COMOC – Wind Is In The East EP
Ania Pietrzak:

Zielona fala.

Laraaji – Bring On the Sun/Sun Gong
Jarek Szczęsny:

Piekło skrojone na miarę.

Dubit – Vitriol
Paweł Gzyl:

Studia nie poszły na marne.

Ghostpoet – Dark Days + Canapés
Jarek Szczęsny:

Dojrzałość artysty.

Siriusmo – Comic
Paweł Gzyl:

Koniec szczeniackich wygłupów.

Meridian Brothers – ¿Dónde Estás María?
Łukasz Komła:

Meridian Brothers po raz kolejny wysyłają nas na planetę szaleństw!  

STILL – I
Paweł Gzyl:

Gotowi na twerking?

Gebrueder Teichmann – Lost On Earth
Jarek Szczęsny:

Braterskie przedsięwzięcie.

Meeting By Chance – Lines EP
Ania Pietrzak:

Wydawałoby się, że muzyka nie słyszy tego kto słucha. To nieprawda, słyszy.

Khalil – The Water We Drink
Paweł Gzyl:

R&B tylko dla odważnych.

Zola Jesus – Okovi
Jarek Szczęsny:

Pop w industrialno-elektronicznej masce. Nicole Hummel lub Nika Roza Danilova albo Zola Jesus, to bez znaczenia, bo mówimy o tej samej osobie. Chodzi oczywiście o piosenkarkę, która w swej twórczości łączy nurty muzyki industrialnej, klasycznej, elektronicznej i gotyckiej. Nie było […]

Beastie Respond – Information City
Krystian Zakrzewski:

Symulacje rzeczywistości.

Mount Kimbie – Love What Survives
Bartek Woynicz:

Bez wątpienia jedna z najważniejszych płyt tego roku!

Nadine Shah – Holiday Destination
Jarek Szczęsny:

Nie ma ucieczki od polityki.

Zola Jesus – Okovi

Pop w industrialno-elektronicznej masce.

Nicole Hummel lub Nika Roza Danilova albo Zola Jesus, to bez znaczenia, bo mówimy o tej samej osobie. Chodzi oczywiście o piosenkarkę, która w swej twórczości łączy nurty muzyki industrialnej, klasycznej, elektronicznej i gotyckiej. Nie było mi nigdy po drodze z Zolą Jesus (tego imienia i nazwiska będę się trzymał). Natarczywa manieryczność, czytelne inspiracje stylizacji oraz nieprzekonujące kompozycje sprawiały, że owszem zdarzało mi się słuchać jej płyt, ale zachwytu we mnie nie wzbudzały. Co więcej, niemożliwe do zignorowania porównania do Björk, utrudniały tylko odbiór. Przyczyna była prosta: po co słuchać kopii, skoro jest oryginał? Moje zasklepienie może zostać odebrane jako krzywdzące. Jednocześnie nie straciłem chęci poświęcania czasu na twórczość Amerykanki. Zaświadcza o tym niniejsza recenzja jej nowej płyty „Okovi”. Pierwszej, w moim mniemaniu, udanej.

Nie byłoby tej opinii, gdyby nie singiel „Exhumed”. Nerwowy początek wbijający w fotel nie puszcza, aż do końca. Świetny, transowy numer, przy którym spokój zachować mogą jedynie nieboszczyki. Wyczuwalna, w otwierającym utworze „Doma”, sakralna aura, tu przybiera wymiar chóralnego zaśpiewu, który pojawia się w środku. Koniec zostaje opętany przez rytm i furię. Niezatarte piętno zostawia na utworze Shannon Kennedy swoją grą na wiolonczeli. Przeciwwagą jest następny w kolejce „Soak”. Tu temat śmierci został wyraźnie poruszony. Przesiąka też na inne utwory z tej płyty. Tematyka liryczna należy raczej do tych osobistych. Wokalistka zmaga się z tytułowymi okowami, które chce porzucić. To co podoba mi się najbardziej to spójność tej płyty, która nie trwa za długo (znów plus), pomimo pewnych stylistycznych zmiennych, jak w najdłuższym kawałku na płycie „Veka”.

Ten dość skomplikowany utwór zawiera w sobie zabawy z ludzkim głosem (puszczanie od tyłu), pulsujący rytm oraz rozmyty głos bohaterki. W tyle klubowej atmosfery słychać industrialne zdobienia. Cały ten utwór sprawia wrażenie potańcówki w trakcie końca świata. Orkiestrowy wstęp do „Witness” przynosi na myśl muzykę do filmu. Zola Jesus sięga po delikatniejszą barwę głosu i bardzo płynnie porusza się po wyśpiewywanych słowach. Zmianę stylu, którego jesteśmy świadkami, można nazwać „dobrą”. Skrzypce windują ten utwór na uwznioślony poziom. To przypomina o ostatnich dokonaniach Susanne Sundfør. Treść piosenki przepełniona depresją, próbą powstrzymania przed samobójstwem – do najłatwiejszych nie należy. Zdarza się Zoli przeszarżować jak w manierycznym „Ash to Bone”. Rekompensuje to umiejscowiony w środku „Siphon”, w którym zawarte jest nawiązanie do treści „Witness”.

Zola Jesus nie uciekła też od popowej strony. Słychać to w „Wiseblood”, które może spodobać się szerszej publiczności. Kończący „Half Life”, gdzie orkiestra została wymieszana z elektroniką, przetworzonym głosem oraz szumem, wypada znakomicie. Karkołomne połączenie przynosi dość nieoczekiwany, dobry rezultat. Świetnie kończy przeciągając dźwięki. Jak na tak ponury album, sporo sprawił mi radości. Dałem się uwieść tej teatralności oraz nie przywiązywałem uwagi do gorszych momentów całości, ponieważ te lepsze były na tyle dobre, że skutecznie odciągały uwagę. Czy to znaczy, że od tej pory będę jakoś łagodniej spoglądał na twórczość Zoli Jesus? Raczej nie. Z pewnością będę bardziej zainteresowany jej następną płytą.

Sacred Bones | 2017

Strona Zoli Jesus

Bandcamp

FB

 


 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze