Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.

Little Simz – GREY Area
Jarek Szczęsny:

Istotnie, miażdży.

Watergate 26 – Mixed By WhoMadeWho
Paweł Gzyl:

Powoli i bez pośpiechu.

Michał Turowski – Wormwood And Flame
Jarek Szczęsny:

Witajcie w Prypeci.



Interpretacja jest zawsze indywidualna – wywiad z Kamilem Matyją

Kamil Matyja – producent, DJ i dziennikarz muzyczny, przedstawiciel wrocławskiego kolektywu regime brigade. Interesuje się footworkiem, kocha głęboki groove i z lekką nostalgią wspomina miejskie osiedla z wielkiej płyty.

Emilia Stachowska: W opisie twojej EP-ki można przeczytać, że nawiązuje ona do estetyki lat dziewięćdziesiątych. Jakbyś scharakteryzował tę dekadę?

Kamil Matyja: Dla mnie lata dziewięćdziesiąte to przede wszystkim wczesne dzieciństwo, a później hip-hop ze Stanów Zjednoczonych. Wszelkie pasje i zajęcia, które rozwijały się we mnie na przestrzeni lat i trwają do dziś, są zakorzenione w tamtych czasach. Kocham kolorystykę tamtej dekady, która – mówiąc w dużym skrócie – kojarzy mi się z dresami drużyn NBA i ogromnymi logo na plecach. Co do hip-hopu, to był on wówczas nie tylko jednym z wiodących nurtów w muzyce, ale też ekspresją wolności, jakiejś tam kontrofensywy wobec dość kiczowatego głównego nurtu. Z muzyką elektroniczną tamtych czasów było zresztą dość podobnie. Chyba właśnie ten kolaż kiczu i łamania barier urzeka mnie najbardziej do dziś.

W materiałach promocyjnych przywoływana jest też kultura uliczna. Czy ją też utożsamiasz ze specyfiką lat dziewięćdziesiątych?

Zdecydowanie tak! Ten brudny street shit jest w tym wszystkim najpiękniejszy, bo tak bardzo ekspresyjny i prawdziwy. Dodatkowo za ogromną wartość tego wszystkiego uznaję działalność kolektywną – oglądanie klipów Wu-Tang Clanu dało mi mocno do zrozumienia, że w grupie siła, a obcowanie z ludźmi, którzy kumają o co ci chodzi jest wspaniałą sprawą. Dlatego też przesyłam najserdeczniejsze shout outy dla całej załogi regime brigade, bo funkcjonowanie w ten sposób jest czymś, o czym zawsze marzyłem.

Simon Reynolds zaproponował niegdyś pojęcie „retromanii”, swoistej nostalgii za przeszłością, która wpływa na pewną powtarzalność w muzyce. Utożsamiłbyś się z tym?

Nie do końca. Zawsze chciałem otwarcie dzielić się tym, co mnie inspiruje, ale w procesie twórczym chodzi mi jednak o coś zupełnie nowego. Owszem, staram się jakoś rekonstruować uczucie nostalgii, ale ma ono zawsze prowadzić do czegoś nowego.

Wspomniałeś, że lata dziewięćdziesiąte to czasy twojego dzieciństwa. Jaki obraz kultury muzycznej tamtych lat pamiętasz?

W 2000 roku kończyłem osiem lat, więc tak naprawdę, pamiętam niewiele. Dopiero jako bardziej świadomy nastolatek zacząłem tamte czasy w pełni odkrywać. Ale pamiętam dobrze, że w telewizji muzyczne byle co mieszało się z powalającymi rzeczami, które do dziś otoczone są należnym kultem.

Właśnie, co z tą magią pewnych programów telewizyjnych, postaci medialnych, do których teraz wraca się z uczuciem lekkiej tęsknoty? Tak stało się na przykład z listą „30 ton”.

„30 ton” oglądałem regularnie i mimo tego, że pojawiało się tam naprawdę sporo chłamu, było to jedno z nielicznych źródeł czegoś wartościowego, co podświadomie wpłynęło na to, czego słucham i co teraz robię. Kablówkę miałem chyba dopiero w późnej podstawówce, a jako dzieciak telewizji specjalnie nie oglądałem, co zresztą zostało mi do dziś. Chcieliśmy być jak Jordan albo Ronaldo, więc te krótkie napromieniowania blaskiem sławy i sukcesu z telewizora przenosiliśmy raczej na boiska. [śmiech]

A kasety? Do nich też obecnie wraca się coraz częściej. Co sądzisz o tym nośniku?

Kasety to był pierwszy nośnik, który zbierałem. Obok jedynego wówczas w mieście kina był sklep muzyczny z płytami CD i kasetami właśnie. Kupowałem głównie jakieś szczeniackie głupoty, ale później kupowałem też puste taśmy i nagrywałem ulubione numery z radia. Później odłożyłem to na lata, bo zainteresowałem się CDkami i winylami, ale dziś powoli to do mnie wraca, bo jest to okropnie zajawkowa opcja. Mam już parę wydawnictw na taśmie i chcę zaopatrzyć się w walkmana, rzecz jasna powiększając kolekcję. No i moi znajomi wydają na kasetach zajebistą muzę! Shout out to K-Hole Trax i Outlines!

Który rodzaj muzyki jest według ciebie idealny do wybrzmiewania właśnie z kasety? Jakim dźwiękom sprzyja ten specyficzny brud i lekkie zamulenie?

Idealna kasetowa muzyka raczej według mnie nie istnieje, sam słuchałbym wszystkiego. Ale jeśli chodzi o współczesne rzeczy, to celowałbym w brud i przester. [śmiech]

Ktoś niedawno powiedział mi, że urok kasety polega na tym, że ma destrukcję wpisaną w swoją naturę.

Nie do końca się na tym znam, ale wydaje mi się, że proces nagrywania muzyki na kasetę tak właśnie działa. Poza tym: wszystko, co związane z kasetami – wymiary okładek, przewijanie i tak dalej – ma swój endemiczny urok.

Kiedy rozmawialiśmy kilka dni temu powiedziałeś, że interesuje cię też taniec. Opowiedz o tym trochę więcej.

Taniec jest nieodzowną częścią muzyki, szczególnie elektronicznej, klubowej. Mnie muzyka bardzo rusza i mimo tego, że nie potrafię odtworzyć żadnego ruchu, zawsze mnie to porywa i tańczę sam w domu, tańczę w klubie i tak dalej. Wydaje mi się również, że w kontekście ostatnich kilku lat, ogromne znaczenie ma dla mnie footwork, który jest tożsamy z niezwykle szaloną chicagowską muzyką, którą się inspiruję i której cechy inkorporuję do swojej twórczości.

Kuba Lemiszewski opowiadał mi niedawno, że footwork jest próbą uchwycenia szalonego pędu, charakterystycznego dla naszych czasów.

Pozdro Kuba Lemiszewski, bardzo jaram się twórczością tego zioma. Dla mnie jednak odpowiedź jest zdecydowanie prostsza – footwork po prostu zamyka w sobie wszystko, co lubię w muzyce i ma nieograniczone możliwości hybrydowe. Jest ghetto house’owa moc surowizny, jest hip-hopowy groove, są amen breaki, głębokie linie basowe, śliczne synthy i stare sample. Coś jak most między Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią.

Właśnie, różnorodność. Działasz także na polu dziennikarskim i jako selekcjoner prezentujesz muzykę, która zawiera wszystkie z wymienionych przez ciebie elementów. Mam jednak wrażenie, że jako Baby Meelo zdecydowałeś się na precyzyjną ścieżkę, której podstawą jest hip-hop. Dlaczego hip-hop?

Prawdę mówiąc, często ktoś próbuje nakleić na mnie jakiś gatunek, a ja – jako artysta, dziennikarz i przede wszystkim słuchacz – nie ograniczam się do niczego. No ale tak, kocham hip-hop i ten hip-hop nienawidzę, zawsze będzie on miał w moim sercu specjalne miejsce i zawsze będę się z tym w stu procentach utożsamiał, nawet jeżeli kiedyś zrobię coś zupełnie odklejonego od tej estetyki. Z jednej strony prostota, z drugiej nieograniczone możliwości. To była muzyka, której moc i pełen wydźwięk uderzył mnie świadomie jako pierwszy i zakochałem się w tym bez pamięci. Jeżeli coś wpływa na sposób w jaki funkcjonujesz, rozmawiasz, jakimi ludźmi się otaczasz i ostatecznie jakich groove’ów w muzyce najczęściej szukasz, to musi to być słychać w tym co robisz. [uśmiech]

Mówiłeś, że hip-hop to w pewien sposób walka o wolność. Na tym właśnie polega jego siła i urok?

Do dziś wielu ludzi pewnie powie, że hip-hop to nie muzyka, za co długi środkowy palec na czoło. Tym samym ta energia buntu, bezczelność i wolność wyrazu zawsze do mnie przemawiały. Było to też dla mnie jakiejś ujście kotłujących się we mnie emocji – cały ten brud i ekspresja pozwalają mi się wyżyć i czuć się wolnym. Nawet nie wiem jak to do końca nazwać, ale o te nienamacalne, niezdefiniowane uczucia w muzyce powinno właśnie chodzić.

Długo pracowałeś nad „Milky Wayz”? Długo te emocje się w tobie nawarstwiały?

Pół roku, przy czym pomysły i emocje na pewno pojawiły się wcześniej.

Mówiłeś mi niedawno, że trochę to trwało, zanim zacząłeś nagrywać jako Baby Meelo. Jak to było?

Jako DJ pierwsze kroki stawiałem w liceum, ale dopiero jakieś niecałe dwa lata temu wykluł się Baby Meelo. Shout outy dla mojego serdecznego zioma Matiego, który nadał mi ten wdzięczny hip-hopowy pseudonim. Muzycznie jest to jednak coś, w czym tkwię od lat, po prostu ten alias był mi potrzebny do zdefiniowania siebie jako artysty i podpisywania swojej muzyki w określony sposób.

A ta działalność dziennikarska wpływa w jakiś sposób na twoje poczynania muzyczne?

Na pewno, przy czym dziennikarstwo traktuję jako przedłużenie bycia słuchaczem. Nie mam już dziś niestety czasu i zajawki na przeprowadzanie wywiadów, wolę raczej formy pisane, no i oczywiście ukochane audycje radiowe. Lubię mówić o muzyce i nazywać rzeczy, które słyszę. Co do projektu Baby Meelo, to jest on mocno odzwierciedlany w audycji Future Beats, którą prowadzę w Radiu Luz w poniedziałki o 22. W piątkowych Ultradźwiękach od 18 staram się eksplorować wszystkie inne brzmienia, które kocham.

Chciałbyś kiedyś zrobić coś, co będzie osadzone w zupełnie innej stylistyce?

Pewnie, że tak. Gram też jako 61st Draft Pick, gdzie BPMów jest mniej, jest electro, house, techno i inne tego typu brzmienia. I na pewno chcę pod tym aliasem tworzyć swoje produkcje. Powoli też uczę się basu i klawiszy, a także uczę się się śpiewać i chciałbym mieć kiedyś możliwość uzewnętrzniania się na każdym polu. Ale też każda z tych zajawek bezpośrednio wpływa na to, co robię teraz i co robiłem wcześniej.

W jaki sposób?

Instrumenty są dla mnie nie tylko źródłem dźwięku, ale też jakimś ołtarzem respektu wobec muzyki, dla tego też chciałbym umieć zarówno je samplować, jak i na nich grać. Kocham najróżniejsze brzmienia i gatunki, dlatego obok DJ-ingu i produkcji chciałbym mieć też swój zespół punkowy, uczestniczyć w milionie projektów. Wiadomo, że część z tego to głównie marzenia, ale fajnie byłoby garstkę z nich spełnić.

Zaznaczasz, że każda z twoich zajawek wpływa na to, co robisz, a jaki wpływ na twoją twórczość ma środowisko, w którym działasz?

Moje działania to przede wszystkim regime, a od jakiegoś czasu także Polish Juke. Wraz z brygadą reżimioków działamy na scenie wrocławskiej, ale rzecz jasna chcemy się rozwijać i pchać to dalej. Staramy się udowadniać, że jest u nas tyle samo skarbów, co wszędzie – zarówno poprzez muzę, którą wydajemy, jak i poprzez artystów, których zapraszamy na nasze imprezy. Działanie w przestrzeni lokalnej jest bardzo ważne, a w moim przypadku chodzi przede wszystkim o przestrzeń miejską, która zawsze będzie zajmowała bardzo ważne miejsce w mojej muzyce.

Powiedz coś więcej o tej miejskiej przestrzeni.

Tutaj wracamy do hip-hopu i do Wodzisławia Śląskiego, z którego pochodzę. Małe miasto, szare bloki, boiska do koszykówki, ławki i tego typu sprawy. To wszystko brzmi bardzo banalnie, ale naprawdę drzemie w tym jakaś taka niewysłowiona miłość, pochowana po tych wszystkich zakamarkach, które doskonale znasz, jeżeli spędzisz w takim miejscu wystarczająco dużo czasu. Później przeniosło się to na odrobinę większą skalę, do Wrocławia, który łączy ten miejski syf z większą wolnością artystyczną i większymi możliwościami. Hip-hopowe breaki pięknie oddają ten vibe, a wydobywały się one z okien od kiedy pamiętam, wówczas zdecydowanie częściej, niż dziś.

Jak zatem opisałbyś Wrocław i jego lokalną scenę, której jesteś częścią?

Wrocławska scena klubowa zdominowana jest przez brzmienie, którego fanem raczej nigdy nie będę. Najczęściej dostajesz albo ciężkostrawne, hałaśliwe trapy albo mdłe deephouse’y – we wszystkim brakuje mi mięsa, groove’u, duszy i charakteru i najczęściej zlewa mi się to w jednostajne smuty. Ale jest tu też masa twórców i aktywistów, którzy robią wzorowe rzeczy godne każdego słowa uznania. Obok DJ-ów, DJ-ek i producentów jest tu sporo zajebistych solistów, solistek i zespołów tworzących muzę na światowym poziomie. Mimo to, często odnoszę wrażenie, że publiczność najchętniej wybiera nijakie bookingi dj-skie, które niczego nie wnoszą, a co więcej – często zjadane są przez lokalny support.

Niedawno rozmawiałam z triem Dazed Bros, które mówiło o swoim rodzinnym Krakowie, że króluje tam klimat artystycznej bohemy, że miasto sprzyja tworzeniu sztuki. Jak to jest z Wrocławiem?

Tutaj – przynajmniej, jeśli chodzi o moje środowisko – otaczamy się ludźmi maksymalnie wkręconymi w swoje zajawki, pasjonatami o ogromnej wiedzy i energii, ale klimat jest bardziej ziomalski. Zawsze stroniłem od pretensjonalnych rozmów o sztuce, które najczęściej opierają się na udowadnianiu sobie i wszystkim wokół swojej wartości. Dzielimy się muzą razem, gramy razem i wszyscy słuchamy się nawzajem, ale też mamy inne tematy do przegadania, nie rozmawiamy tylko o sztuce. Ludzie i ich uczucia od zawsze były fundamentem dla mnie i moich inspiracji, dlatego najpierw wolę kogoś skumać i poczuć z tą osobą vibe, zanim zaczniemy razem intensywnie działać.

A czy ty chciałbyś udowodnić coś swoją muzyką?

Nie chcę udowadniać niczego. Chcę pokazać, co mi w duszy gra, czym się jaram i jakie emocje za tym stoją. Interpretacja jest zawsze indywidualna.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze