Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.



Posłuchaj na Bandcampie #3 – polska elektronika 2017

Polskie EP-ki i longpleje – rok 2017.

Zawsze bardzo interesowało mnie to, co dzieje się na rodzimym podwórku, jednak w tym roku zainteresowanie polską muzyką zdecydowanie przybrało na sile. Od stycznia – z nieznanych mi przyczyn – mocno skupiałam się więc na muzyce, która wychodzi spod szyldu polskich labeli i od polskich producentów – przyglądałam się m.in. wydawniczej działalności Pointless Geometry, Polish Juke, Instant Cassic, Magii, Latarni i Trzech Szóstek, jednocześnie spędzając mnóstwo czasu na przekopywaniu bandcampów, tag po tagu szukając czegoś, co mnie zaciekawi. Jak się okazało – zaciekawiło mnie naprawdę wiele. Codziennie trafiałam na kilka albumów, z których znaczna część zatrzymała mnie na dłużej, dlatego też zamiast podsumowania, postanowiłam zdać relację z tego, co w 2017 roku towarzyszyło mi najczęściej. Umówmy się więc, że trzecia odsłona cyklu „Posłuchaj na Bandcampie” nosi roboczy tytuł „Wydawnictwa, których słuchałam z wypiekami na twarzy”. Kolejność przedstawianych albumów jest alfabetyczna.

1988 – „Gruda” | Latarnia

Twórczość Przemysława Jankowiaka poznałam prawie dekadę temu, gdy natknęłam się na katalog wrocławskiego labelu Qulturap. Wśród jego podopiecznych był wtedy Etam Etamski (poprzednie alter-ego Jankowiaka), który albumem „Zabrudzony Garnitur” zmasakrował moje wcześniejsze przekonania na temat muzyki elektronicznej. Połączenie rapu (w wydaniu m.in. Wojciecha Bąkowskiego) z połamanym bitem i estetyką dada naprawdę mną wstrząsnęło, ponieważ wskazało kierunki i rozwiązania, o których wówczas nie miałam pojęcia. Może dlatego, gdy pierwszy raz włączyłam „Grudę”, poczułam się bezpiecznie – znałam już dobrze tę powolną, ciężką, smolistą atmosferę. Błędem byłoby jednak stwierdzenie, że tegoroczne wydawnictwo Przemysława Jankowiaka, tutaj działającego już jako 1988, powiela motywy, które producent wypracował dawno temu – longplay jest bowiem bardziej kompletny i zdecydowanie mniej skupiony na zabawie konwencją oraz eksperymentowaniu z formą. I choć „Gruda” jest w pełni instrumentalna, opowiadane przez nią historie powodują u mnie ciarki na plecach, kojarząc się z poczuciem zagubienia, samotności i przeszywającego na wskroś smutku.

Baby Meelo – „Milky Wayz EP” | regime brigade

Baby Meelo, czyli Kamil Matyja – przedstawiciel wrocławskiego kolektywu regime brigade, który udziela się także jako DJ i dziennikarz radiowy (usłyszeć go można na falach Radia Luz w audycjach „Future Beats” i „Ultradźwięki”). „Milky Wayz EP” to jego pierwsze wydawnictwo i zdaje się, że jest ono zbiorem wszystkiego, co najbardziej inspiruje i przyciąga Kamila – hiphopowego drygu, przepuszczonego przez mniej oczywisty, lekko zamulony footwork i klimat wielkomiejskich blokowisk. W bandcampowym opisie EP-ki można przeczytać, że jej zawartość to „szereg inspiracji estetyką lat 90. i uliczno-tanecznym stylem”, jednak – wbrew pozorom – jest ona tak samo energetyczna, co w pewien sposób neurotyczna, rozedrgana i osnuta gęstym dymem. Zresztą, to właśnie ten paradoks najbardziej mnie do „Milky Wayz” przyciągnął – jest to bowiem wydawnictwo z jednej strony pełne werwy i ostrych, wyraźnych krawędzi, z drugiej zaś naszpikowane nostalgią za czasami, które jawią się już jako kolaże odległych, nieco rozmytych historii.

COMOC – „Wind Is In The East EP” | Polish Juke

„Wind Is In The East” to pięknie jazzujący juke, który przeplatany jest rozpędzonymi rapsami i właśnie to stanowi o sile tego wydawnictwa. Kiedy już wydaje się nam, że obcować będziemy z delikatnym, sympatycznym i radosnym footworkiem, zostajemy zmiażdżeni agresywnymi samplami i bitem, który wierci dziurę w głowie. I tak ciągle – przyjemny podkład i ostry wokal lub odwrotnie – kojący głos na samplu plus tło, które szybko zmienia barwy i w mgnieniu oka znika, aby pojawić się w zupełnie innym wydaniu. Mimo wszystko, jest w tym duża spójność – COMOC żongluje motywami, ale nigdy nie gubi tempa i konsekwentnie realizuje zamysł, który wprowadza w dwóch pierwszych utworach. Zamysł ten zdaje się polegać na uśpieniu czujności słuchacza w pierwszej fazie, w drugiej natomiast na nieco drastycznym wyrwaniu go ze strefy komfortu i utrzymaniu w stanie nieustannej gotowości na nowe bodźce i doznania. Bodźce te są jednak tak umiejętnie dawkowane i tak błyskotliwie wprowadzane, że ostatecznie wciągają i pochłaniają bez reszty. Coś w stylu hipnozy – słuch staje się wręcz wyczulony na dźwięki, ale nie może skupić się na niczym innym, tak bardzo jest nimi zaabsorbowany.

EABS – „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)” | Astigmatic Records

W maju tego roku stwierdziłam, że nikt tak pięknie nie gra Komedy, jak EABS i jestem przekonana, że szybko zdania nie zmienię. Powodów jest kilka. Po pierwsze: panowie z EABS nie odtwarzają tego, co już doskonale znamy, bo nie dość, że wybierają mniej popularne utwory, to jeszcze bliżej jest im do reinterpretacji, niż interpretacji stricte. Po drugie: kolektyw jest w tej swojej (re)interpretacji niezwykle ujmujący, błyskotliwy, a przy tym nie pozbawiony luzu i spontaniczności. Po trzecie: profesjonalizm łączy się tu ze świetną zabawą, co buduje przyjemną, nieskrępowaną atmosferę. W końcu po czwarte: longplay ma hiphopowe serce i – choć bazuje na jazzie – pulsuje w rytm funku oraz soulu, co zdecydowanie mnie urzeka. W ostatecznym rozrachunku „Repetitions (Letters to Krzysztof Komeda)” jest w równym stopniu kameralne, co pełne sączącej się z każdego dźwięku energii. Wydawnictwo to uznać można nie tyle za ukłon w stronę Komedy, co chęć pokazania, jak jego muzyka może brzmieć teraz, przefiltrowana przez dorobek popkultury. Aby brać się za tego typu przedsięwzięcia, trzeba być geniuszem lub szaleńcem – EABS łączy zaś sobie ogromną wiedzę i świadomość muzyczną, doskonałe rzemiosło i szaleńczą odwagę.

FOQL – „Lower Your Expectations” | Always Human Tapes

Muzyka Justyny Banaszczyk przysparza recenzentom wiele problemów. W recenzjach jej wydawnictw można natknąć się na nawiązania do techno lub porównania z lo-fi, czy ambientem, ale sama FOQL uważa, że nie tędy droga. W sierpniowym wywiadzie dla Nowamuzyka.pl producentka wyjaśniała to tak: „Bardziej powiedziałabym, że lubię surową produkcję, jak to się mówi: >>raw sound<<. Nie jest to chyba tym samym, co lo-fi. Kto by się w tym jednak połapał. Nie jestem biegła w gatunkowizmie”. Warto zapamiętać to zdanie, bo zdradza ono coś więcej, niż niechęć do szufladkowania – pokazuje też, że czasem próba wskazywania na konkretne konwencje jest bezcelowa i z góry skazana na porażkę, ponieważ jest ich po prostu zbyt dużo. Zamiast więc tracić siły na szukanie gatunków najbardziej zbliżonych do tego, co FOQL na „Lower Your Expectations” proponuje, lepiej skupić się na aspektach mniej technicznych, czyli na wrażeniach i nastrojach, wokół których oscyluje tegoroczny materiał. Tropów jest tu sporo, ale wyróżniłabym kilka z nich: wspomnianą i wszechobecną surowość, brud, siłę oraz bezkompromisowość, o których Paweł Gzyl pisze, że są to „eksplozje punkowej wściekłości zamienione w syntezatorowe spazmy”. Jak jednak zauważa Paweł (i z czym jak najbardziej się zgadzam), na tym sprawa się nie kończy, ponieważ nowe wydawnictwo FOQL przesiąknięte jest psychodelią i oniryzmem, które – w zależności od utworu – tracą lub przybierają na sile, jednak cały czas są obecne, powodując uczucie wszechogarniającego niepokoju i lęku.

Lutto Lento – „Dark Secret World” | Where to Now?

Wydawać by się mogło, że „Dark Secret World” jest najspokojniejszym materiałem, jaki znalazł się w dzisiejszym przeglądzie – w końcu jest to wydawnictwo leniwe, wręcz odrobinę powściągliwe, w najlepszym wypadku nienachalnie radosne, a momentami nawet słoneczne. Nic bardziej mylnego – diabeł tkwi w szczegółach, a słychać go już w pierwszych sekundach, otwierających album. Mowa, rzecz jasna, o samplach, które są tu niejednoznaczne, jakby sygnalizujące czające się za rogiem niebezpieczeństwo, a przy tym skutecznie rozpraszają, dekoncentrują i wprawiają słuchacza czasem w stan odrętwienia, innym razem w solidne zamotanie. Wcale to jednak nie dziwi – co może bowiem bardziej kojarzyć się z tytułowym „mrocznym, tajemniczym światem”? Oczywistym jest, że w tym przypadku będą to: nieznana, trudna do sklasyfikowania egzotyka, duszna atmosfera i pewna dzikość, wydobywająca się z każdego dźwięku. Podkreślić jednak należy, że brzmienie na omawianym wydawnictwie wcale nie jest tak łatwe do zinterpretowania, a także – że Lutto Lento nie jest nachalny w przedstawianiu swojej wizji. Strach szybko może zamienić się w poczucie dziwnej fascynacji – trudno przecież stwierdzić, czy to nas ktoś nieustannie obserwuje, czy to my z podekscytowaniem podglądamy coś, co jest obce i nieznane.

Palmer Eldritch – „Natural Disaster” | skwer.org

Zgadza się, tego albumu nie ma na Bandcampie, ale nie mogłam go pominąć. Palmer Eldritch wydaje swoją muzykę w Skwerze, ale nie ma z hiphopem nic wspólnego (no dobra, jednak ma – sprawdźcie „Hikikomori”). Duet na longplay’u „Natural Disaster” proponuje brzmienie oparte na rdzennych, plemiennych motywach, przefiltrowane przez soczystą, gęstą elektronikę. Rytm, na którym oparta jest znaczna część nagrań, jest miarowy i wyraźny, jednak towarzyszące mu sample wprowadzają tu sporo zamieszania. W ostateczności otrzymujemy wydawnictwo oddychające pełną piersią, skrzące się od nawiązań do world music, choć mimo wszystko – nie bezpośrednich, nie takich wprost. Podobnie bowiem, jak w przypadku „Dark Secret World” Lutto Lento, tak również na „Natural Disaster” nie ma jednej słusznej interpretacji. Świadczą o tym także słowa Rapha i digana, którzy podczas naszej majowej rozmowy stwierdzili, że „muzyka instrumentalna jest dość otwarta na interpretacje. Tak naprawdę zawsze zostajesz z pewnym niedopowiedzeniem”. I całe szczęście, bo te niedopowiedzenia dają słuchaczom najwięcej frajdy.

Piernikowski – „No Fun” | Latarnia

Piernikowski może być kojarzony z działalnością w formacji Napszykłat lub w duecie Syny, który założył wraz z przywołanym już wcześniej Przemysławem Jankowiakiem. Ciekawe natomiast jest to, że produkcje tych dwóch artystów są do siebie mocno zbliżone – nieważne, czy działają oni razem, czy w pojedynkę. Mamy więc na „No Fun” materiał dosadny, mroczny i brudny jak ulice, o których obaj opowiadają. Muszę też przyznać (choć pewnie nie jestem w tym odosobniona), że twórczość Piernikowskiego mocno kojarzy mi się z tym, co niegdyś Wojciech Bąkowski i Dawid Szczęsny proponowali pod nazwą „Niwea”. Mimo to, „No Fun” wydaje mi się bardziej autentyczne, przeszywające, opowiadające historie wprost z miejsca zdarzeń, a nie z bezpiecznego dystansu. Piernikowski nie obserwuje wydarzeń z dalekiej odległości, ale mówi, jak jest. A jak jest? „Mało kasy, kasy ciągle brak, chłopaki żyją, oni trwają. (…) Twarde pięści i cieknące łzy, dużo trzeba siły, w domu i na ulicy”. Co jeszcze? „Ciężko, ciężko jest, osiedle pojebane jest, a ja tutaj mieszkam. (…) Papieros za papierosem na balkonie, trwamy, trwamy trwamy”. My natomiast trwamy z nimi i czujemy ten tytoniowy dym, ciasnotę, klimat ciemnych ulic i odrapanych klatek schodowych. Bąkowski mówił na „02”, że „bardzo się boi, ale tak ma być”. Piernikowski na „No Fun” powtarza: „Martwię się” – Magierski i Tymon stwierdziliby natomiast, że „Takie czasy, cóż„.

Rhythm Baboon – „Baboonism” | Pawlacz Perski

Jak można przeczytać na Bandcampie, Rhythm Baboon zainspirowany jest muzyką z Chicago – sceną juke, footworkiem, brudnym i obskurnym brzmieniem, któremu nadaje nowy kontekst i tworzy za jego pomocą zupełnie nowe narracje. Przytoczone powyżej estetyki, surowe i podrapane, mają w sobie jednak pewną lekkość, choć – paradoksalnie – utwory zawarte na „Baboonism” są transowe i totalnie zamulające. Zaznacza to również Jarek Szczęsny, który w swojej recenzji pisze, że Szymon Listewnik „zaprasza nas do miejskiej zadymy”, po czym dodaje, że robi to za pomocą muzyki „wariackiej i toksycznej”. W konsekwencji, brzmienie zawarte na longplay’u podpisanym nazwą „Rhythm Baboon” sprawia wrażenie, jakby pędziło, próbując przebić się przez gęsty miejski klimat, który jednak bardzo je spowalnia, zniekształca i wykręca na wszystkie strony – i dopiero, gdy wpadnie w jakąś szczelinę, może pozwolić sobie na głębszy oddech. Jest jeszcze jedna ważna rzecz, której nie można pominąć – album wydany jest na kasecie, a więc nośniku wręcz idealnym do tego typu dźwięków, ponieważ – jak to powiedziała bardzo bliska mi osoba – ma on destrukcję wpisaną w swoją naturę.

SKY – „Lullabies” | Trzy Szóstki

Netlabel Trzy Szóstki powstał niedawno i raczej znienacka, ale zdążył już wypuścić sporo doskonałego materiału, między innymi od takich projektów, jak Tulip Trenches, Metatyp, czy HTDY. I choć wszystkie produkcje, które wychodzą spod szyldu „Trzy Szóstki” bez wątpienia zasługują na uwagę, ja postanowiłam wyróżnić jedno wydawnictwo – EP-kę SKY, czyli wokalistki i perkusistki Evvolves. Decyzja ta jest w stu procentach osobista – po prostu bardzo brakowało mi na rodzimej scenie muzyki, która będzie kojarzyła się z wyważonym i świeżym falowym graniem, tak doskonale oscylującym między estetyką darkwave, ambientem, a dreampopem. Plusem „Lullabies” jest natomiast fakt, że czerpiąc pełnymi garściami z dorobku mrocznej, odrobinę ezoterycznej elektroniki, unika patosu i nie popada w banał. SKY cały czas trzyma rękę na pulsie, dzięki czemu zawartość EP-ki jest wyważona, a typowe dla niej motywy, takie jak różnego rodzaju szmery i szepty. podane są w idealnych proporcjach. Dodatkowo, mamy tu automat perkusyjny, którego brzmienie aż chwyta za serce i wysyła gdzieś w zaświaty. Te zaświaty to zresztą całkiem dobry trop, bo wspomina o nich sama SKY mówiąc, że „traktuje muzykę trochę jak egzorcyzm na samej sobie”. Nic więc dziwnego, że głównym celem „Lullabies” jest to, by „była taką bezpieczną przestrzenią do oczyszczania się ze smutku”. Cel ten został zaś w pełni zrealizowany.

Vysoké Čelo – „Űrutazás”

Mój tegoroczny wywiad z Vysoké Čelo opatrzony był hasłem „Muzyka, która łączy naturę i kosmiczną aurę” – bazując na tym określeniu, mogłabym już zakończyć niniejszą wypowiedź, bowiem zwraca ona uwagę na dwa najważniejsze elementy twórczości szczecińskiego duetu. Mimo to, warto ją odrobinę rozwinąć, aby wyraźnie zaznaczyć, że dźwięki zwarte na „Űrutazás” wcale nie są dosłowne i – wbrew temu, co napisałam powyżej – nie pozwalają się tak łatwo scharakteryzować. Są to bowiem nagrania niezwykle eteryczne, lewitujące gdzieś w bliżej nieokreślonej przestrzeni, przenikające materię i trudne do uchwycenia oraz zamknięcia w kilku etykietach. Zapewne duży wpływ na tego typu odbiór ma ich intertekstualność – „Űrutazás” to historie inspirowane opowiadaniami Stanisława Lema i – jak tłumaczy sam duet – ukazują to, co dzieje się w wyobraźni dziecka, marzącego o dalekich, kosmicznych podróżach. To prawda, kosmos jest tu motywem przewodnim, ale sama EP-ka jest raczej próbą oddania tego, jak może on być wymyślany, jaki jego obraz może być szkicowany w wyobraźni, niż chęcią przedstawienia jego jednej, wyraźnej wizji. Zabieg ten jest o tyle ciekawy, że nie narzuca słuchaczowi trasy podróży, a raczej zaledwie podpowiada miejsce, które ma być jej celem – to, co zobaczymy po drodze, zależy tylko od nas, a kierunków do wyboru mamy wręcz nieskończoność.

Opisane powyżej EP-ki i longplaye towarzyszyły mi w 2017 roku najczęściej, chociaż albumów, które uznaję za co najmniej dobre, a które pojawiły się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, jest znacznie więcej. Sporo bowiem działo się na scenie shoegaze’owej, równie dużo wydarzyło się w obrębie noise’u, czy indie rocka – temat ten zostawiam jednak na później, ponieważ więcej miejsca poświęcę mu w najbliższej przyszłości w ramach innego zestawienia.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarzy 7

  1. Arek

    o jezus i kolejne zespoły z serii ” mam depresję, zabiję się”….od lat 90-tych polska elektronika to ambienty szumy kliki – czy nikt już nie umie inaczej grać?!

  2. stoczek

    Wszystko cacy, tylko kto zlikwidował pasek z miniaturkami recenzowanych płyt na górze strony??? . . .na szafot z Nim!

Kto linkował?

  1. Taśma na Bandcampie #3 – outlines – ładne piosenki
  2. Her Side – Garage EP (Trzy Szóstki, 2017) – ładne piosenki
  3. Taśma na Bandcampie #1 – Pointless Geometry – ładne piosenki
  4. Polska muzyka na Bandcampie – rok 2017 – ładne piosenki