Philippe Hallais – An American Hero
Krystian Zakrzewski:

Trochę Twin Pekas. Trochę Eraserhead.

Roots In Heaven – Petites Madeleines
Paweł Gzyl:

Muzyka jak powieść.

Manu Delago – Metromonk
Jarek Szczęsny:

Solowa płyta współpracownika Björk.

Sterac Electronics – Things To Think About
Paweł Gzyl:

Tańczymy breakdance!

Pin Park – Krautpark
Jarek Szczęsny:

Noc żywych syntezatorów.

Hurray For The Riff Raff – The Navigator
Jarek Szczęsny:

Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt tego roku.

Jean-Michel Blais & CFCF – Cascades
Bartosz Latko:

Jeśli szukasz albumu który ukoi nerwy i pozytywnie nastroi – to właśnie go znalazłeś.

Si Begg – Blueprints
Paweł Gzyl:

Elektronika z czasu maszyn parowych.

Broken English Club – The English Beach
Paweł Gzyl:

Piękno industrialnego rozpadu.

Wandl – It’s All Good Tho
Ania Pietrzak:

Przesłodzone ballady o lekkim zabarwieniu elektronicznym (tylko dla fanów tego typu zjawisk).

Boston 168 – 90s Space EP
Krystian Zakrzewski:

Prom kosmiczny zwany muzyką.

Wojciech Golczewski – The Signal
Jarek Szczęsny:

Trasa Poznań – Galaktyka.

Lubish – Clouds
Paweł Gzyl:

Idzie nowe – ze Wschodu.

Vatican Shadow – Rubbish of The Floodwaters
Ania Pietrzak:

Vatican Shadow polemizuje z Cyceronem. W bardzo surowy sposób.

Rewolucja jest czasem lepsza od kontynuacji – rozmowa z Palmer Eldritch

Palmer Eldritch, czyli duet, który błyskotliwie żongluje dźwiękami.

W tym roku ukazało się kolejne wydawnictwo projektu – oparty na plemiennych, rdzennych motywach album „Natural Disaster”. Chwilę później, zupełnie nieoczekiwanie, pojawił się album „Hikikomori”, nagrany wspólnie z Kiddem i Faczynskim – materiał pełen silnych emocji, dosadny i bezpośredni. Z Raphem i diganem rozmawiałam między innymi właśnie o tym lawirowaniu między różnymi stylistykami, choć wątków, które poruszyliśmy było zdecydowanie więcej. Poniżej zapis dyskusji, w której pojawiło się sporo na temat instrumentali, samplowania i muzyki, która może być soundtrackiem.

Czytałam dziś wywiady, których udzielaliście wcześniej i znalazłam taką waszą wypowiedź: „Definicją Palmera Eldritcha jest to, że w ramach tego projektu można zrobić wszystko”. Możecie rozwinąć tę myśl?

Raph: Gdy tworzyliśmy Palmera, przyświecała nam idea stworzenia płyty, która będzie nawiązywać do gatunków szczególnie żywych w latach dziewięćdziesiątych i na początku XXI wieku – o post-rocku, trip-hopie czy trip-rocku mówiono wówczas wszędzie. Gdzieś tak z czasem zaczęliśmy wychodzić do innych gatunków i wraz z bodajże „Anhedonią” nadszedł taki moment, w którym stwierdziliśmy, że nic nas nie ogranicza; że możemy zrobić absolutnie wszystko to, na co tylko mamy ochotę. Staramy się przyzwyczajać do tego słuchaczy – jeżeli jutro wyskoczymy znienacka z płytą noise’ową, to myślę, że na tym etapie naszej twórczości nikogo to nie powinno zdziwić. Bodajże ja byłem autorem tej wypowiedzi i wynikało to z moich przemyśleń po przeczytaniu wywiadu z Riverside, w którym muzycy wyrażali obawę przed stosowaniem pewnych zabiegów na swoich płytach, bo były one obce dla ich fanów. A my z kolei staramy się zaskakiwać słuchaczy. Jedna płyta będzie ambientowa, druga będzie zawierać jakieś spoken-wordy, trzecia industrial-noise-rapy i nikt nam nie powie, że to nie jest „palmerowe”.

digan: Wydaje mi się, że po prostu nieco sztuczną jest sytuacja, w której ktoś zakłada osobny projekt, tylko dlatego, że chce grać inną muzykę i nie konfundować słuchaczy. Mamy zaufanie do naszych fanów i wierzymy, że zrozumieją nasze wszelkie zajawki i kolejne fascynacje – obojętnie, czy to około-ambientowe rzeczy jak na „Inner City”, czy około-noise’owe tematy jak na „Hikikomori”. A że nas samych inspirują kolejne różne nurty, to nasza muzyka też się zmienia i ewoluuje. Równocześnie mam nieśmiałą nadzieję, że te wszystkie różne tematy mają jakiś wspólny element, coś „naszego”. Ale co dokładnie – to nie wiem.

Jak w takim razie wyobrażacie sobie modelowego odbiorcę waszej muzyki?

Raph: No-life, samotnik i potencjalny samobójca. Piotrek, co sądzisz?

digan: Mówiąc szczerze – nie myślałem o tym nigdy. Czasem się zastanawiam, jakie wrażenie zrobi na ludziach to, co właśnie gramy lub nagrywamy, ale zasadniczo to tyle. Z tych kilku lat doświadczenia wychodzi na to, że nasz słuchacz to ktoś związany dość mocno z polską alternatywą, spotykamy się zazwyczaj na tych samych fanpejdżach i grupach dyskusyjnych. Zazwyczaj jest to ktoś poszukujący wszelkiej dziwnej i nietypowej muzyki – więc tak, to trochę prawda, no-life’y i samotnicy.

Raph: Tak już zupełnie serio to liczę, że trafiamy na słuchacza w pewien sposób wyedukowanego muzycznie – nie chodzi o edukację muzyczną sensu stricte, ale bardziej o nerdowanie w muzyce, siedzenie w tym, zainteresowanie tym, co się dzieje. Piotr Weltrowski, znany z Noise Magazine i Kleryków pisał mi kiedyś, że trochę szpanujemy tą muzyczną erudycją w swoich utworach i chyba po prostu liczę na to, że nasz słuchacz też cechuje się pewną muzyczną erudycją, by mógł jakoś fajnie nasze numery odczytywać.

digan: Nie wydaje mi się, że szpanujemy. [śmiech] Po prostu gramy to, na co mamy ochotę i co wywołuje w nas pozytywne odczucia.

No właśnie, Piotr Weltrowski napisał, że ta muzyczna erudycja trochę Was gubi.

Raph: A to ciekawe, bo odczytywałem to trochę z przymrużeniem oka. [śmiech]

Jasne, zdaje się, że w tej wypowiedzi przemycony był solidny komplement. Dokąd ta muzyczna erudycja może Was zaprowadzić? W jednym z wywiadów mówicie, że odróżniacie słuchanie od „słuchania użytkowego” – tej muzyki wokół Was i od Was jest naprawdę dużo i jest ona bardzo różnorodna.

digan: To chyba była moja kwestia i tak – czym innym jest słuchanie w poszukiwaniu sampli i robienie crate-diggingu, a czym innym słuchanie, żeby sprawdzić nową, świeżą muzykę. Jedno i drugie jest bardzo przyjemne, ale tylko to drugie bierzmy na serio. To pierwsze to raczej przyjemna zabawa, trochę jak komplementowanie zdjęć i albumów do kolaży, które może się wykorzysta, a może wyrzuci do kosza. Plądrofonia wciąż jest działaniem twórczym, jeśli tylko podejdzie się do tego z wystarczająco otwartą głową, kiedy zderza się różne koncepcje. Wciąż pamiętam, jak przesłuchałem wszystkie kawałki, z których powstało „Midnight in Perfect World” – i w sumie doszedłem do wniosku, że żaden z nich nie oddawał klimatu kawałka. Chyba najbliżej był sampel z klawiszy z Pekka Pohjola, ale to wciąż jest zwykła około-prog-rockowa wprawka, bez ciężaru dzieła Shadowa. Cieszy mnie, że poznawanie nowej-starej muzyki możemy wykorzystywać. Podwójna radość!

To jak to jest: nie szukacie sampli tylko wśród tego, czego słuchacie na co dzień, ale to, co znajdziecie jako crate-diggerzy często zostaje na dłużej, tak?

digan: Staram się nie wracać do starszych utworów – wracam tylko do tych, z którymi jestem związany przez sentyment. Muzykę trzeba pchać do przodu. Więc to, co znajdę jako crate-digger zostaje w naszych kawałkach i mi to wystarczy.

Raph: Zdarzało mi się, że coś samplowałem, a później się tym zacząłem jarać – raczej nigdy na odwrót. Tak trafiłem m.in. na Davida Sylviana czy Popol Vuh, których uwielbiam.

W jednym z wywiadów powiedzieliście, że „traktujecie tworzenie muzyki jako pewien rodzaj autoterapii”. Jak to działa?

Raph: To mówiłem ja, bo Piotrek – jak dobrze pamiętam – twierdził, że z tym skończył. Życiowa chujoza doprowadziła do tego, że musiałem w pewnym momencie coś zrobić, bo inaczej bym zrobił ze sobą coś złego. Tak trafiłem na muzykę, zacząłem w nią wdrażać negatywne emocje, jakie czuję, by mieć pewne ujście. I jeśli nie robię dłużej czegoś związanego z muzyką, to widzę, że te negatywne emocje zaczynają się pojawiać w moich zachowaniu i odbijają się w końcu na moich bliskich. Nie jest to zbyt fajne, więc można powiedzieć, że za pomocą muzyki radzę sobie ze swoim marnym charakterem. [śmiech]

digan: Kiedyś rzeczywiście było tak, że ulewałem sobie emocjonalnie w naszej twórczości, ostatnio jakoś nie muszę. Moje życie jest lepsze, mam najlepszą dziewczynę, normalną pracę, jest dobrze. Twórczość jest w tym sensie dla mnie terapeutyczna, że podczas tworzenia znika – mówiąc bardzo banalnie – cała rutyna i męcząca bieżączka. Nagrywam i – znów przepraszam za banał – czuję się dobrze, czuję, że robię jedną z najpiękniejszych dla mnie rzeczy. To jest jak ładowanie akumulatorów. Plus, że muzyka odpowiada na egzystencjalne dylematy, z którymi borykają się moi znajomi. „Nie wiem co chcę w życiu robić”, a ja wiem. „Nie wiem, czy to ma jakiś sens, cel”, a ja wiem, że ma. Bardzo to jest przyjemne. I wygodne. [uśmiech]

Raph: No tak, trochę to tak ostatecznie działa. Zrobienie dobrego numeru to jednocześnie pozytywny kop w życiu.

Ale też Ty, Piotrek, powiedziałeś, że „nie wierzysz, aby podświadomość twórcy mogła przenieść się na podskórną wartość dzieła”.

digan: Wydaje mi się, że to zahacza za bardzo o jakąś metafizykę. Podświadomość (jeśli istnieje) ma to do siebie, że mało kto o niej coś wie, nawet jej właściciel. A podskórna wartość dzieła, czy też podskórny charakter dzieła, jest bardzo zależny od odbiorcy. No więc – największym skrócie – biorę odpowiedzialność za to, co zrobiłem celowo, reszta to troszkę gdybanie.

Raph: Szczególnie, że każdy odbiera utwory przez pryzmat siebie, swoich doświadczeń. Jestem synestetykiem, widzę kolory, gdy słyszę muzykę i wiem, że był kiedyś facet, który próbował opisać poszczególne nuty różnymi kolorami, bo też je tak widział. Nie zauważał jednego – odbiór abstrakcji, jaką niewątpliwie jest muzyka, jest absolutnie subiektywny. Dlatego ja mogę twierdzić, że pewne emocje wdrażam w utwór, ale ktoś może wyciągnąć z danego utworu coś innego, może nawet bogatszego od tego, co czułem w trakcie tworzenia.

Stworzyliście muzykę do filmu, interesujecie się soundtrackami do gier komputerowych. A do czego soundtrackiem jest lub może być Palmer Eldritch? Jak to sobie wyobrażacie?

digan: Bardzo lubimy pracę nad materiałem, który będzie gdzieś wykorzystany, bo to jest po prostu wyzwanie – ktoś przychodzi i mówi: „zróbcie mi taką i taką muzykę”. Siedzimy i próbujemy, aż spotkamy się z oczekiwaniami tego twórcy. Chciałbym, żeby ktoś naszą muzykę wykorzystał do jakiegoś fajnego dokumentu o radioteleskopach i gwiazdach. Albo nie wiem, do audio-booka, tak jak muzykę Ścianki. Albo do animacji. Jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje… Zastanawiam się, czy gdyby ktoś przyszedł do nas z propozycją, żebyśmy zrobili muzykę do supermarketu, to czy byśmy się podjęli. I czy podpisalibyśmy to „Palmer Eldritch”. Chyba nie. Ale nie wiem.

Raph: Ogólnie kombinujemy z różnymi formami sztuki. Nie obraziłbym się na przykład na jakąś wystawę w galerii sztuki.

digan: O tak! Music for galleries!

Nawiązując do tego kombinowania z formami – słuchałam rozmowy z wami w Radiu Żak, podczas której wspominaliście, że różne nośniki tworzą różny klimat, a nawet definiują muzykę. Zastanawialiście się, jaki nośnik by was najlepiej definiował? Albo jak byście brzmieli na przykład na kasecie? Ciekawi was ta strona materialna, fizyczna?

Raph: Wiemy jak brzmimy na kasecie, bo zgrywaliśmy na taśmy chociażby nasz numer metalowy z „Nagrań dla Androidów”. Ale to ciekawe pytanie, bo niedawno miałem dyskusję na temat Lewisa Parkera, który nagrał pierwszą genialną płytę, po czym wypuścił „It’s All Happening Now” totalnie zniszczone brzmieniowo. Mój rozmówca stwierdził tam, że mix i master to rzeczy drugorzędne, a ja pomyślałem właśnie, że brzmienie jest dla mnie ważną częścią procesu twórczego. Nie pchałbym się w kasety, gdybym nie miał ku temu wyraźnych pobudek, np. pójście w jakąś muzyczną podróż sentymentalną. Jasne, że to fajny gadżet mieć swoją kasetę, ale hej, kasety były spoko dwadzieścia-trzydzieści lat temu. Nie płaczę, że odeszły – szczególnie, że ołówki mi już nie giną.

digan: Czy zauważyłaś, że kaseta magnetofonowa w nieprzeźroczystym opakowaniu to jedyny nośnik, na którym nie wiesz, jak długi jest dany utwór? Można by zrobić psikusa i wydać czterdziestominutowy singiel. Ludzie puszczaliby go oczekując 3-5 minutowego kawałka, a on by sobie trwał i trwał… Bardzo chcielibyśmy wydać „Natural Disaster” na winylu, ale obawiam się, że to jednak spory wkład finansowy z niepewnym zwrotem, więc raczej odpuścimy. A szkoda, bo myślę, że ta płyta świetnie by pasowała do tego nośnika. Niestety, z racji tego, że nie mamy wsparcia ze strony żadnych wytwórni, jesteśmy zdani na siebie i ograniczeni do dość standardowych rozwiązań, ale jeśli będziemy mieli możliwość, to ja bym pokombinował. Co do mixu i masteru jako rzeczy drugorzędnej – moim zdaniem trochę tak jest. Jeśli kawałek jest dobry i się nim jarasz, to będziesz go słuchał i najwyżej kwękał pod nosem „o, ale ten werbel to zjebali”.

