Hoera. – Jaunu
Łukasz Komła:

Chóralne imaginacje.

jitwam. – Honeycomb
Ania Pietrzak:

Indie, medytacja i ciepły funk.

Benjamin Fröhlich – Amiata
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.



Sufjan Stevens, Bryce Dessner, Nico Muhly, James McAlister – Planetarium

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Czterech białych mężczyzn postanowiło na zamówienie Muziekgebouw Eindhoven udomowić kosmos i przenieść go do naszych odbiorników. Kosmologia w muzyce rzecz to nie nowa. Dość przypomnieć, że galaktycznymi dźwiękami raczył nas w tym roku Wojciech Golczewski. No, ale przedstawmy dzisiejszych sprawców zamieszania. Sufjan Stevens uosabia delikatność i zdrową melancholię w dzisiejszej muzyce. Zdobywszy sporą grupę fanów ujmującym wokalem stara się coraz bardziej rozpychać stylistycznie. Bryce Dessner kojarzony z zespołem The National, tutaj w swej bardziej naturalnej roli tj. kompozytora. Drugim kompozytorem jest młody i zdolny Nico Muhly (pracował z Bjork). Ostatnim z grona jest perkusista James McAlister. Do tego należy dodać kwartet smyczkowy, puzonistów i masę elektronicznych nowinek. Galaktyczność gwarantowana.

Płyta trwa długo, bo aż 75 minut. Koncept główny polega na przeglądzie planet z Układu Słonecznego. Tej muzyce należy poświęcić sporo cierpliwości, ale koniec końców może być to opłacalne. Długi czas zmagałem się z tą płytą, skądinąd budzącą dość skrajne reakcje. Postaram się jakoś to wszystko wyważyć biorąc za centrum własny ośrodek słuchu. Nie będąc specjalnym entuzjastą programu auto-tune słuchałem „Planetarium” z rezerwą. To co nie przeszkadzało mi na solowej płycie Sufjana „The Age of Adz”, tu urasta do problemu nie do pokonania. Po prostu zderzenie tak sztucznie przekształconego głosu z partiami orkiestrowymi powodują u mnie wysypkę. Epickości nie można odmówić, ale trudno gdy się bierze taki zamach, jej uniknąć. I tak od planety do planety przenosimy wiedzeni nie połączonymi muzyczno-lirycznymi przewodami. Taka skala przedsięwzięcia oczywiście musi też wymagać od twórców stawiania egzystencjalnych pytań.

Szczególnie dobrze wypadają momenty, kiedy treść tekstowa dotyka rzeczy osobistych. Są też wycieczki w kierunku mitologii („Mars”). Jednak te emocjonalne wywody, jak w przypadku „Jupitera”, stanowią o sile „Planetarium”. Właśnie w tym utworze koncepcja czterech twórców wydaje mi się wybrzmiewać najlepiej. Elektroniczne odchylenia i orkiestrowe tło dają świetny efekt. Nad całością unosi się delikatny głos Sufjana. Szkoda, że cały album nie wznosi się na taki poziom. Natrafić można na zbyt rozciągnięty „Pluto”, obarczony nieznośną manierą „Saturn” czy niemiłosiernie wzdęty „Sun”. Muzyczne utwory potrafią być konkretne jak w przypadku „Black Energy” czy bardzo dobrego „Kuiper Belt”. Spuszczona na głowę słuchacza ilość asteroidów może przynieść niezamierzony efekt w postaci zbyt dużej liczby bodźców muzycznych. W tej międzyplanetarnej gęstwinie giną bardzo plastyczne momenty jak „Uranus”. Zbyt mało wyeksponowane i przygniecione masywem dźwiękowym. A w kosmosie to cisza zdaje się być czymś najbardziej ciekawym.

Weź teraz człowieku cały ten kosmos i jakoś zgrabnie podsumuj. Najlepiej zrobić to z naszego punktu centrycznego czyli Ziemi. Skoro to Ziemianie tworzą ten album to i pozycja macierzystej planety musi być na piedestał zaciągnięta. „Earth” to 15-minutowa suita. Uniesienie religijne stanowi tu środek ciężkości. Wielość stylistyczna tego utworu też do małych nie należy. Muzyka symfoniczna sąsiaduje z odwołaniem do Daft Punk. Wszystko wycyzelowane i lśniące jak podłogi statków Imperium w „Gwiezdnych Wojnach”. Pesymistyczny w swej wymowie, a właściwie wołający o opamiętanie zanim dla nas będzie za późno, stanowi deklarację ideową tej płyty. Nie przeszkadza mi epickość tego uniwersum. Przeszkadza mi brak tlenu i może parę mankamentów związanych ze zgrabnością niektórych utworów. Muzyka sprawia wrażenie próżniowe. Nie ma miejsca na oddech, ani chwili dla siebie. Oczywistość niektórych aranżacyjnych rozwiązań też nie służy całości. Pozostając nie w pełni usatysfakcjonowanym przesiadam się do kosmicznego statku dowodzonego przez San Ra.

4AD | 2017

Strona o płycie

Strona wydawcy

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze