To była tylko rozgrzewka, ale porządna, przed tym, co miało się dziać w karierze solowej Hamdan. Po współpracy z CocoRosie, przyszedł czas na owocny dialog z Marcem Collinem (założyciel Nouvelle Vague). W 2012 roku jej kariera nabrała znacznego rozpędu, w momencie pojawienia się pierwszego longplaya, „Yasmine Hamdan”. Choć najlepszym posunięciem było dołączenie do belgijskiej wytwórni Crammed Discs, gdzie ukazała się jej świetna płyta „Ya Nass” (2013). Po tym wydawnictwie Libanka zaistniał także mocno w świadomości odbiorców w Stanach Zjednoczonych.

Można powiedzieć, że w jakimś stopniu rozkochała w sobie też Polaków, skoro w 2015 roku zaproszono Hamdan do Wrocławia, gdzie wystąpiła w ramach festiwalu T-mobile Nowe Horyzonty. Wcale mnie to nie dziwi, patrząc na jej urodę, a do tego niesamowity głos i wyjątkowa muzyka. Kto uważnie śledził poczynania Yasminy, ten doskonale wie, że zagrała w filmie Jima Jarmuscha – „Tylko kochankowie przeżyją”, zaśpiewała tam piosenkę „Hal”, która znalazła się na wspomnianym albumie „Ya Nass”.

Hamdan rozkręca się coraz bardziej. Na najnowszym „Al Jamilat” („The Beautiful Ones”) bez kompleksów sięga po poezję palestyńskiego pisarza Mahmuda Darwisza (tytuł płyty został zaczerpnięty z jego wiersza), naśmiewa się ze sztywnych konwenansów (oczywiście robi to już od dawna, co najmniej od „Ya Nass”) panujących w jej ojczyźnie i na całym Bliskim Wschodzie, anektuje na swojej potrzeby rozmaite kultury oraz nagrywa z wybitymi producentami (Luke Smith, Leo Abrahams) i muzykami (Shahzad Ismaily, Steve Shelley). Bez wątpienia, ci panowie odcisnęli wyraźny ślad na kompozycjach z „Al Jamilat”, co nie zmienia faktu, że królowa jest jedna, jedyna.

W głosie Hamdan skrywa się jakiś niewidoczny generator ciepła, pracujących na najwyższych obrotach, ale nie ulegający przegrzaniu czy katastrofie, wręcz przeciwnie – wypuszcza tyle energii ile potrzeba („La Ba’den”). Często mówi się o jej muzyce jako arabskim popie i – jak się okazuje – wcale nie jest to krzywdzący slogan, bo faktycznie jest coś na rzeczy z tą etykietką, jak wsłuchamy się w dwa piękne fragmenty „Assi” i „Choubi”. Electropopowy beat, jak i niezobowiązujące nawiązanie do tuareskiego bluesa odnajdziemy chociażby w „Iza”.

Bezpretensjonalną lekkość całego krążka „Al Jamilat” można jedynie porównać z gramaturą pustynnego piasku. Zdarza się, że atmosfera gęstniej dzięki mrocznemu beatowi („Cafe”), ale nie zastyga w banale. Minimalny aranż i ocierająca się o mistycyzm barwa głosu libańskiej wokalistyki mają chyba największą moc (m.in. w „K2”). Galopujący folk po syntezatorowych wydmach świetnie mknie w tytułowym „Al Jamilat”. Klimat nocnego podróżowania lub bardziej zwiedzania dziwnych miejsc da się poczuć w „Balad”. Interesująco wypadają również gitary w połączeniu z elektroniką („La Chay”), jak też znakomite linie instrumentów smyczkowych (jest na nich bliskowschodni stempel jakości), „tłusta” elektronika i lekko zmodyfikowany głos Hamdan, dodatkowo pogłębiają uczucie przechodzenia w inną przestrzeń („Ta3ala”).

Kończy się płyta, więc wypadamy z torów rozbudzonej wyobraźni, na które usadowiła nas Libanka. Wypadamy, lecz nie kończy się to solidnym uderzeniem w mur niespełnionych oczekiwań. Jeśli zderzamy się z czymś to raczej z twardą rzeczywistością. Bez obawa, „Al Jamilat” zamortyzuje wasze obawy, a jak trzeba to i otuli, obezwładni, uwiedzie oraz wprowadzi w stan przyjemnego błądzenia.

17.03.2017 | Crammed Discs

 

Oficjalna strona artystki »Profil na Facebooku »Strona Crammed Discs »Profil na Facebooku »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. ok28

    „Piękna kobieta, to i piękne piosenki.” – czy to znaczy, że zdaniem red. Komły w przypadku songwriterek-piosenkarek o mniej oczywistej, czy też klasycznej urodzie ich piosenki też już nie będą w tak oczywisty sposób ładne?
    Żarty (retoryczne) żartami, ale – pomijając brak dowodów na zależność pomiędzy urodą a jakością tworzonej sztuki – trochę to seksistowskie.