Rafael Anton Irisarri – Peripeteia
Jarek Szczęsny:

Ambient wagi ciężkiej.

Bouchons d’oreilles – Stray Dog with a Collar
Jarek Szczęsny:

W połowie drogi.

Chouk Bwa & The Ångströmers – Vodou Alé
Łukasz Komła:

Voodoo z przyszłości.

Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.



1988 – Gruda

Muzyka niepokojąca.

Jeszcze kurz nie opadł po solowym albumie Roberta Piernikowskiego, a wytwórnia Latarnia Records wypuściła solową płytę Przemysława Jankowiaka kryjącego się pod pseudonimem 1988. Album nosi tytuł „Gruda” i wchodzi w krwioobieg podobnie jak woda dostaje się z korzeni drzewa do jego korony i liści. Ta muzyka krąży między blokiem a morzem. Szum i rozmyte echa zderzają się z brudem ulicznym.

Jankowiak porusza się po wielu polach muzycznych. Mamy tu hip-hop, ambient, field recordings, sample i mnóstwo syntezatorów. Powolne tempo pozwala autorowi na powstawianie wielu ozdób. Jak na przykład w „Nocnym”. To przykład rzadko spotykanej pomysłowości, a my czujemy się jak podczas podróży trolejbusem, gdy za oknami mrok się rozpościera. Co i rusz coś nas rozprasza. Gęsty i mroczny klimat jest tu przytłaczający. Tak wpadamy w hipnotyczną „Mantrę”. Dobrze skomponowany jest to utwór, przeszywany wysokimi tonami syntezatora, a obudowę stanowi obłędny, ambientowy rytm. Wszystko przybrudzone i podane wraz z charakterystycznym trzaskiem winyla.

Świetne połączone są „Tajemnica i Melancholia Ulicy” ze „Szczecinem”. Ten pierwszy to w miarę pogodny rytm z dodatkiem zgrabnej melodii, która chyba ma naśladować saksofon. Płynie lekko i poczuć można swobodę. Do tego momentu album powoduje lekkie odrętwienie, a tu otrzymujemy możliwość wytchnienia. To trwa do momentu, gdy pojawia się „Szczecin”. Tu gości przetworzony field recording. Utwór skąpany w deszczu. Brzmi tajemniczo i srogo. Posępna muzyka wybrzmiewa, a w tle jak echo powraca nazwa miasta. Da się usłyszeć też strzępki rozmów, urwane słowa. Trochę tak jakbyśmy szli przez miasto ulicą. Piernikowskiego tu usłyszycie, jak się wsłuchacie. W dziedzinie oddania miejskiego klimatu będzie trudno przebić Jankowiaka.

Utwór „Gruda” oparty głównie na zapętleniach i rwanych melodiach. Autor bezkompromisowo maluje nam rzeczywistość na czarno. W dodatku celowo psuje ostrość. Rozmazane tło muzyczne daje fascynujący efekt. Cały album przytłacza i spokoju nie daje. W ogóle powinniśmy ogłosić światu nowy gatunek muzyki, muzykę niepokojącą. Czarne barwy i podskórny lęk są tu cechami nadrzędnymi. Wątłą nadzieję usłyszałem dopiero w „Synu”. To końcowy utwór, który trwa ponad sześć minut. Oparty na prostych dźwiękach, ale otoczonych szumem wiatru w tle. Gdzieniegdzie słońce przebije się z dźwięków, ale jest i tak mocno zasnute pyłem. W gruncie rzeczy „Gruda” idealnie komponuje się z „No Fun” Piernikowskiego. Zamiast jednej mamy dwie płyty, więc radość podwójna. Z drugiej strony słowo „radość” jest tu nie na miejscu. Dawkować z rozwagą.

Latarnia Records | 2017

Strona 1988

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.