Siavash Amini – Serus
Jarek Szczęsny:

Pływanie w stanie półsnu.

Foghorn – Thanatos
Jarek Szczęsny:

Album wysokooktanowy.

Subjected – Pictures From The Aftermath
Paweł Gzyl:

Ambientowa afirmacja życia i miłości.

Billy Woods And Kenny Segal – Hiding Places
Jarek Szczęsny:

Ciężki i ponury.

Ellen Arkbro – Chords
Paweł Gzyl:

Filozofia czystego akordu.

BNNT is Patrick Higgins – Multiversion #1
Jarek Szczęsny:

Część pierwsza.

Opla – Obertasy
Jarek Szczęsny:

Modernizacja polskiej wsi.

Zguba – Potwarz
Jarek Szczęsny:

Zagadkowa umysłowość.

Erith – Speed of Light
Przemysław Solski:

Niebanalny styl, kosmiczna muzyka, swoboda na scenie, tak w kilku słowach można określić nowe zjawisko na polskim rynku.

Øyvind Torvund – The Exotica Album
Łukasz Komła:

W egzotycznym zwierciadle.

Sciahri – Double-Edged
Paweł Gzyl:

Plemienny minimal.

Various Artists – ePM Selected Vol. 7
Paweł Gzyl:

Dziesięć house’owych sztosów.

Dren – Time And Form
Paweł Gzyl:

Black metal przekuty na nowoczesną elektronikę.

Dots (Uwe Schmidt) – Dots
Ania Pietrzak:

Śladami czarów w kosmicznej otchłani.



St. Vincent – MASSEDUCTION

Konkurs na „Okładkę płyty roku 2017” uznaję za rozstrzygnięty. Fanfary!

Byłoby wielką niesprawiedliwością sprowadzać zawartość piątego krążka Annie Clark tylko do okładkowego zdjęcia. Z drugiej strony, artystka tak świadoma, musiała wiedzieć jakie reakcje wzbudzić może taki wybór. Mnie się te pośladki podobają. Jednocześnie prowokują i rzucają wyzwanie. Można nawet zadać sobie pytanie czy autorka nie celuje nimi w publiczność. Im dłużej się im przyglądam tym bardziej dochodzę do przekonania, że „MASSEDUCTION” nie mogła mieć lepszej okładki. Ani lepszego tytułu. Z resztą kliknijcie sobie na link do jej oficjalnej strony. Kończąc wątek okładki dodam, że jest to najlepsza okładka tego roku, czego wyraz dałem już na wstępie. W gruncie rzeczy muzyka tu zaprezentowana powinna przypaść do gustu szerszej publiczności. Jednocześnie nie tracąc nic ze swojej złożoności oraz z dodatkiem pomysłowo zastawionych pułapek.

Weźmy takie „Pills”. Powstały przy udziale Marka Spearsa (znany ze współpracy z Kendrickiem Lamarem) oraz z gościnnym udziałem Cary Delevingne (była dziewczyna Annie Clark). Zaczynamy od mocno elektronicznego brzmienia, przeszywanego gitarowymi riffami, żeby skończyć na saksofonowej frazie i powłóczystym wokalu. Wszystko w niecałe pięć minut. Ma to sens. Widać, że Clark solidnie pracowała nad swoimi utworami. Tytułowe tabletki dotyczą tego, że dzisiejsze społeczeństwo dało sobie wmówić leki na nieistniejące choroby i bezmyślnie łykają wszystko na sen, przebudzenie, seks, myślenie, wzrost i zmniejszenie. Wpaść w trans można przy okazji słuchania „Sugarboy”, który jest wcieleniem w życie mądrości Jeremy`ego Clarksona – „prędkość jest wszystkim”. Mamy też wycieczkę w kierunku muzyki funk („Savior”). „Hang on me” daje ciekawy, pijany wstęp. Urzeka też pomieszanie ironii, niejednoznaczności, seksualności i przemocy w utworze tytułowym. Dawno nie miałem do czynienia z taką wielobarwnością w muzyce głównego nurtu.

Synthy królują nad całością. St. Vincent bez pardonu wkroczyła na teren muzyki pop. Zrobiła to na swoich zasadach, ale przy zachowaniu wysokiego poziomu komponowania piosenek. Niektóre fragmenty są bezlitośnie melodyjne. Na marginesie dodam, że uważam sztukę pisania piosenek za równoważną improwizatorskim popisom czy elektronicznym łamańcom. Jest to inna dziedzina, równa jak każda pozostała. Annie Clark swój dar wykorzystuje znakomicie. Przebojowy „Los Ageless” przykleił się do mnie od dłuższego czasu. Sprawie pomaga połyskliwy i pastelowy teledysk, gdzie artystka skorzystała ze swojego ciała w celach ze sztuką związanych. Stylizacja towarzysząca całemu przedsięwzięciu tworzy spójną wizję sceniczno-muzyczną. Ekscentryczności do potęgi pomagają automaty perkusyjne noszące w sobie nostalgię lat 80. Teksty zawsze były mocną stronę Amerykanki. Nie inaczej jest w przypadku „MASSEDUCTION”. Piosenkarka dotyka spraw nierówności płci, miłości, odrzucenia, niepewnej przyszłości czy współczesnego społeczeństwa. Jest nad czym dumać.

Krótki „New York” przypomina o łagodniejszym obliczu wokalistki. Znów oczy należy zwrócić na doskonały teledysk, którego obraz nie współgra do końca z tonacją piosenki. Z resztą tekst kryje w sobie soczyste przekleństwo. Dobrze podkreślone. To najjaśniejszy moment płyty. Fanów zapewne ucieszy ponowne pojawienie się tajemniczej postaci Johnny`ego. Kiedy światło odbite od kuli dyskotekowej już blednie, St. Vincent sięga po smyczkowe aranżacje prezentując cudny „Slow disco” z przeszywającą kodą („Don’t it beat a slow dance to death?”). Samiuśki koniec to mieszanka rozpaczy i nadziei. Rozważanie o skoku z dachu, podbite pytaniem – co jest lepsze niż miłość? – aż do finałowego wersu „To nie koniec”. No ja myślę! Przecież po takim albumie, najlepszym w karierze, gdzie wrażliwość artystki została przefiltrowana przez stroboskop, a muzyka pop nabrała twórczego impulsu (wreszcie!), to koniec nie byłby wskazany. Finezyjność i wirtuozeria mogą spowodować utratę przytomności. Takich albumów żądam więcej!

Loma Vista | 2017

Strona St. Vincent

FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze