Hoera. – Jaunu
Łukasz Komła:

Chóralne imaginacje.

jitwam. – Honeycomb
Ania Pietrzak:

Indie, medytacja i ciepły funk.

Benjamin Fröhlich – Amiata
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.



Errorsmith – Superlative Fatigue

Beczka śmiechu.

Jeśli by cofnąć się do początku poprzedniej dekady, kiedy światło dzienne ujrzała kompilacja „Nearly Disco Dawn” projektu Errorsmith, a zawierająca nagrania z lat 2001 – 2003, okazałoby się, że stojący za nim Erik Wiegland tworzył wówczas muzykę, który w zaskakujący sposób antycypowała modną obecnie falę pomysłowych dekonstrukcji różnych klubowych stylów. Sekret tkwił w poczuciu humoru berlińskiego producenta, które pozwalało mu w niefrasobliwy sposób żonglować podstawowymi elementami disco, electro, house’u czy techno.

Wiegland działał już na podobnych zasadach od połowy lat 90. – zarówno sam, jak i w dwóch duetach. Pierwszym był MMM, założony z późniejszym rezydentem Berghain – Fiedelem. Obaj panowie byli pracownikami słynnego sklepu Hard Wax, mieli więc dostęp do najnowszych płyt z całego świata. Zamiast jednak naśladować nowinki z Detroit czy Chicago, rozbierali je na czynniki pierwsze, by potem złożyć w zupełnie nowe całości. Sporą popularność zyskał także Sound’N’Hack, duet naszego bohatera z Frankiem Timmem, który szedł jeszcze dalej w swych eksperymentach.

Tak naprawdę Errorsmith nie doczekał się do tej pory albumu z prawdziwego zdarzenia. Brak ten nadrabia teraz wytwórnia PAN serwując zestaw ośmiu premierowych nagrań artysty. Jego zdaniem to najbardziej radosna muzyka, jaką do tej pory stworzył. I rzeczywiście – tym razem dekonstruuje on jamajski reggaeton. Podstawę wszystkich nagrań stanowią więc rwane i łupane bity, które Wiegland uzupełnia wokalnymi modulacjami („Lightspeed”), przesterowanymi basami („Suepraltive Fatigue”), komputerowymi efektami („Who-is”), a przede wszystkim abstrakcyjnymi wariacjami na modularnych syntezatorach („Internet Of Screws”).

Stworzona w ten sposób muzyka może wywoływać skrajne reakcje – od zachwytu po irytację. Jej brzmienie ma bowiem dosyć minimalistyczny charakter i jedynie od czasu do czasu wyłania się tu jakaś szczątkowa melodia. Zastosowanie przerysowanych dźwięków wywołuje raz za razem efekt zamierzonej groteski – a pompujący bezlitośnie bit wciąga w taneczny pląs. Jeśli ktoś ma podobne poczucie humoru jak Erik Wiegland, wysłucha krążka z szerokim uśmiechem na twarzy. Ktoś inny – może ze złością cisnąć nim o ścianę. Do katalogu wytwórni PAN ten zawadiacki materiał pasuje jednak jak ulał.

PAN 2017

www.p-a-n.org

www.facebook.com/pan.hq

www.errorsmith.de

www.facebook.com/errorsmith.berlin

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. duduś

    strasznie prymitywne jak wytwór jakiegoś podrzędnego grajka, który dopiero nauczył się Fruity Loopsa…