Ghostpoet – Dark Days + Canapés
Jarek Szczęsny:

Dojrzałość artysty.

Siriusmo – Comic
Paweł Gzyl:

Koniec szczeniackich wygłupów.

Meridian Brothers – ¿Dónde Estás María?
Łukasz Komła:

Meridian Brothers po raz kolejny wysyłają nas na planetę szaleństw!  

STILL – I
Paweł Gzyl:

Gotowi na twerking?

Gebrueder Teichmann – Lost On Earth
Jarek Szczęsny:

Braterskie przedsięwzięcie.

Meeting By Chance – Lines EP
Ania Pietrzak:

Wydawałoby się, że muzyka nie słyszy tego kto słucha. To nieprawda, słyszy.

Khalil – The Water We Drink
Paweł Gzyl:

R&B tylko dla odważnych.

Zola Jesus – Okovi
Jarek Szczęsny:

Pop w industrialno-elektronicznej masce.

Beastie Respond – Information City
Krystian Zakrzewski:

Symulacje rzeczywistości.

Mount Kimbie – Love What Survives
Bartek Woynicz:

Bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt tego roku!

Nadine Shah – Holiday Destination
Jarek Szczęsny:

Nie ma ucieczki od polityki.

Various Artists – Superlongevity 6
Paweł Gzyl:

Największe gwiazdy minimalu na dwóch płytach.

Bicep – Bicep
Ania Pietrzak:

London calling!

Lunice – CCCLX
Jarek Szczęsny:

Teatr w 360 stopniach.

Bicep – Bicep

Bicep, londyński duet tworzony przez pochodzących z Belfastu producentów Matta McBriara i Andy’iego Fergusona, debiutuje wreszcie długogrającym albumem nazwanym po prostu „Bicep”. Wreszcie, bo działalność duetu to już 10 lat pracy w elektronicznym świecie. Przez ten czas zrobili bardzo wiele m.in. założyli i prowadzą świetnego muzycznego bloga Feelmybicep, współpracowali m.in. z Simian Mobile Disco, Disclosure czy Blood Orange i wreszcie bardzo aktywnie działali koncertowo. W 2015 wydali EP-kę „Just”, z której utwór tytułowy został uznany przez Mixmag i DJ Mag’s najlepszym klubowym utworem 2015 r. Mimo to płytę długogrającą wydali dopiero teraz. Wystarczy jednak jej jedno przesłuchanie by zrozumieć czemu. Na stworzenie materiału na tak wysokim poziomie artystycznym potrzeba po prostu trochę czasu.

Wszystko zaczyna się dość niewinnie, dance’owym numerem „Orca”. Ten utwór to pryzmat najważniejszych momentów w brytyjskiej elektronice: kultowej fali IDM, trip-hopu, szalonych, funkujących składanek Cream Classics i pierwszych płyt Faithless. Jednocześnie „Orca” utwierdza mnie w przekonaniu, że jednak trochę bliżej mi do Londynu niż Berlina. Rytm obu miast zawsze różnił się od siebie, co oczywiście wynika z innych okoliczności, w jakich obie sceny powstawały, innych gatunków z których się wywodziły i oczywiście… innych narkotyków, jakie były w nich zażywane, ale przewagę w swoistej radości, lekkości i tanecznej energii ma dla mnie jednak Londyn. I to właśnie wciąga mnie mocniej. Kolejny „Glue” również utrzymany jest w konwencji dance, ale więcej w nim już przejść w house, który zdecydowanie dominuje w trzecim utworze „Kites”. Taneczne elementy będą się od tego miejsca pojawiać nieco rzadziej.

Na płycie ważnym momentem jest utwór „Drift”. Jego muzyczne tło budzi niepokój. Dziwne to uczucie, bo jako że to smutny utwór wydawałby się raczej kruchy i słaby. Tymczasem to mocny zawodnik – jak już złapie słuchacza to mocno trzyma go w muzycznym klinczu. Kolejne „Opal” i „Rain” pulsują nieco bardziej, szczególnie ten drugi, w którym pojawiają się nawet orientalne pierwiastki. Pomimo wielu styli, po które sięgnęli Bicep (dance, house, a nawet chillout – utwór „Ayaya”), punkt kulminacyjny płyty następuje w oparach smutku i melancholii. To za sprawą „Ayr”, opartego o chłodny wokal i pianino. Bez cienia wątpliwości to najmocniejszy utwór z tej płyty. Konsekwentnie budowane nostalgiczne tempo sprawia, że chwilami to bolesne doznanie. Nielitościwie panuje nad odbiorcą, a siła zakodowanej w nim goryczy rozsadza, uprzedzam. Ciekawą muzyczną emocjonalność ma „Vale”, choć to zdecydowanie spokojniejsze doznanie niż „Ayr”. Płytę zamyka promujący album utwór „Aura”, oparty o świetnie wyważony i zapadający w pamięć taneczny beat.

Debiut Bicep to płyta doskonale skonstruowana. Z jednej strony pełna dance’owo-klubowego charakteru, który zapewniło jej oryginalne połączenie kilku gatunków, eksplorowanych przez Bicep w ich dotychczasowej karierze, ale z drugiej, dobrze wkomponuje się też w domowe zacisze. Szczególnie w te trudne jesienne wieczory, które przed nami. Nagrać taką płytę to wielka sztuka, ale Bicep udało się to bezbłędnie. Stąd nie oszczędzam przy ocenie, która sprowadza się do krótkiego stwierdzenia – to płyta unikatowa. Choć można się było tego spodziewać. W końcu Bicep nagrywają dla Ninja Tune, wytwórni która dba nie tylko o dźwięki, ale także o emocje w elektronice. Ta płyta potwierdza, że Bicep są we właściwym miejscu. Na swoim debiucie przekazali dużo emocji. I oby było je słychać także na ich kolejnych wydawnictwach.

2017 | Ninja Tune

Profil na BandCamp » Profil na Facebooku » Oficjalna strona Bicep »

 


 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze