Nocow – Vozduh/Voda/Zemlya
Paweł Gzyl:

Opus magnum naszego sąsiada zza wschodniej granicy.

Andy Cooper – The Layered Effect
Jarek Szczęsny:

Dawno niewidziana radość.

Dirtmusic – Bu Bir Ruya
Łukasz Komła:

Tym razem muzykę duetu „pobrudzili” Turcy.   

Frank Bretschneider – Lunik
Paweł Gzyl:

Awangarda też lubi potańczyć.

Młody Łucznik – Dreambank
Jarek Szczęsny:

Raczej wygryw.

JANKA – Krzyżacy EP
Ania Pietrzak:

Na pełnym luzie.

The Empire Line – Rave
Paweł Gzyl:

Rave nie zawsze znaczy to samo.

Rhye – Blood
Jarek Szczęsny:

Jakby nic się nie zmieniło.

Szymon Nidzworski Project feat. Andrzej Seweryn – Behind Your Eyelids
Ania Pietrzak:

Muzyka, która przypomina o pierwotności oddechu.

Various Artists – Waves Of The Future
Paweł Gzyl:

Retrofuturystyczne wizje.

John Tejada – Dead Start Program
Paweł Gzyl:

W odwrotnym kierunku niż reszta.

Efrim Manuel Menuck – Pissing Stars
Jarek Szczęsny:

Topniejące napięcie.

Palmbomen II – Memories Of Cindy
Paweł Gzyl:

Elektroniczne wspomnienia z przyszłości.

Fire! – The Hands
Jarek Szczęsny:

Krótkie spięcie.

The Stubs – Let`s Die

Umrzyjmy wreszcie!

Pisanie o śmierci w dniu 1 listopada niekoniecznie jest czymś niestosownym. Korzystając z przychylności kalendarza opiszę płytę, która wyszła co prawda we wrześniu, ale tematyka bardziej pasuje do listopada. The Stubs postanowili wypuścić swoją czwartą płytę, która ma być gwoździem do trumny działalności zespołu. Konkretniej mówiąc jest to z góry zaplanowana śmierć, bo po tej płycie i trasie koncertowej The Stubs mają przestać działać. Koniec z nagrywaniem, koniec z koncertowaniem (ostatni ma się odbyć 5 listopada w warszawskim Pogłosie), tylko wieczny odpoczynek. Nie ma się co dziwić, bo fizyczny aspekt muzyki tria był niemniej ważny niż akordy, którymi się posługiwali.

The Stubs swoją muzykę nazywali niskobudżetowym rock`n`rollem. Nie mogłem się oprzeć tak uroczemu określeniu, więc sobie je tu przytoczyłem. Czy na płycie „Let`s Die” doznamy jakichkolwiek zaskoczeń? Nie. Jest to co być powinno. Surowe, brudne, proste garażowe łomotanie. No, ale to granie potrafi rozświetlić dzień, nadać ustom kształt uśmiechu. Przyjemność z albumu jest spora. Nie ma to jak posłuchać wokalisty zdzierającego sobie gardło w finałowym utworze. Zespół nie stroni (nigdy nie stronił) od tanecznej strony punk rocka („Red Bean”, „Take of your shoes”). Na ostatniej płycie nie ma nastroju pogrzebu. Wręcz przeciwnie, zespół bawi się muzyką, ochoczo wyśpiewuje refreny czym zaprasza do zabawy słuchaczy. Stypa na wesoło.

O tyle to przewrotne, że teksty do najweselszych nie należą. Odpalmy, że tak się wyrażę, „Gasoline”. Nie chcąc psuć zabawy napiszę, że nie jest to proekologiczny song, w którym będziemy zachęcani do przesiadki z samochodów na rowery. „Gone” też milutki nie jest, jeśli chodzi o tekst. Od strony muzycznej to jeden z najlepszych numerów na płycie. Tytuł płyty i okoliczności jej powstania zobowiązują. Spotkałem się z opinią, że w dzisiejszym świecie ironia stała się słabo wyczuwalna. Żartując lub wyzłośliwiać się należy to podkreślić (w tekście na przykład używać emotikon). Idąc tym tropem zastosuję metodę łopatologiczną tłumacząc, że „Let`s Die” to tylko taka konwencja. Zespół lubi sobie pokrzyczeć, niekoniecznie przejmując się odbiorem ich twórczości. Jest w tym duża dawka powabu i charyzmy. Nawet działa oczyszczająco. Tyle i aż tyle.

Instant Classic | 2017

FB

Bandcamp

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze