Amandra – Dame De Bahia
Paweł Gzyl:

Francuz w Warszawie.

MIN t „Assemblage” LP
Kasia Zmora:

Urzekający muzyczny paczwork w wykonaniu MIN t.

Elsa Hewitt – Peng Variations (+„Cameras From Mars” i „DUM SPIRO SPERO”).
Ania Pietrzak:

„Przekręt” doskonały.

Damon Wild – Cosmic Path
Paweł Gzyl:

Function spłaca dług wobec swego mentora.

Arno E. Mathieu – Circumstances Of Chaos
Paweł Gzyl:

Deep house z dużym rozmachem.

The Gentleman Losers – Permanently Midnight
Jarek Szczęsny:

Dżentelmeni z Helsinek.

Sampa the Great – Birds and the BEE9
Jarek Szczęsny:

Kandydatka do tronu.

Franck Vigroux – „Barricades”
Mateusz Piżyński:

Industrialny soundtrack końca monumentalnej cywilizacji.

Various Artists – Spheres
Paweł Gzyl:

Sex! Horror! Vampire!

Various Artists – Momentum (Ten Years of Token)
Paweł Gzyl:

Pełna identyfikacja.

Hati & Mazzoll – Teruah
Łukasz Komła:

Pigułka na transcendencję.

J.G. Biberkopf – Fountain of Meaning EP
Krystian Zakrzewski:

Wehikuł czasu w lustrze wody.

Anthony Linell – Layers Of Reality EP
Krystian Zakrzewski:

Szorstkie.

Ceramic TL & Ipek Gorgun – Perfect Lung
Paweł Gzyl:

Newage’owe medytacje w nowoczesnej wersji.

Sieję ziarno zajawki i będę to robił, dopóki starczy mi sił – rozmowa z Alegrią

Jeśli ktoś mówi ci, abyś został DJem, nie pozostaje nic innego, jak… zacząć grać – tak, jak to zrobił Alegria.

Alegria to Piotr Häuser – człowiek, który o drum’n’bassie wie niezwykle wiele. DJ, prezenter radiowy i organizator imprez (w tym cieszącego się sporą popularnością cyklu DrumObssesion, który już niedługo świętował będzie swoją… siedemdziesiątą ósmą edycję!). Poniżej zapis rozmowy z człowiekiem, który promowaniu muzyki poświęca większość swojego czasu – o tym, dlaczego zamiast streamować woli kupować i posiadać muzykę i – przede wszystkim – o pasji do dzielenia się dobrymi brzmieniami.

Emilia Stachowska: Pamiętasz jeszcze czasy, gdy nie zajmowałeś się muzyką? Były takie w ogóle?

Alegria: Pamiętam, że w dzieciństwie nie miałem w tym kierunku zbytniej zajawki. Zdecydowanie bardziej po głowie chodziły mi gry komputerowe, konsole i tego typu nerdoza. Jednak od muzyki się nie ucieknie – soundtracki do tych starych gier z pewnością odcisnęły na mnie swoje piętno. Do tego dochodzi tekst, którym kiedyś zaskoczył mnie kuzyn, a który zapamiętam na zawsze: „Jeszcze kiedyś nie będziesz potrafił żyć bez muzyki”. Wtedy – jako nieświadomy tematu dzieciak – po prostu go wyśmiałem, a teraz sam się śmieję z tego, jak bardzo miał rację! No i żałuję, że już w tamtym czasie nie eksplorowałem tego, czym jarali się kumający temat ludzie w moim otoczeniu.

Od czego więc zacząłeś nadrabianie zaległości?

Trudno powiedzieć, w którym momencie tak naprawdę zacząłem nadrabiać zaległości, bo nie było takiego wyraźnego momentu typu: „O kurde, jest tyle muzyki, której jeszcze nie odkryłem”. Na pewno moje poszukiwania wzmogły się, gdy poprawił się Internet. Chyba, że pytasz o pierwsze kupione kasety, ale to trochę przypał się przyznawać teraz. [śmiech]

Opowiedz! Kategorie typu”guilty pleasure” są już przecież dawno za nami.

Czy ja wiem? Pewne rzeczy na zawsze pozostaną przypałem, ale na szczęście AŻ TAK źle nie było. Z tego, co pamiętam, pierwszą kupioną kasetą było Music Instructor – „Electric City Of Music Instructor”, ale prawdziwym początkiem wkręty i kupowania muzyki była „Americana” The Offspring. Pewnie powinienem odpowiedzieć „Smash”, bo to tę kupiłem jako trzecią i jest najprawilniejszą opcją (a także muzycznie najlepszą z tej trójki), ale przeszłości nie oszukasz.


Zostańmy na moment przy tych muzycznych poszukiwaniach. Jak one u ciebie przebiegały? Dzieliły się na jakieś etapy, czy chłonąłeś wszystko, niezależnie od gatunku?

Przez długi czas królowały szeroko pojęte gitarowe tematy, od wspomnianych już pop-punkowych brzmień (do których do dziś z wypiekami na twarzy lubię wracać i żałuję, że nie nauczyłem się jeździć na deskorolce), poprzez wszelkie odmiany metalu, a gdzieś tam po drodze nagle horyzont zaczął się poszerzać. Za to zaś możemy już obwiniać internety!



A kiedy pojawił się drum’n’bass? Potrafisz wskazać jakiś przełomowy moment, album, utwór?

No właśnie od paru lat próbuję namierzyć ten magiczny moment i niestety chyba takiego nie było. Co jakiś czas przypadkiem wracam do starych soundtracków z Playstation i gier komputerowych i znajduję tam te pierwsze kontakty z jungle, a potem drum & bassem. W 1997 w Cool Boarders 2 mamy junglowe tematy, po drodze parę innych gier, a pierwsza podjarka i świadomy wybór takiego soundtracku w grze, to Grand Theft Auto 3 i radio MSX FM (swoją drogą, audycja zmiksowana przez legendę i szefa wytwórni Moving ShadowDJa Timecode‚a aka Roba Playforda, jednego z tych, którzy robili muzykę Goldiemu). Tam niesamowicie zapadł mi w pamięć utwór Omni Trio o znamiennym tytule „First Contact”. No, ale w sumie, to nadal nie był jeszcze ten moment, kiedy wkręciłem się na dobre.

Kiedy więc zorientowałeś się, że to zajawka inna niż te dotychczasowe?

Chyba wtedy, gdy zacząłem dzielić się z ludźmi tą zajawką i puszczałem im fragmenty archiwów audycji nałogowo słuchanego przeze mnie od 2008 roku internetowego radia Bassdrive.com. Chodziło oczywiście o jakieś konkretne kawałki, którymi się jarałem i bardzo zależało mi na tym, żeby znajomi, czy też przyjaciele (którzy akurat byli ze mną, gdy tego słuchałem) też się tym podjarali. Aż wreszcie jeden z nich zażartował, że powinienem zostać DJem. Niby żart, a mi osobiście te słowa utkwiły w głowie i idea kiełkowała, aż w końcu zapytałem DJa Taeka (z którym przyjaźnimy się od dzieciństwa), co trzeba zrobić i jaki sprzęt ogarniać, żeby tym DJem zostać. Potem pierwsze kroki stawiałem właśnie pod jego okiem, ale dopóki nie kupiłem własnego sprzętu, to nie byłem w stanie nauczyć się tak dobrze, jak chciałem. Własne CDJe i mikser wreszcie nabyłem w styczniu 2009 i wtedy wsiąknąłem już na amen (pun intended). No i tę historię chyba opowiadam za każdym razem, gdy pytają mnie o początki grania, więc mam wrażenie, że już nikomu się nie chce tego słuchać. [śmiech]

Odnalazłeś się w tym od razu, czy masz za sobą jakieś lekcje pokory?

Wiesz, od tego jest etap „bedroom DJ” na drodze każdego, kto zaczyna grać, żeby ten szlif zdobyć metodą prób i błędów. Jednak po raz pierwszy w życiu znalazłem wówczas coś, co rozpaliło we mnie taki ogień, że nie poddawałem się mimo wielu potknięć. Zacząłem nagrywać miksy, żeby móc analizować, co robię dobrze, a co gorzej. Potem na spontanie zarejestrowałem pierwszego godzinnego seta, który mi się spodobał na tyle, że wrzuciłem go na nieistniejące już forum dnb.pl i zatytułowałem go zaczepnie „A Not Quite Wasted Hour”. Gdybym go teraz posłuchał, na bank wstyd byłby jak cholera, ale chyba jednak nie był aż tak zły, bo niedługo potem (przełom marca i kwietnia 2009) odezwał się do mnie z prywatną wiadomością niejaki Artiztix. Zapytał mnie, czy chciałbym zagrać warm-up seta na ich czerwcowej imprezie z cyklu DrumObsession. Kompletnie nie rozkminiałem wtedy sceny DNB w Poznaniu, ale po pierwszym szoku i niedowierzaniu przyjąłem zapro i podjąłem wyzwanie (bo nie ukrywajmy – niecałe pół roku treningów to wcale nie tak dużo!). Teoretycznie, debiut będący graniem dla więcej niż dwóch-trzech osób w moim pokoju był ogrodową imprezą na Wielkanoc (czy tam Lany Poniedziałek) u przyjaciela – jakieś dwie śmieszne kolumny, do tego moje CDJe, mikser i lekki stres. No, ale dzięki temu już właściwy klubowy debiut był o tyle mniej straszny. [uśmiech]

Jesteś DJem, prezenterem radiowym, działasz jako organizator cyklicznych imprez, które są już wręcz klasykami – muzyka to nadal hobby, czy już sposób na życie?

Haha, dzięki za miłe słowo odnośnie DrumObsession! Niestety odpowiedź jest gorzka, bo muzyka nadal pozostaje hobby. Dopóki nie wyprodukuję czegoś, co wyda jakaś szanowana na scenie wytwórnia, to i bookingów DJskich nie będę miał tyle, co didżeje będący producentami. Z organizacji imprez też nie ma kokosów, w przypadku dużych importów walka jest bardziej o to, czy wyjdzie się na zero. Taki czas, ludzie nie szanują specjalnie skillów DJskich, liczy się to, czy twoja twórczość jest na Youtube, a teraz pewnie raczej na Spotify i tego typu serwisach streamingowych. Pal sześć, że wielu producentów próbuje swoich sił za DJką właśnie dla kasy i nie idzie im to tak dobrze, jak ludziom, którzy poświęcają szlifowaniu skilla tyle czasu, ile oni włożyli w szlif produkcji muzycznej. No, ale tego już nie zmienisz, można tylko konsekwentnie robić swoje, a prędzej czy później ludzie docenią ten trud i ciężką pracę nad sobą. Dla mnie zawsze będzie to przede wszystkim PASJA i tą pasją chcę się z wiarą dzielić. Dlatego zacząłem grać, dlatego wkręciłem się do Afery w 2011 (pozdro Dominika Bączyk i ekipa nieistniejącego już DJ’s Night!), a w 2012 spełniło się kolejne marzenie – własna audycja na Bassdrive.com, któremu zawdzięczam sporo, jeśli chodzi o edukację dramenbejsową i inspirację DJską. Najlepsze jest uczucie, gdy ktoś, kto kompletnie nie rozkminia DNB, podchodzi do mnie po secie albo napisze po audycji: „Stary, nie słucham takich rzeczy na co dzień, ale ta muzyka jest zajebista!”. Tak się właśnie sieje ziarno zajawki i będę to robił, dopóki starczy mi sił.


Jak ważny w tej zajawce jest crate digging? Pytam, bo wspomniałeś już w naszej rozmowie o kolekcjonowaniu kaset, a w jednym z wywiadów przeczytałam też, że nie lubisz serwisów streamingowych.

Dzisiaj wspominanie kaset zaczyna już graniczyć z hipsterką, bo format zaczyna znowu robić furorę w co niektórych kręgach. Ja tego do końca nie kumam, ale z drugiej strony – winyl jest jeszcze bardziej modny i prawie tak samo nieporęczny, więc może tu po prostu chodzi o feeling. Co do crate diggingu, to to jest absolutna esencja tematu! Dla mnie osobiście nie wyglądało to tak prawilnie, jakby życzyli sobie tego ortodoksi, ale miałem do wyboru: albo robić to prawilniacko, albo robić to skutecznie (czytaj: z dostępnych mi środków finansowych wycisnąć tyle muzyki, ile tylko się da), więc wybrałem CDJe i kupowanie mp3. Cyfrowy digging to jednak nie jest to samo, co siedzenie w sklepie płytowym i dłubanie w zakurzonych woskach, ale i jedno i drugie ma swoje zalety. Przyznam też, że i mnie dopadła gorączka czarnego złota – pewnego razu okazało się, że utwór ASC i Sama KDC – „Kaleidoscope” ukaże się tylko i wyłącznie na limitowanym przezroczystym dziesięciocalowym winylu. Jako, że jarałem się i nadal się tym tjunem jaram, to przełamałem się i kupiłem gnoja! Potem – jak na ironię – okazało się, że wytwórnia Auxiliary jednak wypuściła tę serię white labeli też cyfrowo (też kupiłem!), ale od tamtego czasu stopniowo buduję swoją skromną kolekcję wosków. Do kaset nie wracam, bo nie mam niestety na czym ich słuchać. Jeśli chodzi natomiast o serwisy streamingowe, to owszem, trochę je hejtuję. Wiąże się to z modelem biznesowym większości tych instytucji, które wytwórniom (a co za tym idzie, artystom) wypłacają za odtworzenia naprawdę ochłap ochłapu. Podobno zaczyna się to nieco zmieniać, ale do mnie cały czas nie trafia to, jak muzyki, którą kochasz, można nie posiadać na własność. Choćby w postaci tej „marnej” empetrójki (choć w klubowych warunkach między 320 kbps mp3 a nagraniem wav prawie nikt nie słyszy różnicy, bez względu na to, co powie jeden z drugim audiofil).

A co sądzisz o Bandcampie? Zdaje się, że w przypadku tego serwisu sytuacja wygląda nieco inaczej – ma wokół siebie wielu entuzjastów, którzy zaczynają budować silną społeczność.

Bandcamp propsuję na maksa, ale to jest cały czas bardziej sklep, niż serwis streamingowy! Ich odtwarzacz pozostawia wiele do życzenia, mówiąc dyplomatycznie. Natomiast jako sklep robią niesamowicie dużo dobrego dla sceny, bo pozwalają praktycznie każdemu (nawet bez udziału wytwórni) sprzedawać albo wręcz rozdawać (czy też oferować w bodaj spopularyzowanej przez Radiohead opcji „pay what you like”) swoją twórczość. Do tego jest opcja sprzedawania merchandise’u, z którym wiążą się bardziej konkretne pieniądze, niż ochłap ze sprzedaży mp3. Najważniejsze jest to, że ze wszystkich istniejących na rynku sklepów i pośredników, BC zabiera twórcom i wytwórniom chyba najmniejszy procent, więc jest to jedna z najbardziej fair opcji. Takie rzeczy trzeba propsować i propagować kupowanie muzyki właśnie tam lub tam, gdzie wytwórnie założą swoje oficjalne sklepy. Im mniej hajsu pójdzie do pośrednika, tym lepiej dla sceny.

Skoro powiedziałeś, że Bandcamp trzeba propsować, to jest to dobry moment, abyś podrzucił naszym czytelnikom kilka twoich ulubionych wydawnictw, które można tam znaleźć.

Część zajebistych rzeczy, które są tam dostępne, można kupić bezpośrednio w sklepach wytwórni, więc skupię się na opcjach, gdzie Bandcamp stanowi oficjalny sklep danego artysty, czy labelu.

Na początek świetny album Om Unita, zatytułowany „Self” i wydany w jego własnej wytwórni Cosmic Bridge. Zdecydowanie najbardziej dojrzałe dzieło tego dżentelmena, który uprzedził wielu fanów jego okołodramenbejsowej twórczości, że DNB jest tam tyle, co kot napłakał. Fakt, nawet tempa 85/170 BPM jest tam niewiele, ale nadal znajdą się rzeczy, które można fajnie z tym zmiksować. Niemniej jednak, jest to album, a albumów powinno się słuchać od A do Z i ja w tę podróż chętnie się wybrałem i nadal będę wybierał.


Dalej trzymając się niedramenbejsowej ścieżki, polecam projekt Kiyoko (czyli Synkro + Bering Strait) i ich album wydany nakładem wspomnianej już wytwórni, należącej do ASCAuxiliary. Nastrojowe, głównie melancholijne tematy, przestrzeń i vibe, który za każdym razem robi na mnie tak samo duże wrażenie. Gdy zdecydowali się wydać „Sea Of Tears” na CD, kupiłem ten album z miejsca (wcześniej był chyba tylko na mp3) i do tej pory jest jednym z moich ulubionych albumów na wyciszenie.


Wypadałoby też wspomnieć co nieco o typowym DNB, a Bandcamp dla swojej wytwórni Secret Operations odpalił niedawno Seba. Żeby było jeszcze lepiej, wydał tam też długo niedostępny na mp3 klasyczny album „Return To Forever”. Brak tu słabego utworu i cieszę się, że nie musiałem kupować CDka z drugiej ręki na Discogs, tylko zaoszczędzając fundusze, jednocześnie mogę nimi wesprzeć Szweda i jego muzykę. Swoją drogą, taka ciekawostka: w tym roku w maju spełniło się jedno z moich marzeń (o którym nawet nie wiedziałem, że je miałem). Zaoferowaliśmy Sebie trzygodzinnego seta na DrumObsession, a ten zamiast tego zapytał, czy nie chciałbym z nim w tej trzeciej godzinie razem zagrać back 2 back! No i tak się stało – będzie to na pewno jeden z najlepiej przeze mnie wspominanych momentów za DJką.


Jeszcze jedna z moich absolutnie ukochanych nowszych wytwórni – Narratives Music, prowadzona przez Blocksa i Eschera. Pomijam to, jak bardzo są utalentowani jako producenci, ale ich dobór muzyki na wydawnictwa też jest sztosem. Za ich sprawą świat dowiedział się o tajemniczym Rhyming In Fives, który wydał tam już dwie EPki – ja polecę wam tę drugą, „Light Leaks”, bo jest magiczna (notabene, wciąż jeszcze dostępna na winylu!). Żałuję, że nie wkręciłem się w kupowanie wosków, gdy wyszły ich dwa pierwsze (dawno wyprzedane) wydawnictwa, ale od 003 mam już praktycznie wszystko i czekam, aż będę miał wolne środki na kupno dwóch najnowszych ich rilisów.

Mówisz, że lubisz „łączyć i mieszać różne style”. Co zatem łączysz, w czym wybierasz?

Uważam, że sety DJskie powinny opowiadać jakąś historię. Dobór utworów to trochę jak dobór słownictwa w wypowiedzi i staram się nad taką muzyczną elokwencją pracować nieustannie. Odkąd tylko gram, uwielbiam łączyć kontrastujące ze sobą klimaty, np. delikatne kawałki wokalne z bardziej technicznymi rollerami albo głębszymi i minimalistycznymi basowymi tematami. Duży nacisk kładę na to, żeby przejścia były w miarę możliwości jak najbardziej naturalne i organiczne. Natomiast musi też być element zaskoczenia. Niesamowicie ważna jest dla mnie zabawa kontrastem, bo o wiele większy efekt psychologiczny ma mocny kawałek, gdy uderzy po czymś lekkim i niepozornym. Próbuję też coraz częściej dawać tempo w dół do 160, sięgając zarówno po footworkowe sztosy, jak i fundamenty w postaci klasycznego oldskulowego jungle (nie mylić z „ragga jungle”, a raczej DNB z ragga wokalami, który niekumaci ludzie nazywają “jungle”).



A poza drum’n’bassem? Czego ostatnio słuchasz?

Temat rzeka! Odkąd znowu działa mi w samochodzie odtwarzacz CD, zacząłem na nowo wracać do mojej kolekcji płytowej z dawnych lat, więc znowu katuję np. Radiohead od “Kid A” w górę (swoją drogą, nowy jest przekozacki i przymierzam się do zakupu!), Toma Waitsa, “Enter The 36 Chambers” Wu-Tang Clanu (i na zagrychę GZA – “Liquid Swords”), The Streets – “Original Pirate Material”, “Lateralus” Toola, naprawdę długo mogę wymieniać. Z najnowszych moich odkryć niezmiennie jara mnie Thundercat (jego “Drunk” skatowałem już na śmierć), projekt The Other People Place na nowo wznieca moją miłość do electro. Wreszcie Solange, która swoim “A Seat At The Table” wjechała w mój świat z zaskoczenia, cudowna płyta. Przekrój jest dość spory, wszystko zależy od nastroju, w którym akurat jestem, albo w którym chcę się znaleźć za sprawą tej muzyki.






Przywołaliśmy temat DrumObsession, więc teraz pora na kilka słów o tej imprezie. Za moment odbędzie się 78. edycja i trzeba przyznać, że liczba ta robi ogromne wrażenie. Jak to się dzieje, że nadal masz tyle energii i pomysłów?

To dlatego, że drum’n’bass i jemu pochodne, to niekończące się źródło inspiracji, zajawki i świeżych dźwięków. Od samego początku ta muzyka była domeną eksperymentatorów i innowatorów i do dzisiaj ten sznyt gdzieś tam pozostał. Mnie DNB dał niesamowicie dużo w życiu i chcę się tą energią wciąż z wiarą dzielić, a także pokazywać, ile jeszcze nieodkrytej muzyki przed nami. Publika w Polsce nadal nie poznała jeszcze wielu artystów, którymi się jaram i chcę jak najwięcej tych ludzi tu sprowadzić.

DrumObsession działa w Poznaniu od wielu lat – miasto w międzyczasie bardzo się zmieniło. Kluby otwierają się i zamykają, powstają nowe kolektywy, niektóre inicjatywy rozkwitają, inne upadają. Jak wygląda nocny, imprezowy Poznań z perspektywy muzycznych selekcjonerów i organizatorów?

Cały czas mam wrażenie, że wiara chodzi do miejsc, a nie na imprezy. Randomowy klubowicz niewiele ma rozeznania w tym, na jaką imprezę właśnie idzie, kto to organizuje, a czasem nawet kto gra lub co gra! Dawniej było to słychać za każdym razem, gdy jeden z drugim random wbił się za DJkę z zapytaniami typu: „Cały czas będziecie tak grali, czy może jednak coś do tańczenia?” i inne tego typu kaszany. Przynajmniej jeśli chodzi o DNB sytuacja uległa nieco poprawie, ale do dziś pamiętam takie momenty, gdy zapraszałem kogoś do sprawdzenia naszych imprez. Osoba pytała wtedy: „A gdzie to robicie?” i na odpowiedź: „W IQ/w Cafe Mięsna” krzywiła się mocno i rzucała jakiś słaby frazes o rzekomo kiepskim nagłośnieniu (co w IQ akurat nie miało nic wspólnego z rzeczywistością i do tej pory wspominam to miejsce jako jedno z najlepiej nagłośnionych wówczas w Poznaniu), albo inne zasłyszane gdzieś tam z trzeciej ręki opinie. Nie da się ukryć, że odkąd nasza rezydentura przeniosła się do LABu, wzrosła też frekwencja. Jednak ani my, ani Projekt LAB nie spoczywamy na laurach i dlatego też wciąż notujemy progres. Cieszę się też, że pojawiła się Tama, która przełamuje monopol, a na konkurencji na bank skorzysta słuchacz (byleby nic zajebistego nie kolidowało akurat z naszym gigiem, haha). Choć w miejscówce Joany jeszcze nie miałem okazji gościć, to wiem, że oba te miejsca są najjaśniejszymi punktami na poznańskiej mapie klubowej, głównie pod względem technicznego wsparcia dla promotorów (w dawnych czasach mało która miejscówka miała swojego realizatora dźwięku i swój sprzęt DJski typu CDJ200nxs, dobry mikser itp). Na pewno przestrzegałbym nowo zakładane miejscówki przed prowizorką, brakiem wytłumienia basu i drgań, gdy klub jest w okolicy, gdzie mieszkają ludzie – wtedy zdecydowanie nie można traktować nagłośnienia po macoszemu. Byłem świadkiem w ciągu ostatnich lat wielu takich sytuacji, więc trzeba propsować takie miejsca jak Projekt LAB i Tama, które podchodzą do organizacji i obsługi imprezy profesjonalnie i uświadamiać management, że dopóki nie zainwestują w jakość nagłośnienia, sprzętu i nie zatrudnią ludzi, którzy znają się na rzeczy, to na dziadostwie daleko nie ujadą. Żeby jednak tej części wypowiedzi nie skończyć na negatywie, powiem tak: Poznań stał się mekką dla szeroko pojętej muzyki basowej i tak dobrej sytuacji nie mieliśmy od dawna. Nasza publika na DrumObsession jest chyba najbardziej kumatą w kraju i reakcje na nieoczywiste rzeczy o tym świadczą. Duży props też dla moich ludzi stojących za cyklem Dungeon Beats, bo nigdy nie przypuszczałem, że będę się tak dobrze bawił na gigu dubstepowym, jak miało to miejsce na ich gigu z J:Kenzo w marcu! Ten vibe jednak zrobiła głównie kumata publika i tu leży pies pogrzebany. Im więcej ludzi poszukuje i rozkminia muzykę na własną rękę, tym lepiej dla sceny. Ostatnio pod tym względem jest spory progres!




A jakie plany masz w kontekście DrumObsession? Ekspansja trwa? [śmiech]

Nie jestem z typu ludzi, którzy lubią zdradzać rzeczy na etapie planów, ale pracujemy nad kolejnymi bookingami i nad tym, żeby udoskonalać każdy aspekt naszej działalności. Na pewno prędzej czy później wzbogacimy merchandise o jakieś nowe bibeloty, bo mamy fajne logo. [śmiech] 24 marca wypada 80. edycja cyklu i tu na pewno pojawi się postać, która nas bardzo inspiruje (choć de facto 11. urodziny były 90-tą naszą imprezą w ramach rezydentur w IQ, Mięsnej i LABie, a gdyby liczyć to, co Kriss_J i Artiztix organizowali jeszcze przed cyklem DrumObsession oraz moje poboczne Lucid Drumming, to jesteśmy już grubo za stówką). Taki mały trend zapoczątkowany legendarną 50-tką z dBridgem. Potem na 60-tce zagrał Loxy, a na 70-tce Kid Drama. Sami innowatorzy i mistrzowie. Dla mnie pierwszy plan zawsze będzie miała muzyka i jej odbiór, więc chcemy kontynuować edukację ludzi w kierunkach, które jeszcze kilka lat temu czyściły parkiety w Poznaniu. Od dawna wplatamy do setów half-time’owe DNB (czyli rzeczy na pół tempa dramebejsowego). Imprezy z Om Unitem, Moresoundsem i Fracturem pokazały, że nasza publika jest gotowa na juke/footwork/ghetto-tech, a tegoroczne 11. urodziny z dBridgem i Dramą to było kolejne spełnienie marzeń – pełny parkiet bujający się i żywo reagujący na styl Autonomic (który dla przeciętnego „fana” DNB nadal jest traktowany jako „zamuła, która nie nadaje się do klubu” – a jednak się nadaje i robi robotę, kwestia poszerzenia wrażliwości muzycznej). Wplatamy też klasyczne jungle i to na pewno jest ważny kierunek edukacji, bo bez znajomości fundamentów tej muzyki nie będzie rozwoju. Krótko mówiąc: edukować, edukować, edukować i zajebiście się przy tym bawić. [uśmiech]




Czego można życzyć tak aktywnej osobie, jak ty?

Dobre pytanie! Przede wszystkim, chyba tego, żeby ludzie rozkminiali DNB i pokrewne gatunki w tak samo obsesyjnym (pun intended) stopniu, jak nasza ekipa. Żeby przestało być ryzykiem robienie mniej znanych bookingów, żebyśmy mogli robić to, co robimy i spotykać się co dwa miesiące z parkietem pełnym wiary, która nie boi się wydrzeć ryja, gdy słyszą, jak w miksie wchodzi ich ulubiony utwór (albo po prostu coś, co rozpoznają) – bo to buduje vibe jak jasny gwint! A mi osobiście? Pewnie determinacji, żeby ruszyć z buta temat produkcji muzycznej, bo to kolejne wyzwanie, które sobie postawiłem i choć znalazło się kilku zajebistych ludzi, z którymi mam zaszczyt współpracować i się od nich uczyć, nadal długa droga przede mną. W tym wszystkim nadal najwięcej radochy sprawia mi aspekt DJski, więc pewnie życz mi wielu bookingów w różnych mniej lub bardziej odległych miejscach Polski i świata! Może jakichś kolejnych festiwali, albo powrotu na te, na których już miałem zaszczyt zagrać?

W takim razie mocno ściskam kciuki i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę tańczyć do twojej selekcji, gdy wybiorę się na jakiś duży festiwal.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze