Sstrom – Drenched 1 – 12
Paweł Gzyl:

Surowe techno z uszkodzonego komputera.

Mirt – Greed
Jarek Szczęsny:

Wątłe struktury.

Various Artists – 10 Years of Monkeytown
Paweł Gzyl:

Spojrzenie wstecz.

EABS – Slavic Spirits
Jarek Szczęsny:

Jazz w bardo.

Bartosz Kruczyński – Baltic Beat II
Jarek Szczęsny:

Nie chciałbym przesłodzić.

Resina – Traces (Remixes)
Mateusz Piżyński:

Najnowsze wydawnictwo naszej rodzimej, bardzo utalentowanej, artystki, Karoliny Rec (aka Resina) to zestaw 5 utworów, gdzie cztery to genialne reinterpretacje, za którymi stoją Abul Mogard, Lotic, Ben Frost i William Criag.

Różni artyści – Portrety
Jarek Szczęsny:

Sami perkusiści.

Tracey – Biostar
Paweł Gzyl:

Pastelowe electro wyjęte z klubowego kontekstu.

Laurence Pike – Holy Spring
Jarek Szczęsny:

Łyżeczką, a nie chochlą.

Altstadt Echo – This Work Contains Lead
Paweł Gzyl:

Rozdarcie między światem ducha i materii.

Luis Vicente & Vasco Trilla – A Brighter Side of Darkness
Łukasz Komła:

Rogate flow sięgające głębin.

Matias Aguyao – Support Alien Invasion
Paweł Gzyl:

Najbardziej wymagający album chilijskiego producenta.

Coil – Live Five
Maciej Kaczmarski:

Niewyrażalna intymność.

Vin Sol – Planet Trash
Paweł Gzyl:

Od house’u do ambientu.



Laraaji – Bring On the Sun/Sun Gong

Piekło skrojone na miarę.

Cofnijmy się w czasie do roku 1978. Przechadzający się po parku Washington Square Brian Eno odkrywa muzyka. Tym muzykiem okazuje się Laraaji. Spotkanie zaowocowało płytą „Ambient 3: Day of Radiance”, wyprodukowaną przez Eno. To jedyne skojarzenie, które przywodziło mi na myśl tego twórcę. Ku memu zdziwieniu okazało się, że studiował kompozycję na Uniwersytecie Howarda, a po przeprowadzce do Nowego Jorku chciał zostać kolejnym Bill`em Cosby albo Richardem Pryor`em. Z kariery aktorskiej nic nie wyszło. Potem trafiła się ta historia z Eno i tak oto powstał guru New Age, który obecnie prowadzi zajęcia z terapii śmiechem. Tym sposobem oczarowuje słuchaczy, uczestników zajęć i część krytyki muzycznej. Na tyle skutecznie, że gościł nawet na festiwalu Unsound. Jego nowy materiał został podzielony na dwie płyty. Pierwsza, która wyszła na winylu, zawiera dwie kompozycje. Druga dostarcza aż ośmiu utworów. W tym miejscu chciałbym ostrzec, że dalej już tak miło nie będzie, gdyż autor niniejszego tekstu całą mistyczną otoczkę serwowaną przez Laraaji uznaje za kompletną stratę czasu.

Pragnę też uspokoić ewentualnych, rozedrganych, iż przywołane przeze mnie piekło nie będzie stanowiło pretekstu do sążnistego tekstu o religii. Tu raczej będzie pełnić rolę określenia miejsca, które dla przebywającego w nim, będzie miało w ofercie bezkresne tortury, wszelkiej maści rzeczy sprawiające ból oraz zestaw dźwięków wywołujących gorączkę i otępienie umysłowe. Innymi słowy to co mnie spotkało w trakcie słuchania tych płyt. Zacznijmy od „Sun Gong”. Dwie rozwleczone kompozycje, gdzie głównymi składnikami są drony i gong. Lub gong i drony. Dźwięk rozlewa się po podłodze, a w części drugiej mamy nawet wodnistą jego strukturę. Drony raz mocniej są akcentowane, a raz lżej. Ot, cały efekt. Odgłos gongu przepuszczany jest przez niezliczoną ilość efektów dźwiękowych, które nie sumują się w większy sens. Od czasu do czasu da się też wychwycić kapłańsko – szamańskie zawodzenie. Nic bardziej odstręczającego. W tych dwóch długich formach znalazłem kilka, krótkich chwil, które mogłyby się podobać, ale szybko o nich zapomniałem.

Gorzej rzecz się ma w przypadku „Bring on the Sun”. Nieskończoną torturą była dla mnie piosenka „Change”. Kilka akordów granych na gitarze akustycznej oraz nieznośny tekst. Słowo „nieznośny” nie wyczerpuje moich odczuć. Określenie „change” pada co kilka sekund, tak aby wbić nam się do głowy. Przy tym tekście Paulo Coehlo jawi się jako wirtuoz słowa, niezbadany myśliciel czy jednostka nadająca nowy kształt rodzajowi ludzkiemu. Zaletą „Change” jest to, że poznałem nowe pokłady złej muzyki. To doświadczenie, jak każde inne, ma swoje zalety. Przywołuję z pamięci, ale kojarzy mi się, że ktoś kiedyś zapytał Zygmunta Kałużyńskiego dlaczego ogląda złe filmy. W odpowiedz padło – żeby bardziej docenić te dobre. To jedyny dobry powód dla którego warto posłuchać albumów Laraaji.

To nie wszystko. Owszem pojawia się tu słynna elektryczna cytra, wyśrubowane echa oraz radosne (w stopniu przesadnym) tony. Możemy też podążyć z naszym guru do Virginii, aby się odrodzić, wspominając o niewolniczych korzeniach. Natura ma też swoją reprezentację w postaci wiatru („Open the gift”). Znienacka wyskakują organy („Enthusiasm”). Anielskie chóry mają swoje pięć minut. Gdybym cenił sobie brak: inteligencji, zaczepności, inwencji, wysiłku artystycznego, poczucia humoru, czy inspiracji. Albo gdybym uważał, że najlepsze co spotkało ludzkość to coaching menedżerski. Prawa fizyki traktował jako dziecinne banialuki oraz wierzył, że terapia śmiechem jest w stanie pokonać nowotwór to z pewnością pokochałbym obie płyty Laraaji. Tak nie jest. Więc nie pozostaje mi nic innego jak na powrót zaszyć się w gawrze pomstując i złorzecząc na ludzkość. Trudno, co robić?

All Saints Records | 2017

FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze