ACT! – Universalist
Paweł Gzyl:

Fairlight CMI znow w modzie.

The Young Mothers – Morose
Łukasz Komła:

Czy to kolejna supergrupa jedynie z nazwy? Śmiem twierdzić, że nie!    

Laurel Halo – Raw Silk Uncut Wood
Jarek Szczęsny:

Niezmordowana eksperymentatorka.

Thomas Leer – 1982
Paweł Gzyl:

Nienagrane przeboje.

The Magnificent Tape Band – The Subtle Art of Distraction
Jarek Szczęsny:

Retromania w wersji turbo.

Abul Mogard – Above All Dreams
Maciej Kaczmarski:

Kim pan jest, panie Mogard?

Sstrom – Otider
Paweł Gzyl:

Wykastrowane techno.

cv313 – Analogue Oceans
Paweł Gzyl:

Mistyka oceanu dźwięków.

Mika Vainio & Franck Vigroux – Ignis
Paweł Gzyl:

Tibi et igni.

Wczasy / Wolne pokoje
Jarek Szczęsny:

Na wakacje jak znalazł.

Shy Layers – Midnight Marker
Paweł Gzyl:

Wspomnienia sprzed trzech dekad.

Toxe – Blinks
Kasia Jaroch:

Oblicze najbardziej nieprzystępnego brzmienia Bala-Core złagodniało.

Sroczyński – Ajulella
Jarek Szczęsny:

Bajkowy koktajl.

Driftmachine – Shunter
Paweł Gzyl:

W sercu elektrowni.



Archive for Lipiec, 2018

Jacek Doroszenko – Soundreaming

Brytyjska oficyna Audiobulb wydała płytę Jacka Doroszenko znanego z duetu Mammoth Ulthana. Czytaj dalej »

Damien Dubrovnik – Great Many Arrows

Muzyka na czas udręki i ekstazy.

Czytaj dalej »

Lapalux – Ruinism

Piękno powstałe z ruin.

Właśnie dziś, 30 czerwca, ukazał się trzeci album studyjny Lapaluxa zatytułowany „Ruinism”. Album nad którym angielski producent pracował blisko dwa lata. Z czego jak sam mówi, po wydaniu albumu „Lustmore” w 2015 r., przez dłuższy czas szukał w ogóle inspiracji do nagrania nowego materiału. Znalazł go w teatrze, podczas pracy nad ścieżką dźwiękową do spektaklu z elementami chóralnymi i sztuki cyrkowej, opowiadającego o drodze łączącej życie ze śmiercią. Pozostałości muzyki stworzonej na potrzeby ww. spektaklu, zaczął przerabiać w charakterystyczny dla siebie, bardzo drobiazgowy sposób, aż – jak mówi – „zostały zrujnowane”. Wtedy zaczął tworzyć z nich nowe utwory. Tak powstał „Ruinism”. Album zatytułowany słowem wymyślonym przez artystę, a oznaczającym tworzenie poprzez zrujnowanie.

Już choćby to sprawia, że album ten jest charakterologicznie inny od debiutanckiej „Nostalchic” i drugiej „Lustmore”. Zdecydowanie więcej na nim instrumentalnego powietrza. Choć nie oznacza to w żadnym wypadku, że Lapalux zrezygnował z elektroniki. Wręcz przeciwnie, nadał jej po prostu nowy, dodatkowy wymiar, obok tego co definiowało dotychczas jego styl.

Jak powiedziałam na wstępie, „Ruinism” to dla mnie to czyste piękno. I wcale nie mówię tego dlatego, że Lapalux jest dziś jednym z moich ulubionych artystów (co mogłoby sugerować, że mój obiektywizm jest ograniczony). Wręcz przeciwnie, „Ruinism” to album, który obroni się sam. Wystarczy zacząć go słuchać, by już od pierwszego numeru wiedzieć, że to producencka perfekcja. I to w przypadku Lapaluxa jest akurat niezmienne.

Płytę otwiera „Reverence”. Jeden z najbardziej instrumentalnych utworów Lapaluxa jakie dotychczas nagrał. Mam wrażenie, że delikatne skrzypce wirujące w tym utworze mają moc unoszenia głazów. Dopiero w drugim „Data Demon” wprowadzone zostają mocniejsze elektroniczne elementy, jest nieco bardziej drapieżny, choć równolegle słychać w nim operowy śpiew. Trudno jednak ocenić czy to dzieje się naprawdę, bo końcówka to zmiksowane basy i perkusja, które po osiągnięciu maksymalnego natężenia zatrzymują się kończąc całość w jednej sekundzie.

Po nich Lapalux znów robi to w czym osiągnął momentami przerażającą doskonałość – rozbija słuchacza dźwiękiem na miliony drobnych części, emocjonalnych opiłków (w szczególności „Petty Passion”, wyjątkowy „Falling Down” z cudownym wokalem JFDR, „Displacer”). Jeśli ktoś dziś zapytałaby mnie dlaczego moje serce należy do elektroniki, to bez cienia wątpliwości odpowiedziałabym, żeby posłuchał Lapaluxa. Jeśli nadal nie rozumiałby czemu to i ja nie umiałabym tego wytłumaczyć słowami. Mówię to absolutnie szczerze. A taki rodzaj zachwytu zdarza mi się rzadziej niż częstotliwość zjawiska zaćmienia słońca. Na złapanie oddechu pozwala w pewnym sensie „4EVA” z udziałem Talvi. Pod względem muzycznym. Warstwa słowna może okazać się nieco trudniejsza. Ale jakże prawdziwa.

To też jest w sumie charakterystyczne dla Lapaluxa. Jego albumy są dość wymagające, opowiadają głównie o trudnych emocjach, o różnych formach niezrozumienia, straty. W mojej ocenie „Ruinism” jest jednak inna od dwóch wcześniejszych, bo ma w sobie pewną delikatność i daje słuchaczowi nieco więcej przestrzeni. Nie oceniam tego w żadnym wypadku, bo też nie uważam, żeby miało to jakikolwiek sens. Przykładowo, to że „Without You” po prostu rozbijał uczucia i emocje w pył, a jednocześnie bardzo zawłaszczał słuchacza, w żaden sposób nie odbiera mu terapeutycznego charakteru, tak fakt, że „Ruinism” nie wstrząsa tak mocno odbiorcą, nie pozbawia jej walorów muzycznego piękna.

Sam Lapalux stwierdził w wywiadzie, który miałam okazję przeprowadzić z nim dwa dni temu, że „Ruinism” jest nieco bardziej melancholijna, a nie tak depresyjna jak wcześniejsze płyty (Znajduję doskonałość w niedoskonałości – rozmowa z Lapaluxem). Gdy jednak dyskretnie zasugerowałam, że czuć w niej jakby bardzo nieśmiałą radość (np. „Essex Is Burning”), zaoponował i to dość stanowczo. Z drugiej strony, po przesłuchaniu „Ruinism” setki razy (naprawdę), podtrzymuję moje stanowisko – to chyba jego najbardziej przystępny materiał. Melancholijny na pewno. Ale nie depresyjny. Z rozczulającymi wokalami, w szczególności pojawiającej się aż dwukrotnie JFDR – we wspomnianym „Falling Down” i „Flickering”, z dalszej części płyty.

Świetna jest też zamykająca płytę triada: „Running To Evaporate”, „Phase Violet” i doskonałe zamknięcie w postaci „Tessellate”. Początkowo kołysze, potem za sprawą perkusji, dryfuje gdzieś między soft techno a microhouse. Tu Lapalux skupił się już na dźwięku, wypolerowaniu każdego przejścia, tak by było ono wręcz niesłyszalne dla słuchacza. I tak właśnie jest w „Tessellate”. Dokładnie wiadomo kiedy pojawia się perkusja, ale jak to się dzieje, że z kołysanki przechodzimy do mocnej elektroniki to już istna magia. I to jest istota fenomenu Lapaluxa. Tworzy muzykę doskonałą. W każdym, najkrótszym chociażby dźwięku. Jednocześnie ma swój oryginalny i niepowtarzalny styl. Po raz trzeci dzieli się nim właśnie na „Ruinism”. Płycie pięknej. Powstałej ze zrujnowanego. I w tym znaczeniu „uczłowieczonej”.

2017 | Brainfeeder

Oficjalna strona Lapaluxa » Profil na BandCamp » Profil na Facebooku »

Znajduję doskonałość w niedoskonałości – rozmowa z Lapaluxem

Dwa dni przed premierą najnowszej, trzeciej już studyjnej płyty brytyjskiego producenta, zatytułowanej „Ruinism”, nagrywającego w ramach wytwórni Brainfeeder, rozmawiałam z Lapaluxem o jego najnowszym albumie, ale także o doskonałości i niedoskonałości oraz o tym, że w życiu ważne jest nie tylko szczęście.

Czytaj dalej »

Jehst – Billy Green Is Dead

Angielski hip-hop zyskał dzieło kompletne. Czytaj dalej »

„SoundLab. Rozmowy”. Książka Macieja Kaczmarskiego

Z dumą polecamy Wam książkę jednego z autorów Nowamuzyka.pl – Maćka Kaczmarskiego, którzy przeprowadził wywiady z artystami biorącymi udział w cyklu SoundLab. Książkę możecie pobrać za darmo! Czytaj dalej »

Halfway Festival 2017 – relacja

Intymnie, nietuzinkowo, blisko emocji!

Czytaj dalej »

SZA – Ctrl

O krok od wielkiej kariery? Czytaj dalej »

Babu Król – Kurosawosyny

Ruch jest super, ruch jest ekstra. Czytaj dalej »

Mike Dehnert – Providing Home

Najbardziej melodyjny i taneczny zestaw Mike’a Dehnerta.

Czytaj dalej »

Surly – Trip To Warsaw EP (english version)

Warsaw through the eyes of a New Zealander, described by jazz, hip hop and electronics.

May 29 was the release date of the album of Surly – a DJ and a producer, titled “Trip to Warsaw.” The artist originally comes from Auckland, NZ, and is a member of the California-based Juke Bounce Werk collective. The EP deserves your attention not only for its music values (which are plenty, although it’s a short album), but also the fact that it was released on Polish Juke.

“Trip to Warsaw” contains of five tracks: “Thirteen,” “4Q 510-511,” “Scare Em To Death,” “Wait Til The Stick Comes” and – in my opinion, the most beautiful “Train To Lodz.” Elements of hip hop and electronics blend freely throughout the album, with melodic jazz as the fundament. At times experimental, but always enjoyable to listen to.

This is the case with the opening “Thirteen.” Although a little distant, the track has a calming effect. The leading piano invites some deeper thoughts. I play this track in my mind, visualising myself on a September afternoon, in the middle of the week, in that one Warsaw legendary coffee shop “Bar kawowy”. Shortly after opening, when the staff is barely noticeable behind the bar, as few visitors slowly sip their coffee. Four minutes during which you can think of something fundamental, in fact not thinking about anything specific in particular. It won’t be played again, but makes you slow down and think about what’s coming next.

With “4Q 510-511” Surly delivers jazz in a more classic form with some instrumental brass jumps and turnarounds, and a fine percussion line. After that, it’s hip hop’s turn – in “Scare Em To Death,” frenetic drums outweigh the production, while “Wait Til The Stick Comes” has an electronic “touch.” Both tracks explore twisted, juicy rap.

And finally, we’re getting on the train. “Train to Lodz” is an acoustic masterpiece with the highlighted strings and drums. It opens with a straight-line string tone, and other parts gradually join. It has an electronic, chill feel to it, that seems almost perceptible.

The track’s “bitterness” is much like the reality between the two cities – Warsaw and Lodz. I don’t actually mean the journey itself (although it’s quite an interesting experience). Warsaw, though full of hopes, is unstable and changeable. Lodz – authentic, doesn’t care about visitors’ opinions or their acceptance. Both cities are tough in their own way. I needed some time until I could finally call each of them “mine,” but eventually they are. Even if I’m just accustomed to call them that, then, to paraphrase Proust – without the custom we wouldn’t be able to make any place habitable. Surly has put together the sounds on “Train To Lodz” so carefully that the real character of both of these cities is finally well “audible” for me. I deeply recommend listening to “Trip to Warsaw.” It is a solid and interesting material.

2017 | Polish Juke

Profil na BandCamp »

Radiohead – OK Computer

Grabarze starej epoki i fundatorzy nowej. Czytaj dalej »

Cyd & Clefomat – Keep Up Grinding EP

Lawina.
Czytaj dalej »

Clark – Death Peak

Piękno poprzez destrukcję. Czytaj dalej »

Seria koncertów plenerowych „W Brzask” w warszawskiej Królikarni

Jeden z nielicznych i naprawdę dobrych powodów, by wstać w niedzielę o 4:00 nad ranem.

W tym sezonie oddział Muzeum Narodowego w Warszawie, mieszczący się w parku Królikarnia na Mokotowie, również organizuje cykl koncertów plenerowych „W Brzask”. Cykl niesamowity i iście magiczny przede wszystkim dlatego, że odbywający się o wschodzie słońca. Od pięciu już lat. Kuratorką cyklu „W Brzask” jest Pani Anna Miczko.

Czytaj dalej »

Brainfeeder Showcase w Warszawie – relacja

Powiem szczerze, że kto nie był Brainfeeder Showcase, który odbył się w warszawskiej Progresji 20 czerwca, może żałować. Oczywiście to Flying Lotus jako główna gwiazda wydarzenia przyciągnął pod scenę największą liczbę słuchaczy, ale świetne występy zaliczyli także Jameszoo, Dorian Concept i Thundercat, którzy występowali przed FlyLo.

Jameszoo zaprezentował bardzo ciekawy set. Zmiksował to co lubi, nie bojąc się ocen. Dzięki temu można było usłyszeć i klasyki rapu, np. siedemnastoletni już „Raise it Up” Slum Village, ale i nowsze numery, mające miliony odsłon na YT, np. „Us” autorstwa Movement. Jameszoo podrasował to elektronicznie (głównie jeśli chodzi o tempo) i wyszła mu z tego rewelacyjna muzyczna układanka. W trakcie jego setu pod sceną była dosłownie garstka słuchaczy, co dla niego samego pewnie było rozczarowujące, ale z drugiej strony, ta niewielka widownia sprawiła, że występ miał elitarny charakter. Miłe chwile w kameralnym otoczeniu.

Występ Doriana również był bardzo udany. Zaprezentował swoje najbardziej znane utwory, w tym „Draft Culture”, co oczywiście spotkało się z aplauzem publiczności. Jego set minął mi najszybciej. Nim się obejrzałam już było po i scenę zaczęto przygotowywać pod występ Thundercata, który nie zawiódł serwując publiczności solidną porcję basowego, elektronicznego jazzu. Oczywiście w trakcie występu ograł też materiał z ostatniej, świetnie przyjętej płyty „Drunk”. Osobiście zabrakło mi jednak przysłowiowej wisienki na torcie. Czegoś, co nadałoby temu występowi unikalny charakter, odróżniający go od jego innych koncertów, które widziałam. To moja osobista refleksja, która w żaden sposób nie zmienia faktu, że to był bardzo dobry występ, na wysokim poziomie muzycznym. Zresztą jak zawsze w przypadku Thundercata, któremu nie można odmówić wielkiego talentu i oryginalnego stylu, którym wyrobił już sobie „dźwiękową” wizytówkę.

W końcu nadszedł czas na główną gwiazdę. Jak wspomniałam, Flying Lotus bezsprzecznie zgromadził pod sceną największą publiczność. I nie zawiódł chyba nikogo. Jednocześnie po raz kolejny udowodnił, że jest genialnym szaleńcem. Zagrał zarówno kilka swoich utworów („Never Catch Me”, „Ready Err Not” jak i te publikowane jako Captain Murphy, przykładowo: The Killing Joke”), ale i kilka coverów m.in. Kendricka Lamara a także swoją interpretację motywu przewodniego do kultowego serialu „Miasteczko Twin Peaks”, opublikowaną kilka tygodni temu przy okazji premiery trzeciego sezonu tego telewizyjnego hitu.

Również oprawa występu Flying Lotusa była świetna. Przed jego „stanowiskiem” rozstawiono ekran projekcyjny, na którym wyświetlane były wizualizacje jako tło kolejnych utworów. FlyLo okazał się publiczności na samym końcu, który był dość spektakularny nie tylko muzycznie, ale i widowiskowo – mocne światła zdecydowanie podkręciły ten finisz, zakończony głośną owacją widowni.

Z tych wszystkich powodów warszawski Showcase Brainfeedera uważam za bardzo udany. Szansa zobaczenia na żywo i na jednym wydarzeniu takich gwiazd nie zdarza się często. Tym bardziej cieszy, że udało się to w Warszawie, która jako jedna z trzech miast (obok Wiednia i Berlina), mogła gościć Jameszoo, Doriana Concept, Thundercata i FlyLo. Ahoj!

/ materiały własne

FOQL – Lower Your Expectations

Zaskakujący zwrot w twórczości polskiej producentki.

Czytaj dalej »

(ghost) – Everything We Touch Turns To Dust

Uwierz w (ducha). Czytaj dalej »

Tsvey – TSVEY

Niepotrzebna popisówka. Czytaj dalej »

Nowość od kIRk

Zespół kIRk wybudza się z chwilowego letargu. Czytaj dalej »