Juno – Young Star
Jarek Szczęsny:

Infiltracja jazzu.

Lonker See – Hamza
Jarek Szczęsny:

Zawsze krok przed nami.

Men With Secrets – Psycho Romance And Other Spooky Ballads
Paweł Gzyl:

Erudycyjne ćwiczenie z ejtisowego electro.

Riverrun – The Same Silent Hill
Przemysław Solski:

Muzyka z krajobrazu.

Yogtze – Yogtze
Jarek Szczęsny:

Będzie filmowo.

Wacław Zimpel – Massive Oscillations
Jarek Szczęsny:

Letarg duchowy.

Hula – Shadowland
Paweł Gzyl:

Jak ambient przenikał industrial.

Nicolas Godin – Concrete and Glass
Mateusz Piżyński:

Elektroniczny aksamit, który już dobrze znamy.

Ghost In The Machine – Breaking The Seal
Paweł Gzyl:

Czego można się spodziewać po płycie, na której jeden z utworów nosi tytuł „Napalm Breath”?

Jachna/Ziołek/Buhl – Animated Music
Jarek Szczęsny:

Poszerzanie improwizacyjnej wrażliwości.

Recondite – Dwell
Ania Pietrzak:

Chłodna obserwacja rzeczywistości.

Silent Witness – Silent Witness
Łukasz Komła:

Cisi obserwatorzy o wielkiej wyobraźni.

Phase Fatale – Scanning Backwards
Paweł Gzyl:

Dźwięk jako broń.

Stefan Węgłowski – To co ukryte
Jarek Szczęsny:

Puszczony zza mgły.



James Blake – The Colour in Anything

Ten album należy przyjmować dousznie. Dożylnie mógłby wywołać zapaść serca.

Teksty Jamesa często są depresyjne. Pokazuje nimi swoją wrażliwość, tym samym okazując niezrozumienie dla emocji które go spotkają. Z lekkością potrafi je opisać, przekuć w teksty i na sam koniec skomponować. Za to cenię Blake’a, jest artystą niemalże samowystarczalnym. U niego, w głowie, zachodzi pełen proces twórczy, produkcyjny i on ostatecznie podpisuje się własnym nazwiskiem pod całością. Tutaj, po prostu, nie ma żadnej ściemy.

To jednocześnie plus i minus Blake’a. Zapowiedział płytę dość wcześnie, zaprezentował z zaskoczenia, pozostaje jedynie wątpliwość na temat niektórych jego decyzji. W moich uszach album „The Colour in Anything” może odstraszyć długością trwania. Jak bardzo bym twórczości Blake’a nie cenił, tak ja osobiście lubię go sobie dawkować. Odbiór tej płyty jest taki, że przelewa się morze emocji, bo treść jest jak najbardziej warta uwagi, ale chyba nie w jednej dawce.

Całość trwa 76 minut i 13 sekund. James Blake bardzo zbliżył się do mojej granicy, nie pierwszy i nie ostatni raz. Płytę promowało pięć singli. Ukazały się w trzech turach, wciąż to jednać aż pięć singli. Cały album zawiera 17 utworów, to materiał niemalże na dwa pełnoprawne albumy.

Otwierające płytę „Radio Silence” to dla mnie w 100% Blake’a w Blake’u. Przesterowany, nakładający się na siebie wokal, niepokojące klawisze i wyważony bit to jego wizytówka. Okropnie mocny tekst, pomógł mi zrozumieć dlaczego właśnie tym utworem chciał nazwać cały album. To dopiero początek, a droga długa.

Na uwagę na albumie zasługują „Points” i „Timeless”. Są to dobre przykłady jak eklektyczną płytą jest „The Colour in Anything”. Blake nie przerysowuje swoich utworów, stara się wyważyć każdy z nich. Przy takim twierdzeniu wyjątkiem potwierdzającym regułę jest „Choose Me”. Rozpoczyna je niemalże gospelowy śpiew, po paru sekundach wchodzi rytmiczny bit, by ostatecznie przerodzić się niemalże w lament. Po takich emocjach Blake przełamuje ten nastrój w „I Need a Forest Fire”. Ponownie zaprosił do współpracy Justina Vernona, z którym współpracował przy utworze „Fall Creek Boys Choir”, promującym jego EPkę „Enough Thunder” w 2011.

„The Colour in Anything” to album w którym Blake eksperymentuje więcej niż w przypadku poprzedniego „Overgrown”. Trzeba też zaznaczyć, że ogrom materiału zawartego na płycie nie jest jego wadą, a po prostu utrudnia odbiór. Utrudnia, nie uniemożliwia. Takie płyty nie lubią pośpiechu, warto poświęcić im więcej czasu, przyjrzeć się bliżej tekstom. James Blake na chwilę zatrzymał czas, wszedł na drabinę i napisał co zobaczył.

Polydor

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. adamashnova

    dzięeki za przypomnienie o albumie i o samym artyście…