Raph: To czemu tak marudzisz w trakcie robienia mixu i masteru? [śmiech]

digan: Bo lubię jak nasza muzyka brzmi tak jak lubię. [śmiech]

Przywołaliście już „Natural Disaster”, więc teraz skupmy się na tym wydawnictwie. Przeczytałam w jednej z recenzji takie zdanie: „Znacie poprzednie płyty Palmer Eldritch? To świetnie, bo teraz możecie o nich zapomnieć”. Jak się do tego odnosicie? Ten przeskok brzmieniowy jest według was naprawdę tak duży?

Raph: Wydaje mi się, że w trakcie tworzenia „Natural Disaster” przekroczyliśmy pewne granice, które wcześniej były dla nas niedostępne z powodu braku wiedzy, doświadczenia, sposobu jak ugryźć dane brzmienia. Przy okazji – tu mogę mówić za siebie – w trakcie tworzenia tej płyty nauczyłem się chyba najwięcej w kwestii teorii muzyki w swoim życiu. A przy okazji poduczyłem się nieco gry na instrumentach.

digan: Sam nie wiem. Podczas nagrywania kotłowało się we mnie trochę sprzecznych odczuć. Czasem myślałem, że ta płyta to będzie dla nas jakieś kolejne przedefiniowanie, jak „Hum”. Czasem myślałem, że właśnie przeszarżowaliśmy, że to „Natural Disaster” jest jakieś zbyt dociśnięte. Czasem myślałem, że jest super i właśnie tak trzeba. Wydaje mi się, że to po prostu kontynuacja tego, co robiliśmy do tej pory z dodatkiem nowych brzmień . Widocznie obydwie zmiany wyszły na plus. Nie wiem, nagraliśmy naprawdę sporo materiału, raz lepszego, raz gorszego. Ciężko mi ocenić czy to jest najlepsza płyta, szczególnie po premierze „Hikikomori”. Ale czołówka na pewno.

Raph: Dla mnie najlepsza, bo „Hikikomori” jednak było tworzone długo, bodajże dwa i pół roku, no i jest tam kilka rzeczy, które jarały mnie podczas tworzenia, ale niespecjalnie chciałbym wracać do tych patentów, gdybym miał robić teraz coś nowego. „Natural Disaster” wydaje mi się bardziej oddanym obrazem tego, czego należy spodziewać się od nas w przyszłości.

digan: Ja to bym w ogóle nie wracał do niczego, co zrobiliśmy. W sensie kwestii brzmień i rozwiązań oczywiście.

Raph: Oczywiście – bardziej mi chodzi o jakąś kontynuację niż powrót.

digan: Rewolucja jest czasem ciekawsza od kontynuacji. [uśmiech] Zresztą – „Natural Disaster” też było jakąś małą rewolucją.

Raph: Wiadomka, ale spójrzmy na to, że „Night & Day” nie byłoby bez „Hum”.

digan: No ale takie „Hum” właśnie było oderwane od naszych poprzednich rzeczy… Dlatego mówię, że „Hum” w jakimś sensie było przedefiniowaniem.

Raph: I w takiej kategorii myślę o naszym kolejnym projekcie – że będzie dla „Natural Disaster” tym, czym było „Night & Day” dla „Hum”.

digan: To się okaże. [śmiech]

Wspomnieliście o rewolucji – co się zmieniło przy „Natural Disaster”?

Raph: Zapuściłem brodę, Piotrek dalej swojej nie potrafi.

digan: Jeśli chodzi o moją część, to na pewno zmieniło się rozmieszczenie akcentów. Bardziej skupiliśmy się na samym rytmie i ogólnie sekcji rytmicznej. Świeżynką oczywiście były te wszystkie nawiązania do ludowej muzyki z różnych stron świata i to ona dała nam ten puls, kojarzący się ludziom z krautami, co oczywiście bardzo dobrze robi naszym ego. Dodatkowo doszły nowe zabawki – więcej syntezatorów, a mniej gitar. I to też jest zmiana na lepsze, bo jeśli gitary się pojawiają, to są zagrane bardziej z luzem, jako dodatek, a nie rzecz, która musi ciągnąć cały kawałek.

Raph: Zmieniła się też konstrukcja samych numerów, w których zaczęło się dziać znacznie więcej. Przestaliśmy już zupełnie opierać się przed zbaczaniem z obranego kursu w ramach jednego kawałka i na naszej kolejnej płycie będzie to chyba słychać jeszcze bardziej.

digan: Rzeczywiście, bardziej ogarnęliśmy się w Abletonie i nauczyliśmy się rozbudowywać utwory, czy też – nie wiem jak to dokładnie opisać – przeskakiwać przez kolejne brzmieniowe wariacje na temat.

Raph: W sumie, to „Natural Disaster” było pierwszą i – póki co – jedyną nasza płytą, którą zrobiliśmy w stu procentach w Abletonie. Nawet na „Inner City” i „Hikikomori” były projekty, które rozpoczęły swój żywot w FL Studio. Ot, taka ciekawostka dla wszystkich naszych dwóch fanów.

Mówiąc o „Natural Disaster” powiedzieliście, że „zawsze się czymś podpieraliście, a tym razem stwierdziliście, że zrobicie coś sami”. Co mieliście na myśli?

Raph: Bo każda nasza poprzednia płyta wychodziła z założenia nawiązania do czegoś, co lubimy. Tutaj był po prostu zestaw brzmień, które nas jarały w chwili tworzenia, ale nie było chęci przełożenia patentów jakiegoś zespołu na nasze własne poletko, co zdarzało się u nas wcześniej regularnie.

digan: Chociaż, jak tak z drugiej strony myślę… Takie płyty z Estragonem też nie miały konkretnych odniesień, „Night and Day” też chyba nie. Głównie mam na myśli „Golema”, w sensie brzmienie było trochę hippisowskie, szczególnie jeśli chodzi o moją część, ale ciężko byłoby mi wskazać konkretne inspiracje.

Raph: Czy Hall and Oates są hippisowscy?

digan: Nie wiem, ale ich nie znam, więc raczej na pewno się nimi nie inspirowałem. [śmiech] Tak czy inaczej – przy „Natural Disaster” rzeczywiście po prostu zaczęliśmy składać dźwięki, które nas interesują, bez żadnego konkretnego wzorca.

Raph: Ja ich tam samplowałem, więc teraz się zestawiam, czy było hippisowsko, czy nie. Wydaje mi się, że w trakcie tamtych projektów mieliśmy tam jakieś założenia. Przy Justynie gdzieś ten Tool się przewijał, jakieś rzeczy trip-hopowe. Pamiętam, że jarałem się Slowdive podczas nagrywania „Night and Day” i starałem się przełożyć pewne patenty z ich twórczości. Na „Natural Disaster” tego nie było – była po prostu muzyka, nie było wzorów.

digan: No zgadzam się, „Night and Day” ma dość sporo trip-hopowych naleciałości – nie mówię, że nie.

Powiedzieliście, że przy nagrywaniu „Natural Disaster” nie było konkretnych inspiracji, ale była myśl przewodnia. Jaka to myśl?

digan: Znów – skupienie się raczej na konkretnych muzycznych elementach, to jest na przykład na rytmie, albo na brzmieniach jakichś ludowych instrumentów, niż na twórczości wykonawców, którymi się jaraliśmy w danym momencie. I tyle. [uśmiech]

Właśnie, ludowe instrumenty. Skąd pomysł na te rdzenne brzmienia, które są wszechobecne na „Natural Disaster”?

Raph: Jakoś przyszły naturalnie podczas nagrywania pierwszego numeru na płytę, czyli „Life and Death of George Martin”. Bodajże w pierwszej wersji tego nie było i przyszedł moment dopieszczenia kawałka, a wtedy Piotrek wpadł na pomysł umieszczenia właśnie takich rdzennych elementów. Nie wydaje mi się, żeby przy kolejnych utworach było to działanie celowe. Jak przesłałem Piotrkowi szkic „Tlaloca”, ten transowy rytm też nie był czymś, co postrzegałem od razu w kategorii pójścia drogą, którą wyznaczyliśmy sobie podczas nagrywania tego albumu. To było coś, co nas jarało w tej chwili jako producentów. Coś naturalnego. Taki „Natural Disaster”.

digan: A wiesz, że nie wiem? Hm, mieliśmy zawsze styczność z ludźmi, którzy się jarali takimi rzeczami. Na przykład Michał Biel, który teraz z Kapelą z Innej Struny gra na „Nowej Tradycji”, albo Damian Kowal, poeta i autor fanpejdża Nieskończona Studnia Potencjału… To jest po prostu strasznie ciekawe, to jest jak odkrywanie nowych smaków. Wszystkie te instrumenty, mniej lub bardziej rozpoznawalne, mają swoje własne, unikalne brzmienie, nieraz chropowate, nieraz niezbyt harmonijne, ale to jest coś, czego nie słyszysz na co dzień. Żaden zachodni instrument tak nie zabrzmi, żaden syntezator. Staraliśmy się do tego podejść z szacunkiem, nie robić z tego taniego ozdobnika, tylko w jakiś sposób oddać cały bagaż i „ciężar” takiego instrumentarium. Chyba się udało. Poza tym są na świecie tradycje muzyczne, które są niezwykle piękne, jedyne w swoim rodzaju, oddają klimat miejsca, czy też mentalność ludzi, którzy je tworzyli. I wszystkie te dźwięki właściwie w ogóle nie mają przebicia w muzycznym mainstreamie. Możę więc to trochę ciąg dalszy naszego muzycznego crate-diggingu?

Kontynuując jeszcze na moment temat samplowania i crate-diggingu: wypowiadając się na temat „Natural Disaster” powiedzieliście, że „łatwo zgubić osobowość muzyki instrumentalnej”. Możecie rozwinąć ten wątek?

digan: Jeżeli dobrze pamiętam, chodziło o to, że muzyka instrumentalna jest dość otwarta na interpretacje. Tak naprawdę zawsze zostajesz z pewnym niedopowiedzeniem. Równocześnie strasznie łatwo wpaść w banał, jeśli chciałoby się zrobić bardzo smutny (lub bardzo wesoły) utwór instrumentalny. Jeśli – dla przykładu – robisz klasyczną, popową balladę o rozstaniu, to wiadomo, co autor miał na myśli. Tutaj tak nie jest. Muzyka instrumentalna jest bardziej podatna na emocje, które projektuje na nią słuchacz. Oczywiście kwestia tego, czy słuchacz chce lub potrafi takie emocje projektować. Równocześnie muzyka instrumentalna nie jest tak „wyrazista”, większość artystów nie różni się aż tak między sobą. Szczególnie w elektronice.

„Muzyka instrumentalna jest otwarta na interpretacje” – to dlatego zrezygnowaliście z wokalu?

digan: Po prostu chcieliśmy zrobić płytę tak, jak kiedyś – tylko we dwójkę, bez czekania na kogokolwiek. Pewno do wokali jeszcze wrócimy.

Raph: Zupełnie tak bym tego nie interpretował, że istniał jakiś twardy powód rezygnacji z wokalu. Chcieliśmy zrobić coś w taki sposób, w jaki robiliśmy to kiedyś. Taki tryb pracy jest też dla nas najwygodniejszy, bo – tutaj zachęta dla naszych wszystkich przyszłych współpracowników – na ogół to my czekamy, nie odwrotnie. [śmiech]

Rozmawiamy przede wszystkim o „Natural Disaster”, ale przecież niedawno miała premierę kolejna rzecz z waszym udziałem. Powiedzcie coś więcej o „Hikikomori”.

Raph: Dobre pytanie, bo właściwie nie mieliśmy zbytnio okazji się o niej wypowiadać. Projekt zaczął powstawać dwa i pół roku temu i od początku miał być do bólu brudny, eksperymentalny i spoglądający mocno w stronę noise-rapu. Co bardziej obeznani pewnie dopatrzą się kilku skrajnie bezpośrednich nawiązań. Miało być bezkompromisowo, miał być emocjonalny rzyg i obrażanie wszystkich wokół. Chyba się udało. A może i nie, bo odbiór płyty jest zaskakująco pozytywny, choć – z drugiej strony – w chwili, gdy rozmawiamy, od premiery nie minął nawet tydzień. Oczywiście założyliśmy sobie, że nikomu nie będziemy mówić o tej płycie i mówiąc „nikomu”, mam na myśli to, że nawet kilka osób w Skwerze nie wiedziało, że coś takiego w ogóle powstaje. Plan był prosty: rzucić jednego dnia album niczego niespodziewającym się odbiorcom i lać na resztę. Swoją drogą, jak tak patrzę, to nie było tak, że nie mówiliśmy o „Hikkomori” wcale. Kidd wielokrotnie opowiadał o „tajnym projekcie”, a my w wywiadach mówiliśmy o płycie, o której nie możemy zbyt wiele zdradzić. Nikt nie połączył tych sznureczków, więc wyszło nam to na dobre.

digan: „Hikikomori” to rzecz, którą po dwunastu latach przerwy nagrali ze sobą raperzy ze „starej gwardii” Skweru, to jest Faczyński i Kidd. Ich poprzednie płyty, w szczególności „Pansofia” były i wciąż są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych płyt w historii natlabelu. Panowie zdecydowali się na powrót i zdecydowali się poprosić nas o produkcję. Bogom dzięki nie chcieli klasycznego hip-hopowej stopy, werbelka i sampelka, tylko sonicznych szaleństw w stylu Daleka, Clipping, Run The Jewels (troszkę), tego typu hałasy. My przystaliśmy na to z radością, bo nigdy nie mieliśmy okazji robić takich rzeczy, nasza muzyka – wydaje mi się – zawsze jest dość bogata, przestrzenna, nasycona raczej melancholią, niż wkurwem. Pod względem tekstowym – wypowiadam się za siebie, tak jak to odbieram – to z jednej strony życie współczesnych trzydziestolatków, z poważnymi zawirowaniami emocjonalno-życiowymi, a z drugiej sroga nienawiść do obecnej sytuacji politycznej i społecznej, z którą się w gruncie rzeczy zgadzamy. I tak powstała ta płyta, oparta głównie na złych emocjach ze strony raperów, które musiały być usunięte z systemu. A my staraliśmy się temu wtórować w warstwie dźwiękowej.

Raph: Z tym Run The Jewels bym nie szalał, nawet mówiąc „troszkę”.

digan: „Ile jestem w stanie dać” to trochę Run The Jewels jak dla mnie. Przecież tam są same synthy, perka brzmi tak, że głowa pęka… Znów – jak dla mnie trochę Run The Jewels.

Raph: Jako twórca szkicu, mogę powiedzieć, że to była chęć zrobienia czegoś w stylu Techno Animal, nie Run The Jewels. [śmiech]

Mówicie o tym, że Wasza muzyka jest bardziej melancholijna, ale bierzecie też udział w takich mocnych i bezkompromisowych projektach, jak „Hikikomori”. A co dalej? Macie już jakieś plany?

Raph: Mamy już całkiem nieźle rozwiniętą kolejną płytę. Prawdopodobnie będą goście. Na naszym koncercie w Krakowie można było nawet usłyszeć jeden kawałek z tej płyty.

digan: Bierzemy udział w takich projektach, bo lubimy robić nowe rzeczy. A dalej – kolejna płyta będzie raczej instrumentalna, chociaż może pojawi się też kobiecy wokal. Na razie tyle możemy zdradzić, ale to udało nam się stworzyć do tej pory – ardzo nam się podoba.

Raph: I oczywiście współpracujemy nad kolejnym filmem z Marcinem Podolcem, którego z tego miejsca pozdrawiamy.

digan: Z tej współpracy może będzie krótka EP-ka. A może nie. Czas pokaże.

Raph: „Hum” też było soundtrackiem do filmu i była EP-ka, więc stay tuned.

I na koniec: Palmer Eldritch w trzech hasłach. Co byście zaproponowali?

Raph: Sex, drugs and post-avant jazzcore.

digan: Sex, drugs and progressive dreamfunk!

 

Skwer.org

Palmer Eldritch – Facebook

Palmer Eldritch – Soundcloud

Palmer Eldritch – Spotify


Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze