Ricardo Villalobos – Empirical House
Ania Pietrzak:

„It Don’t Mean a Thing If It Ain’t Got That Swing”

OONDOOD – QSTNS?
Jarek Szczęsny:

Gorączka i włócznia.

Dany Rodriguez – D’Visions
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro o oldskulowej urodzie.

UMFANG – Symbolic Use Of Light
Ania Pietrzak:

Surowica krwi minimal techno.

Lewis Fautzi – The Ascension Of Mind
Paweł Gzyl:

Transowe zapętlanie.

New Cage – Wszystko jutro
Łukasz Komła:

Joanna Halszka-Sokołowska i Bartłomiej Tyciński zmierzyli się z repertuarem Johnnego Casha, dokładając też własne nagrania. Nie ma mowy o mdłych coverach!

Janek Schaefer – Glitter in my tears
Jarek Szczęsny:

Strzępy i fragmenty.

Anton Kubikov – Whatness
Paweł Gzyl:

Ciepły powiew wschodniej melancholii.

Terrence Dixon – 12.000 Miles Of Twilight
Paweł Gzyl:

Hipnotyczny puls i psychodeliczny klimat.

Nicole Mitchell – Mandorla Awakening II Emerging Worlds
Jarek Szczęsny:

Afrofuturystyczna podróż w rok 2099.

Dauwd – Theory of Colours
Ania Pietrzak:

Rozluźniający chill house o „medycznych” właściwościach.

Wild Books – 2
Jarek Szczęsny:

Jak szczelnie wypełnić jednostkę czasową.

Lake People – Phase Transition
Paweł Gzyl:

Urocza muzyka jak sprzed dwóch dekad. Ale ze współczesnym uderzeniem.

Sufjan Stevens, Bryce Dessner, Nico Muhly, James McAlister – Planetarium
Jarek Szczęsny:

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Neverending Delays – Muzak For The Masses

Nigdy nie będziesz wiedział co zaraz nastąpi.

Nie ma nic bardziej odstręczającego niż muzyka kreowana na wyjątkowo potrzebną w trakcie wakacji. Niektóre stacje radiowe uporczywie wmawiają nam, że bez tego i owego nasze wakacje będą niekompletne, wypoczynek nieudany, a wspomnienia obarczone nieusuwalnym defektem. Używając w sposób przewrotny płyty zespołu Neverending Delays postanowiłem pójść tym tropem i wedrzeć się w ten świat niepotrzebnych porad i pełnych pewności siebie mędrków. To sprawił czar, który Piotr Pawłowski (Made in Poland, The Shipyard) i Michał Miegoń (Kiev Office, The Shipyard) pozostawili po sobie.

Sama nazwa stanowi tu ciekawy klucz do twórczości duetu. Niekończące się opóźnienia – jak sam ją sobie tłumaczę – brzmi wręcz jak manifest. Dziś, kiedy każdy chce być o czasie i na czasie, oni proponują spóźnić się i przegapić coś. Dodam, że dzisiejszy świat dorzucił syndrom, który nazywa się FOMO. Czas uciekać. Umożliwia to już pierwszy „Path of pat”. Jakież to lekkie, powłóczyste i spokojne. Delikatne dźwięki wyszykowane dla użytkowników pluszowych kanap. Nie dać się uwieść jest trudno. Nienatarczywe tempo kryje jednak wiele ciekawostek. Przelatujący dźwięk przypominający głos (albo faktycznie jest to głos). Przewijają się skrecze, interesujące sample i dźwiękowe zapętlenia.

Pierwszy utwór zdradza metodę twórczą zespołu, aby tę ulotność i harmonię jaką tworzą, z rozmysłem przecinać wszystkim co przyjdzie do głowy. Tym samym natrafiamy na trudnych przeciwników, którzy lubią zaskakiwać. Jak na początku „You will never know the next chord”, który z miejsca atakuje nas masywnym groovem. Co więcej, zespół nie boi się sięgnąć tu po estetykę krautrocka. Pojawia się też ciepło syntezatora oraz automaty perkusyjne. Najczęściej wracam do tego utworu bo swoją złożonością budzi moją fascynację. Świeżość tego eksperymentu działa na wyobraźnię i świadczy bardzo dobrze o muzykach. Gitarowe wstawki nie wychodzą na plan pierwszy, co daje możliwość zaistnienia pokrętnej pomysłowości. Dają się ponieść w drugiej części, żeby zakończyć ambientowym wyciszeniem. Spełnienie gwarantowane.

Z całego zestawu „Wiped up” wydaje się mieć największy potencjał, żeby trafić do szerszego grona. Prosta gitara z iskrzącą elektroniką w oparach loopów. Leniwe, ale zdrowe. To taki moment wytchnienia od rzeczywistości. Nieoczywistość zespołu daje o sobie znać pod koniec utworu, gdzie utwór diametralnie zmienia charakter. Proszę wsłuchać się jak leniwość może zamienić w się koszmar. Tu się musze przyczepić, bo końcówka nieco psuje tę kompozycję. Koniec albumu rehabilituje ten lekki mankament. 19-minutowy „Waiting for delay” to chorobliwie wręcz rozwleczony plan muzyczny. Każdy dźwięk dostaje tu swój czas. Nałożone na siebie, przenikają się tworząc rozmarzony, ale i nieco mroczny klimat. Wyrosły na ambientowym gruncie operuje natężeniem dźwięku, intensywnością basu oraz muzycznymi teksturami. Spore umiejętności kompozytorskie obaj panowie tu pokazali. A ja dostałem płytę, która przetrwa nie tylko te wakacje, ale i następne.

Nasiono Records | 2017

Bandcamp

FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze