Catnapp – Break
Paweł Gzyl:

Basowe piosenki.

Joshua Sabin – Sutarti
Paweł Gzyl:

Zew z litewskich lasów.

Thom Yorke – Anima
Maciej Kaczmarski:

1997-2019-2049?

Koza – Mystery Dungeon
Jarek Szczęsny:

Moby Dick.

D. Carbone – A.C.A.B.
Paweł Gzyl:

D. Carbone idzie na wojnę.

Fire! Orchestra – Arrival
Jarek Szczęsny:

Zrobiło się ciszej.

SØS Gunver Ryberg – Entangled
Paweł Gzyl:

Ciekawie, ale za krótko.

Palmer Eldritch – [dog]
Jarek Szczęsny:

Nieustanny proces chwalenia.

LSD – Second Process
Paweł Gzyl:

Kreatywna kooperacja czy skok na kasę?

Lena Andersson – Söder Mälarstrand
Paweł Gzyl:

Owoc studyjnego spotkania Eomaca i Kyoki.

Michał Miegoń & Adam Witkowski – Dwuja
Jarek Szczęsny:

Zawsze słucha się inaczej.

Lost Few – Between The Silence
Paweł Gzyl:

Muzyka na poprzemysłowe przestrzenie.

Jakub Lemiszewski – 2019
Jarek Szczęsny:

W zaczarowanym nastroju.

Kate Tempest – The Book Of Traps And Lessons
Jarek Szczęsny:

Próba uchwycenia bałaganu dzisiejszych czasów.



1988 – Gruda

Muzyka niepokojąca.

Jeszcze kurz nie opadł po solowym albumie Roberta Piernikowskiego, a wytwórnia Latarnia Records wypuściła solową płytę Przemysława Jankowiaka kryjącego się pod pseudonimem 1988. Album nosi tytuł „Gruda” i wchodzi w krwioobieg podobnie jak woda dostaje się z korzeni drzewa do jego korony i liści. Ta muzyka krąży między blokiem a morzem. Szum i rozmyte echa zderzają się z brudem ulicznym.

Jankowiak porusza się po wielu polach muzycznych. Mamy tu hip-hop, ambient, field recordings, sample i mnóstwo syntezatorów. Powolne tempo pozwala autorowi na powstawianie wielu ozdób. Jak na przykład w „Nocnym”. To przykład rzadko spotykanej pomysłowości, a my czujemy się jak podczas podróży trolejbusem, gdy za oknami mrok się rozpościera. Co i rusz coś nas rozprasza. Gęsty i mroczny klimat jest tu przytłaczający. Tak wpadamy w hipnotyczną „Mantrę”. Dobrze skomponowany jest to utwór, przeszywany wysokimi tonami syntezatora, a obudowę stanowi obłędny, ambientowy rytm. Wszystko przybrudzone i podane wraz z charakterystycznym trzaskiem winyla.

Świetne połączone są „Tajemnica i Melancholia Ulicy” ze „Szczecinem”. Ten pierwszy to w miarę pogodny rytm z dodatkiem zgrabnej melodii, która chyba ma naśladować saksofon. Płynie lekko i poczuć można swobodę. Do tego momentu album powoduje lekkie odrętwienie, a tu otrzymujemy możliwość wytchnienia. To trwa do momentu, gdy pojawia się „Szczecin”. Tu gości przetworzony field recording. Utwór skąpany w deszczu. Brzmi tajemniczo i srogo. Posępna muzyka wybrzmiewa, a w tle jak echo powraca nazwa miasta. Da się usłyszeć też strzępki rozmów, urwane słowa. Trochę tak jakbyśmy szli przez miasto ulicą. Piernikowskiego tu usłyszycie, jak się wsłuchacie. W dziedzinie oddania miejskiego klimatu będzie trudno przebić Jankowiaka.

Utwór „Gruda” oparty głównie na zapętleniach i rwanych melodiach. Autor bezkompromisowo maluje nam rzeczywistość na czarno. W dodatku celowo psuje ostrość. Rozmazane tło muzyczne daje fascynujący efekt. Cały album przytłacza i spokoju nie daje. W ogóle powinniśmy ogłosić światu nowy gatunek muzyki, muzykę niepokojącą. Czarne barwy i podskórny lęk są tu cechami nadrzędnymi. Wątłą nadzieję usłyszałem dopiero w „Synu”. To końcowy utwór, który trwa ponad sześć minut. Oparty na prostych dźwiękach, ale otoczonych szumem wiatru w tle. Gdzieniegdzie słońce przebije się z dźwięków, ale jest i tak mocno zasnute pyłem. W gruncie rzeczy „Gruda” idealnie komponuje się z „No Fun” Piernikowskiego. Zamiast jednej mamy dwie płyty, więc radość podwójna. Z drugiej strony słowo „radość” jest tu nie na miejscu. Dawkować z rozwagą.

Latarnia Records | 2017

Strona 1988

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

Comments are closed.