Manni Dee – The Residue
Paweł Gzyl:

Raport z oblężonego miasta.

Leon Vynehall – Nothing Is Still
Mateusz Piżyński:

Brytyjski producent i DJ – Leon Vynehall po wydaniu kilku niezłych EP, nawiązuje współpracę z kultową Ninja Tune i wydaje swój pierwszy LP tytułując go „Nothing Is Still”.

Idris Ackamoor & The Pyramids – An Angel Fell
Łukasz Komła:

Idris Ackamoor na szczycie kolejnej piramidy!

Betonkust & Palmbomen II – Center Parcs
Paweł Gzyl:

Soundtrack do wspomnień z taśmy VHS.

Eltron – Le Volte EP
Ania Pietrzak:

Panie i Panowie, zapraszamy do podwodnego tańca! Wężykiem, wężykiem…

Lolasister – Infinite Jest EP
Łukasz Komła:

Debiutancka EP-ka szwajcarskiego zespołu Lolasister to poetycki mariaż folku i jazzu.  

LUMP – Lump
Jarek Szczęsny:

Produkt wysokiej jakości.

AMMAR 808 – Maghreb United
Łukasz Komła:

Syntezator zjednoczył Maghreb!

Watergate 24 – Mixed By Jimi Jules
Paweł Gzyl:

Ucieczka w tropiki.

Patrick Higgins – Dossier
Jarek Szczęsny:

Pół na pół.

Eartheater – IRISIRI
Paweł Gzyl:

Pociągająca niejednoznaczność.

Âme – Dream House
Paweł Gzyl:

Wymarzony album, wymarzony dom.

Jon Hassell – Listening To Pictures (Pentimento Volume One)
Łukasz Komła:

81-letni twórca terminu „Czwarty Świat” wraca z nowym albumem. To nie jest fake!

Oneohtrix Point Never – Age Of
Jarek Szczęsny:

Piosenki – tak. Koncept – nie.



Frank Bretschneider – Lunik

Awangarda też lubi potańczyć.

Aż trudno uwierzyć, że ten niemiecki producent tworzy od 1983 roku. Mieszkał wtedy w komunistycznym raju – w Karl-Marx-Stadt (dzisiaj Chemnitz) na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Mimo, że tajna policja STASI skutecznie tłumiła tam wszelkie przejawy fascynacji „zgniłym Zachodem”, on uruchomił wytwórnię Klangfarbe i jej nakładem wydawał i dystrybuował kasety magnetofonowe. Znajdowały się na nich nagrania zarówno jego samego, jak i tworzonych przezeń z kolegami zespołów – AG Geige, Kriminelle Tanzkapelle czy Stein Im Brett. Była to eksperymentalna i minimalistyczna elektronika natchniona duchem Der Plan i The Residents.

Kiedy upadł berliński mur, Frank Bretschneider był więc już gotowy na eksplozję nowych brzmień. Najpierw powołał do życia z kolegą z Chemnitz – Olafem Benderem – firmę Rastermusic, która po połączeniu z Notonem, dowodzonym przez Carstena Nikolaia, zamieniła się w berlińskie imperium klinicznego minimalu – Raster-Noton. Nasz bohater nie poprzestał na działalności wydawniczej i do dziś regularnie nagrywa zarówno pod swoim imieniem i nazwiskiem, jak również jako Komet, ale też we współpracy z przyjaciółmi, w grupach Produkt, Signal i Tol. To właściwie post-techno – czyli wszelkiego rodzaju współczesne eksperymenty, od IDM-u, przez glitch, po ambient.

Od czasu do czasu Bretschneider przypomina sobie o bardziej przystępnej elektronice, którą zachwycił się na początku lat 90. Po raz pierwszy zdarzyło się to sześć lat temu, a efektem tego był album „Komet” nagrany dla Shitkatapult. Teraz dostajemy jego następcę. „Lunik” w swej lwiej części zorientowany jest na minimalową wersję cyfrowego dubu. To masywne nagrania osadzone albo na głębokim pulsie basu („Elektrik”), albo na metalicznych breakach („Numerik”). Podkładom tym towarzyszą zredukowane partie syntezatorów – ciepłe, pastelowe i psychodeliczne („Logik”). Co ciekawe: nie brak w tej muzyce melodii, którą wnoszą raz za razem te rudymentarne elementy muzyki klubowej („Elastik”).

Pod koniec zestawu, pojawiają się inne rytmy. „Statik” to futurystyczny breakbeat, nasycony glitchowymi efektami. W „Plastik” rozbrzmiewa epicki techno-trance sprzed ponad dwóch dekad, zogniskowany na przestrzennych akordach klawiszy. „Mechanik” lokuje się w formule zwartego electro-funku, w którym nie brak jednak kosmicznych świstów i szumów. Funkowa pulsacja dochodzi również ze „Sputnika” – choć to gorący house z soczystą partią „żywego” Rhodesa. Na finał rozbrzmiewa klasyczna kosmische musik – „Motorik”, przypominający wczesne dokonania Kraftwerk z początku lat 70.

Już same tytuły utworów z tegoż albumu przypominają manierę tytułowania kompozycji charakterystyczną dla Plastikmana. Bretschneider nie kryje bowiem, że jego wczesne eksperymenty z muzyką klubową zostały w latach 90. zainspirowane właśnie pierwszymi płytami Richiego Hawtina pod tym pseudonimem. Tak brzmi również i muzyka z „Lunika”: czy to dub, czy to electro, czy to techno, czy to house, za każdym razem dostajemy te gatunki w minimalistycznej wersji o stłumionej energii i odrealnionym nastroju. Słucha się tego świetnie, bo niemiecki producent ma dryg do takiego rodzaju grania, jak rzadko kto.

Shitkatapult 2018

www.shitkatapult.com

www.facebook.com/shitkatapult.label

www.frankbretschneider.de

www.facebook.com/frankbretschneider.music

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

komentarze 3

  1. Jędrek

    Generalnie o starszych płytach różnych maści mistrzów przydałoby się zdań parę … ale cały czas idzie nowe no i represiki

  2. e'M

    Super materiał. Dzięki!

  3. db

    Świetna recenzja. Dobre uderzenie na dobry już-nie-taki-początek roku.

    Gwoli Mistrza – a może by tak, pod pretekstem nowej płyty, spreparować serię tekstów, albo chociaż obszerny artykuł poświęcony pobocznym projektom Bretschneidera (a także jego starszym płytom), na temat których internet z biedy aż piszczy? Postulowałbym. Stanowczo 😉