Philippe Hallais – An American Hero
Krystian Zakrzewski:

Trochę Twin Pekas. Trochę Eraserhead.

Roots In Heaven – Petites Madeleines
Paweł Gzyl:

Muzyka jak powieść.

Manu Delago – Metromonk
Jarek Szczęsny:

Solowa płyta współpracownika Björk.

Sterac Electronics – Things To Think About
Paweł Gzyl:

Tańczymy breakdance!

Pin Park – Krautpark
Jarek Szczęsny:

Noc żywych syntezatorów.

Hurray For The Riff Raff – The Navigator
Jarek Szczęsny:

Zdecydowanie jedna z najlepszych płyt tego roku.

Jean-Michel Blais & CFCF – Cascades
Bartosz Latko:

Jeśli szukasz albumu który ukoi nerwy i pozytywnie nastroi – to właśnie go znalazłeś.

Si Begg – Blueprints
Paweł Gzyl:

Elektronika z czasu maszyn parowych.

Broken English Club – The English Beach
Paweł Gzyl:

Piękno industrialnego rozpadu.

Wandl – It’s All Good Tho
Ania Pietrzak:

Przesłodzone ballady o lekkim zabarwieniu elektronicznym (tylko dla fanów tego typu zjawisk).

Boston 168 – 90s Space EP
Krystian Zakrzewski:

Prom kosmiczny zwany muzyką.

Wojciech Golczewski – The Signal
Jarek Szczęsny:

Trasa Poznań – Galaktyka.

Lubish – Clouds
Paweł Gzyl:

Idzie nowe – ze Wschodu.

Vatican Shadow – Rubbish of The Floodwaters
Ania Pietrzak:

Vatican Shadow polemizuje z Cyceronem. W bardzo surowy sposób.

Wiry – 2017

Broniewski z elektroniką i punkiem spotyka się na jednej płycie.

Zanim powrót na ekrany Twin Peaks zdominuje internet w całości, chciałbym zaproponować coś równie pokrętnego, a jednocześnie przetwarzającego znane nam motywy muzyczne. Estetów uprzedzam, że album „2017” nagrany został w sposób brudny i celowo niewyraźny. Jednak w tym szaleństwie jest metoda. Słuchacz będzie musiał ustąpić miejsca tej dźwiękowej hordzie Hunów.

Z tą hordą nieco przesadziłem. Wszakże zespół Wiry to w rzeczywistości jedna osoba. Jest nią Grzegorz Wiernicki czyli połowa duety Wild Books. W swojej autorskiej propozycji Wiernicki postanowił przepuścić przez filtry muzykę, którą dobrze znamy. Na początek weźmy najdłuższy na płycie „Wiry”. Hawajska gitara utopiona w elektronice. Automat perkusyjny opresyjnie przejmuje kontrolę, a do pomocy bierze klawisze. Brzmi jakbyśmy słuchali zza ściany lub dźwięk dochodził z głębokiej studni. Głos na tej płycie przefiltrowany jest do tego stopnia, że nie sposób dosłuchać się o czym śpiewa wokalista. Tytuł jest tu jedyną wskazówką.

„Tańcz” to dawny rock`n`drollowy rytm, ale podkręcony do granic i przepuszczony przez efekty dźwiękowe. Zjawiskowa muzyka oparta na powtórzeniach z domieszką głosu, który spełnia rolę dźwięku niż nośnika treści. „Kłaniam się” to już bardziej zimne oblicze tego albumu. Od początku szybkie tempo oplecione ciasno elektroniką. Zaskakująco utwór przeobraża się z bitów w gitarowy noise. Niebanalnych połączeń mamy tu pod dostatkiem. Początek płyty zbija z tropu. „Nie ma mnie” brzmi jakby żywcem wyjęte z westernu. „Bez głosu” to ponure, post-rockowe monstrum z klawiszowymi improwizacjami. Dodatkowe zgrzyty i elektroniczny hałas psują walory piękna i utrudniają pracę rytmowi.

W trakcie słuchania gdzieś kiełkowała mi myśl, że to w jakiś sposób punkiem podszyte jest. Nie tylko idea „DYI” się kłania, ale o swobodę twórczą mi chodzi. Skłaniałbym się do porównań z Arielem Pinkiem, który też z popkultury korzysta obficie. Na ten trop naprowadził mnie „I tak”. Będący kojącą melodią, tak przesłodzoną, że aż groteskową. Domowa aura tego nagrania przypomina debiut CocoRosie. Całość kończy elektroniczna burza, która przerywa dobry nastrój. Jedyny, wyraźny głos, który da się usłyszeć na płycie pochodzi od samego Władysława Broniewskiego. Sam autor recytuje fragment wiersza „Poezja”. „Błache” (pisownia oryginalna) to już elementarna elektronika w stylu lo-fi. Drapieżna dodam.

Na koniec mały bonus. Do albumu dołączony został cover Brygady Kryzys „Przestań śnić”. Może nie pełny cover, ale jakaś jego część. Inteligentna zagrywka, a jednocześnie dobry trop interpretacyjny odnośnie całego albumu. Coś mi mówi, że o tej płycie będziemy jeszcze słyszeć w tym roku. Nagrania Wiernickiego przykuwają swoją gęstością i bezkompromisowością. Pomysł i zadziorne wykonanie dodają niebagatelnego uroku. „2017” z jednej strony rozgrzewa punkową energią, a z drugiej studzi brudnym chłodem lo-fi. Daje to efekt w postaci znakomitego debiutu.

Stawiam dolary przeciw orzechom, że już niedługo jak w popularną wyszukiwarkę wpiszemy „Wiry zespół” to na pierwszym miejscu nie będzie odnośnika do zespołów weselnych z województwa wielkopolskiego.

Wiry „2017”, Rewinding Tapes, Dreamland Syndicate 2017

FB

Bandcamp


Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze