Amandra – Dame De Bahia
Paweł Gzyl:

Francuz w Warszawie.

MIN t „Assemblage” LP
Kasia Zmora:

Urzekający muzyczny paczwork w wykonaniu MIN t.

Elsa Hewitt – Peng Variations (+„Cameras From Mars” i „DUM SPIRO SPERO”).
Ania Pietrzak:

„Przekręt” doskonały.

Damon Wild – Cosmic Path
Paweł Gzyl:

Function spłaca dług wobec swego mentora.

Arno E. Mathieu – Circumstances Of Chaos
Paweł Gzyl:

Deep house z dużym rozmachem.

The Gentleman Losers – Permanently Midnight
Jarek Szczęsny:

Dżentelmeni z Helsinek. Bracia Samu i Ville Kuukka nie od dziś parają się muzyką. Po prawdzie robią to od tak długiego czasu, że musiałem sprawdzić w którym roku debiutowali. Był to rok 2006. Wówczas błysnęli dobrze skrojoną melancholią otoczoną estetyką […]

Sampa the Great – Birds and the BEE9
Jarek Szczęsny:

Kandydatka do tronu.

Franck Vigroux – „Barricades”
Mateusz Piżyński:

Industrialny soundtrack końca monumentalnej cywilizacji.

Various Artists – Spheres
Paweł Gzyl:

Sex! Horror! Vampire!

Various Artists – Momentum (Ten Years of Token)
Paweł Gzyl:

Pełna identyfikacja.

Hati & Mazzoll – Teruah
Łukasz Komła:

Pigułka na transcendencję.

J.G. Biberkopf – Fountain of Meaning EP
Krystian Zakrzewski:

Wehikuł czasu w lustrze wody.

Anthony Linell – Layers Of Reality EP
Krystian Zakrzewski:

Szorstkie.

Ceramic TL & Ipek Gorgun – Perfect Lung
Paweł Gzyl:

Newage’owe medytacje w nowoczesnej wersji.

The Gentleman Losers – Permanently Midnight

Dżentelmeni z Helsinek.

Bracia Samu i Ville Kuukka nie od dziś parają się muzyką. Po prawdzie robią to od tak długiego czasu, że musiałem sprawdzić w którym roku debiutowali. Był to rok 2006. Wówczas błysnęli dobrze skrojoną melancholią otoczoną estetyką lo-fi. Zdecydowanie stanęli po ciepłej stronie elektronicznej mocy dając nam muzykę łagodną i kojącą. Do dziś niewiele w tym temacie się zmieniło. Przez ostatnie siedem lat milczeli, ale właśnie okres ciszy dobiegł końca. Ich najnowszy krążek „Permanently Midnight”, wydany przez estoński label Grainy Records, przynosi dziesięć ładnych melodii, dopracowanych i dość przewidywalnych, co stwierdzam z uczuciem delikatnego rozczarowania.

Najlepsza na „Permanently Midnight” jest pierwsza połowa płyty uwieńczona malowniczą kompozycją „Wintergreen”. Bardzo smaczny to utwór z zastosowaniem gitary. Subtelnie wypełnia czas, brakuje zrywów, nie brakuje przyjemności. Orkiestrowe aranżacje przynoszą skojarzenia z muzyką filmową. Nic w tym dziwnego, gdyż bracia mają doświadczenie z komponowaniem pod obraz. Gościnni wokaliści umilają takie momenty jak „The Good Bird Singin` in the Twilight Tree”. Wszystko dopracowane i czerpiące z dorobku Air. Easy listening co się zowie. Ciekawie robi się już od wejścia. „There Will Come Soft Rains” ma w sobie nutę niepokoju. Rozwibrowane dźwięki rozpraszają uwagę, ale ten ton nie jest obecny na całej płycie.

Najgorszy na „Permanently Midnight” jest brak zaskoczeń. Dlatego gorzej odebrałem drugą część płyty. Wycieczki w stronę muzyki rockowej nie są dobrej jakości. Przede wszystkim dobrze by było więcej uwagi poświęcić twórczości The Flaming Lips. Owszem trafia się tu próba też próba trip-hopu („Occultation of Hesperus”), ale jest to bardziej ślizganie się po temacie, niż wejście w głąb. W czasie słuchania albumu ulatnia się radość, która towarzyszyła mi na początku. Nieskrępowana atmosfera została zastąpiona znużeniem, a tłoczony luz przeobraził się w przytłoczenie. Przy „Holding Back the Night” szukałem w sobie resztek wytrwałości, aby dotrwać do końca.

Płyty łatwe i przyjemne przydają się. Sam lubię i cenię wiele krążków utrzymanych w klimacie łatwoprzysiadalnym. Z pewnością „Permanently Midnight” mógłbym zaliczyć do tego gatunku, ale nie jest to przedstawiciel wybijający się. To, że taki „Rising Tide” wchodzi bez problemu świadczy o tym, że fińscy bracia znają się na swojej robocie. Problem w tym, że nazbyt łatwo pozbyć się tych dźwięków z głowy. Przesłuchanie całości wymaga sporej dozy samozaparcia, a to nie sprzyja relaksacyjnemu odbiorowi. Brakuje mi też pójścia gdzieś w bok. Zejścia z głównej drogi na rzecz wizyty w chaszczach lub błocie. Te mało wyszukane metafory mają tylko zobrazować stan faktyczny, że na ostatniej płycie The Gentleman Losers ci, którzy nie szukają zaskoczeń, lubią słuchać tego co już raz słyszeli po raz kolejny, znajdą dla siebie sporo frajdy. Reszta, w tym niżej podpisany, musi szukać dalej.

Grainy Records | 2017

Strona The Gentleman Losers

FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze