Ricardo Villalobos – Empirical House
Ania Pietrzak:

„It Don’t Mean a Thing If It Ain’t Got That Swing”

OONDOOD – QSTNS?
Jarek Szczęsny:

Gorączka i włócznia.

Dany Rodriguez – D’Visions
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro o oldskulowej urodzie.

UMFANG – Symbolic Use Of Light
Ania Pietrzak:

Surowica krwi minimal techno.

Lewis Fautzi – The Ascension Of Mind
Paweł Gzyl:

Transowe zapętlanie.

New Cage – Wszystko jutro
Łukasz Komła:

Joanna Halszka-Sokołowska i Bartłomiej Tyciński zmierzyli się z repertuarem Johnnego Casha, dokładając też własne nagrania. Nie ma mowy o mdłych coverach!

Janek Schaefer – Glitter in my tears
Jarek Szczęsny:

Strzępy i fragmenty. 30 album na 20-lecie działalności Janka Schaefera. Sam zainteresowany rezyduje głównie w Londynie, gdzie nagrywa muzykę mroczną, powolną i nieoczywistą. W 2008 roku został uhonorowany nagrodą „The British Composer of The Year” Fundacji Paula Hamlyna. Bardzo zapracowany […]

Anton Kubikov – Whatness
Paweł Gzyl:

Ciepły powiew wschodniej melancholii.

Terrence Dixon – 12.000 Miles Of Twilight
Paweł Gzyl:

Hipnotyczny puls i psychodeliczny klimat.

Nicole Mitchell – Mandorla Awakening II Emerging Worlds
Jarek Szczęsny:

Afrofuturystyczna podróż w rok 2099.

Dauwd – Theory of Colours
Ania Pietrzak:

Rozluźniający chill house o „medycznych” właściwościach.

Wild Books – 2
Jarek Szczęsny:

Jak szczelnie wypełnić jednostkę czasową.

Lake People – Phase Transition
Paweł Gzyl:

Urocza muzyka jak sprzed dwóch dekad. Ale ze współczesnym uderzeniem.

Sufjan Stevens, Bryce Dessner, Nico Muhly, James McAlister – Planetarium
Jarek Szczęsny:

Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?

Janek Schaefer – Glitter in my tears

Strzępy i fragmenty.

30 album na 20-lecie działalności Janka Schaefera. Sam zainteresowany rezyduje głównie w Londynie, gdzie nagrywa muzykę mroczną, powolną i nieoczywistą. W 2008 roku został uhonorowany nagrodą „The British Composer of The Year” Fundacji Paula Hamlyna. Bardzo zapracowany człowiek, który wydawał swoje płyty w USA, Niemczech, Włoszech, Japonii, Holandii czy Belgii. Płynie w nim po części polska krew. Jest owocem polsko – kanadyjskiego mariażu. Z takim bagażem doświadczeń oraz twórczej potencji mógł spisać się lepiej. Wystarczyło nieco poskromić swoje dobre samopoczucie.

Obdarzony nieprzeciętną płodnością twórczą postanowił uraczyć nas 26 utworami na swoim albumie „Glitter in my tears”. Doprawdy nic w tym złego by nie było, gdyby każdy z nich trzymał równy poziom. Rozpędzamy się ambientowo. Chmurne dźwięki nachodzą na siebie. Dając dość transowe odczucia. Ciekawy efekt szumu, który sprawia, że „Sparkles into the light of night” niejako wynurza się z morza. Wraz z „Beam me up” przychodzi jeden z najlepszych momentów na płycie. Szelest, szum nastręczający porównanie z głosem przechodzi z kanału lewego na prawy i z powrotem. Fantastyczny efekt na słuchawkach. W tym miejscu następuje przerwa i dostajemy urywki kompozycji. Zostały szkodliwie niedopracowane lub urwane. „If Only” i „Lagoon” brzmią orkiestrowo, ale rejestrowane z celowym brudem. Podoba mi się „Looking for love” z uwagi na pianino. Niemniej ten fragment kompletnie odstaje od reszty płyty.

Schaefer karkołomnie też łączy ambientowe plamy „Swallow hole” z frapującą melodią „What comes around”. Tylko w uszy rzuca się niespójność. Oba powyższe urywają się w najciekawszych momentach. Spokoju mi nie daje też „Hells bells”, które jest wzięte i zapętlone z kompozycji Piotra Czajkowskiego z „Dziadka do orzechów”. Te 58 sekund bardzo odstaje szczególnie, że sąsiaduje z fragmentem jazzu z początku XX w. Znajdują się w tym zestawieniu strzępy kompozycji, które niepotrzebnie rozpraszają uwagę od tego co najlepsze na krążku. Zasadność ich występowania jest wątpliwa. Wygląda jakby kompozytor chciał pokazać, że sporo umie i na wielu różnych płaszczyznach. Co więcej, album wydaje się być czymś na kształt „The best of Schaefer”, niż przemyślanym tworem.

Żal jest tym większy, że da się tu znaleźć momenty dobre i bardzo dobre. Do takich należy zaliczyć końcówkę płyty. „Beyond hope” oraz „Haunted hall” zbudowane są na latającym po kanałach dźwięku. Pourywane fragmenty i niekompletne udźwiękowienie. Daje to nietuzinkowy efekt czegoś pokroju doświadczenia w laboratorium. „Tale of two angels” jest wyjątkowej urody. Field recording (ptaki), wysmakowana gitara i strzępki rozmów. Dudniący w tle dron zmienia naszą sielskość w grozę. Jeden anioł dobry, drugi zły. Wolałbym, aby twórca nałożył na siebie ograniczenia i skupił się na wyłuskaniu z tego zestawu bardziej precyzyjnej płyty. Tak pozostaje nam przepych i zbyt duży rozstrzał stylistyczny, co psuje odbiór całej płyty.

Room 40 | 2017

Strona Janka

Bandcamp

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze