HVL – Rhythmic Sonatas
Paweł Gzyl:

Jak to się robi w Gruzji.

Marek Kamiński – Not Here
Łukasz Komła:

Patrzeć w gwiazdy leżąc wśród nich.

These New Puritans – Inside The Rose
Maciej Kaczmarski:

Na wzburzonym morzu.

Christian Löffler – Graal (Prologue)
Paweł Gzyl:

Popowo i trance’owo.

Ifriqiyya Electrique – Laylet el Booree
Łukasz Komła:

Jeszcze więcej krwi, potu i transu!

Tommy Four Seven – Veer
Paweł Gzyl:

Brytyjski mocarz powraca wreszcie z nowym albumem.

Stefan Goldmann – Tacit Script
Paweł Gzyl:

Konceptualna awangarda wywiedziona z techno i house’u.

DJ Spider – Democide
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku.

Sonmi451 – Nachtmuziek
Ania Pietrzak:

„Nie przeszkadzać”.

Janus Rasmussen – Vin
Mateusz Piżyński:

Deep house’owy kalendarz połówki Kiasmosa.

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 1
Paweł Gzyl:

Nowy cykl kompilacji kolońskiej tłoczni.

Psyk – A Moment Before
Paweł Gzyl:

Hiszpański producent wraca do swoich korzeni.

Mary Lattimore & Mac McCaughan – New Rain Duets
Jarek Szczęsny:

Cztery utwory, dwoje wykonawców i jedna sesja na żywo.

Chúpame El Dedo – No Te Metas Con Satan
Łukasz Komła:

Psychodeliczna cumbia staje do walki z Szatanem!



Kölsch – 1989

Pożegnanie z dzieciństwem.

Dwa albumy Kölscha wydane wcześniej – i ten opublikowany teraz – składają się na pierwszą tego rodzaju w muzyce elektronicznej płytową trylogię. Rune Reilly postanowił na niej opowiedzieć o swoim dzieciństwie, przekładając wyblakłe wspomnienia na grające mu w sercu brzmienia. Ostatnim akordem tej historii jest rok 1989, o którym duński producent mówi, że kojarzy mu się z szarością. A to dlatego, że w tym czasie rozwiedli się jego rodzice, a on, próbując uciec od bolesnych sytuacji, znalazł pocieszenie w skateboardingu i muzyce, której praktycznie non-stop słuchał wtedy z walkmana. Tak skończyło się dzieciństwo Reilleya – jak kończy się też dla wielu z nas.

Płytę opowiadającą o tamtych uczuciach, przeżyciach i doświadczeniach otwierają dźwięki strojącej się orkiestry symfonicznej. I nie jest to żadna komputerowa sztuczka, tylko dźwięki wydawane przez instrumenty 24-osobowej Heritage Orchestry, działającej pod batutą Gregora Schwellenberga. Ten znany ze współpracy z Kompaktem dyrygent (nagrał całą płytę z klasycznymi przeróbkami nagrań z wytwórni) wsparł ze swoim zespołem duńskiego twórcę podczas nagrań „1989”. W ten sposób powstała płyta zrealizowana z wielkim rozmachem, ale tym samym niebezpiecznie balansująca na granicy melodramatyzmu.

Motorem muzyki z albumu jest oczywiście typowa dla Kölscha tech-house’owa rytmika, raz nabierająca większej mocy („Serij”), a kiedy indziej zredukowana do minimalowego pulsu („14”). Tak, jak na poprzednich albumach hipnotyczne bity uzupełnia przestrzenna elektronika, odwołująca się w oczywisty sposób do europejskiego trance’u („YKPI”). Nowością są tu partie orkiestry: przede wszystkim soundtrackowych smyczków („Gris”), ale też melodyjnych fletów („Grey”) czy nostalgicznego fortepianu („14”). W jednym nagraniu pojawia się rownież wokal – typowo skandynawski śpiew Aurory („In Bottles”).

Duński producent stawia na majestatyczne brzmienie i panoramiczną produkcję – dlatego album trwa prawie cztery kwadranse, wiodąc nas przez głęboko nasycone uczuciami dźwięki. Momentami wydaje się, że Kölsch wypadnie z wcześniej nakreślonej trajektorii – jak choćby przy okazji sola na skrzypcach w „Liath” czy nadmiernie patetycznego „Goodbye” – ale szczęśliwie udaje mu się doprowadzić swą opowieść do końca, unikając osunięcia się w kiczowaty sentymentalizm. Zaangażowanie orkiestry było dobrym pomysłem i choć przez to niektóre nagrania wypadają niczym znane nam dobrze orkiestrowe dokonania Carla Craiga czy Jeffa Millsa („Khairo”), „1989” odróżnia się od „1979” i „1983” rozbudowanym brzmieniem i filmową narracją.

Kompakt 2017

www.kompakt.fm

www.facebook.com/KompaktRecords

www.facebook.com/kolschofficial

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. ok28

    Niestety, słaba jest ta płyta. „1983” można zarzucić ocieranie się o wiksę, ale Kolsch robił to z hmm… wdziękiem. I to charakterystyczne, „skoncentrowane” brzmienie – momentami można było narzekać na banalność melodii, ale od „1983” uszu nie można było oderwać. A tu – po prostu nuda. Braku nowych pomysłów nie rekompensuje zaangażowanie orkiestry – to wszystko jakieś takie mdławe i nijakie, a nr 4 z Aurorą przekracza granice ckliwości, słabiutki popik, nic więcej. Mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys twórczy i że jeszcze kiedyś Kolsch wróci do mocy prezentowanej np. w live z Panorama Bar.