Lawrence – Illusion
Paweł Gzyl:

Elegancko, stylowo i powściągliwie.

VA – Music of Northern and Southern Laos
Łukasz Komła:

Kompilacja nie ukazuje walki między północą a południem. Kink Gong nadstawił ucho w obu częściach Laosu, tam gdzie zanika tradycja.

Manu Delago – Parasol Peak
Jarek Szczęsny:

Wspinaczka z instrumentami.

Emika ‎– Falling In Love With Sadness
Mateusz Piżyński:

Czy uptempo to dobra kanwa na smutne opowieści?

Terence Fixmer – Through The Cortex
Paweł Gzyl:

Nastrój, nie energia.

Mazutti – Kształt Jazzu Który Ma Dojść
Jarek Szczęsny:

Albo i nie.

Aphex Twin – Collapse EP
Ania Pietrzak:

Ukochany troll częstuje kryształami.

Tim Hecker – Konoyo
Jarek Szczęsny:

Wkurz przemądrzałego realistę.

Kaczmarek – K.A.C.Z.M.A.R.E.K.
Paweł Gzyl:

Kolejny krok w stronę eksperymentu.

Envee, Teielte oraz Petite Noir
Jarek Szczęsny:

Polska i reszta świata.

The Lotus Eaters – Desatura
Paweł Gzyl:

Wycinki ze studyjnych improwizacji.

Marie Davidson – Working Class Woman
Jarek Szczęsny:

Alternatywny bal.

Puce Mary – The Drought
Paweł Gzyl:

Dominacja czy uległość?

The Dumplings // Oxford Drama
Jarek Szczęsny:

Młodzi, zdolni, elektroniczni.



Kölsch – 1989

Pożegnanie z dzieciństwem.

Dwa albumy Kölscha wydane wcześniej – i ten opublikowany teraz – składają się na pierwszą tego rodzaju w muzyce elektronicznej płytową trylogię. Rune Reilly postanowił na niej opowiedzieć o swoim dzieciństwie, przekładając wyblakłe wspomnienia na grające mu w sercu brzmienia. Ostatnim akordem tej historii jest rok 1989, o którym duński producent mówi, że kojarzy mu się z szarością. A to dlatego, że w tym czasie rozwiedli się jego rodzice, a on, próbując uciec od bolesnych sytuacji, znalazł pocieszenie w skateboardingu i muzyce, której praktycznie non-stop słuchał wtedy z walkmana. Tak skończyło się dzieciństwo Reilleya – jak kończy się też dla wielu z nas.

Płytę opowiadającą o tamtych uczuciach, przeżyciach i doświadczeniach otwierają dźwięki strojącej się orkiestry symfonicznej. I nie jest to żadna komputerowa sztuczka, tylko dźwięki wydawane przez instrumenty 24-osobowej Heritage Orchestry, działającej pod batutą Gregora Schwellenberga. Ten znany ze współpracy z Kompaktem dyrygent (nagrał całą płytę z klasycznymi przeróbkami nagrań z wytwórni) wsparł ze swoim zespołem duńskiego twórcę podczas nagrań „1989”. W ten sposób powstała płyta zrealizowana z wielkim rozmachem, ale tym samym niebezpiecznie balansująca na granicy melodramatyzmu.

Motorem muzyki z albumu jest oczywiście typowa dla Kölscha tech-house’owa rytmika, raz nabierająca większej mocy („Serij”), a kiedy indziej zredukowana do minimalowego pulsu („14”). Tak, jak na poprzednich albumach hipnotyczne bity uzupełnia przestrzenna elektronika, odwołująca się w oczywisty sposób do europejskiego trance’u („YKPI”). Nowością są tu partie orkiestry: przede wszystkim soundtrackowych smyczków („Gris”), ale też melodyjnych fletów („Grey”) czy nostalgicznego fortepianu („14”). W jednym nagraniu pojawia się rownież wokal – typowo skandynawski śpiew Aurory („In Bottles”).

Duński producent stawia na majestatyczne brzmienie i panoramiczną produkcję – dlatego album trwa prawie cztery kwadranse, wiodąc nas przez głęboko nasycone uczuciami dźwięki. Momentami wydaje się, że Kölsch wypadnie z wcześniej nakreślonej trajektorii – jak choćby przy okazji sola na skrzypcach w „Liath” czy nadmiernie patetycznego „Goodbye” – ale szczęśliwie udaje mu się doprowadzić swą opowieść do końca, unikając osunięcia się w kiczowaty sentymentalizm. Zaangażowanie orkiestry było dobrym pomysłem i choć przez to niektóre nagrania wypadają niczym znane nam dobrze orkiestrowe dokonania Carla Craiga czy Jeffa Millsa („Khairo”), „1989” odróżnia się od „1979” i „1983” rozbudowanym brzmieniem i filmową narracją.

Kompakt 2017

www.kompakt.fm

www.facebook.com/KompaktRecords

www.facebook.com/kolschofficial

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. ok28

    Niestety, słaba jest ta płyta. „1983” można zarzucić ocieranie się o wiksę, ale Kolsch robił to z hmm… wdziękiem. I to charakterystyczne, „skoncentrowane” brzmienie – momentami można było narzekać na banalność melodii, ale od „1983” uszu nie można było oderwać. A tu – po prostu nuda. Braku nowych pomysłów nie rekompensuje zaangażowanie orkiestry – to wszystko jakieś takie mdławe i nijakie, a nr 4 z Aurorą przekracza granice ckliwości, słabiutki popik, nic więcej. Mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys twórczy i że jeszcze kiedyś Kolsch wróci do mocy prezentowanej np. w live z Panorama Bar.