Unknown Landscapes Vol. 6 – Mixed & Selected By Lewis Fautzi
Paweł Gzyl:

Mocno, hipnotycznie i… przewidywalnie.

Teo Olter – Mirów
Jarek Szczęsny:

Strefa komfortu.

John Tejada – Live Rytm Trax
Paweł Gzyl:

Jak brzmi muzyka amerykańskiego producenta na żywo?

Various Artists – Pop Ambient 2019
Paweł Gzyl:

Soundtrack do przejścia jesieni w zimę.

Slam – Athenaeum 101
Paweł Gzyl:

Godzinna podróż przez historię elektroniki.

Vril ‎– Anima Mundi
Ania Pietrzak:

Orbitowanie bez cukru.

Wolność – Outlines
Jarek Szczęsny:

Skład marzenie.

Chrissy – Resilience
Paweł Gzyl:

Rave dla muzycznych erudytów.

Jacek Sienkiewicz – On And On
Paweł Gzyl:

Twarde bity i kosmiczna elektronika.

Black Sea Dahu – White Creatures
Łukasz Komła:

Silny uścisk szczerego debiutu!

Rings Around Saturn – Rings Around Saturn
Paweł Gzyl:

Stylowe techno i electro z Antypodów.

Kelly Moran – Ultraviolet
Jarek Szczęsny:

Po nitce na księżyc.

Kuzu – Hiljaisuus
Jarek Szczęsny:

Konieczna dawka brutalizmu.

Antigone – Rising
Paweł Gzyl:

Tour de force francuskiego producenta.



Kölsch – 1989

Pożegnanie z dzieciństwem.

Dwa albumy Kölscha wydane wcześniej – i ten opublikowany teraz – składają się na pierwszą tego rodzaju w muzyce elektronicznej płytową trylogię. Rune Reilly postanowił na niej opowiedzieć o swoim dzieciństwie, przekładając wyblakłe wspomnienia na grające mu w sercu brzmienia. Ostatnim akordem tej historii jest rok 1989, o którym duński producent mówi, że kojarzy mu się z szarością. A to dlatego, że w tym czasie rozwiedli się jego rodzice, a on, próbując uciec od bolesnych sytuacji, znalazł pocieszenie w skateboardingu i muzyce, której praktycznie non-stop słuchał wtedy z walkmana. Tak skończyło się dzieciństwo Reilleya – jak kończy się też dla wielu z nas.

Płytę opowiadającą o tamtych uczuciach, przeżyciach i doświadczeniach otwierają dźwięki strojącej się orkiestry symfonicznej. I nie jest to żadna komputerowa sztuczka, tylko dźwięki wydawane przez instrumenty 24-osobowej Heritage Orchestry, działającej pod batutą Gregora Schwellenberga. Ten znany ze współpracy z Kompaktem dyrygent (nagrał całą płytę z klasycznymi przeróbkami nagrań z wytwórni) wsparł ze swoim zespołem duńskiego twórcę podczas nagrań „1989”. W ten sposób powstała płyta zrealizowana z wielkim rozmachem, ale tym samym niebezpiecznie balansująca na granicy melodramatyzmu.

Motorem muzyki z albumu jest oczywiście typowa dla Kölscha tech-house’owa rytmika, raz nabierająca większej mocy („Serij”), a kiedy indziej zredukowana do minimalowego pulsu („14”). Tak, jak na poprzednich albumach hipnotyczne bity uzupełnia przestrzenna elektronika, odwołująca się w oczywisty sposób do europejskiego trance’u („YKPI”). Nowością są tu partie orkiestry: przede wszystkim soundtrackowych smyczków („Gris”), ale też melodyjnych fletów („Grey”) czy nostalgicznego fortepianu („14”). W jednym nagraniu pojawia się rownież wokal – typowo skandynawski śpiew Aurory („In Bottles”).

Duński producent stawia na majestatyczne brzmienie i panoramiczną produkcję – dlatego album trwa prawie cztery kwadranse, wiodąc nas przez głęboko nasycone uczuciami dźwięki. Momentami wydaje się, że Kölsch wypadnie z wcześniej nakreślonej trajektorii – jak choćby przy okazji sola na skrzypcach w „Liath” czy nadmiernie patetycznego „Goodbye” – ale szczęśliwie udaje mu się doprowadzić swą opowieść do końca, unikając osunięcia się w kiczowaty sentymentalizm. Zaangażowanie orkiestry było dobrym pomysłem i choć przez to niektóre nagrania wypadają niczym znane nam dobrze orkiestrowe dokonania Carla Craiga czy Jeffa Millsa („Khairo”), „1989” odróżnia się od „1979” i „1983” rozbudowanym brzmieniem i filmową narracją.

Kompakt 2017

www.kompakt.fm

www.facebook.com/KompaktRecords

www.facebook.com/kolschofficial

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. ok28

    Niestety, słaba jest ta płyta. „1983” można zarzucić ocieranie się o wiksę, ale Kolsch robił to z hmm… wdziękiem. I to charakterystyczne, „skoncentrowane” brzmienie – momentami można było narzekać na banalność melodii, ale od „1983” uszu nie można było oderwać. A tu – po prostu nuda. Braku nowych pomysłów nie rekompensuje zaangażowanie orkiestry – to wszystko jakieś takie mdławe i nijakie, a nr 4 z Aurorą przekracza granice ckliwości, słabiutki popik, nic więcej. Mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys twórczy i że jeszcze kiedyś Kolsch wróci do mocy prezentowanej np. w live z Panorama Bar.