Annea Lockwood / Christina Kubisch – The secret life of the inaudible
Łukasz Komła:

Dwie wielkie artystki dźwiękowe, przekazały sobie odmienny materiał źródłowy, który połączyły na jednym wydawnictwie.   

Pejzaż – Ostatni Dzień Lata
Ania Pietrzak:

Błogi soundtrack polskich wakacji.

ACT! – Universalist
Paweł Gzyl:

Fairlight CMI znow w modzie.

The Young Mothers – Morose
Łukasz Komła:

Czy to kolejna supergrupa jedynie z nazwy? Śmiem twierdzić, że nie!    

Laurel Halo – Raw Silk Uncut Wood
Jarek Szczęsny:

Niezmordowana eksperymentatorka.

Thomas Leer – 1982
Paweł Gzyl:

Nienagrane przeboje.

The Magnificent Tape Band – The Subtle Art of Distraction
Jarek Szczęsny:

Retromania w wersji turbo.

Abul Mogard – Above All Dreams
Maciej Kaczmarski:

Kim pan jest, panie Mogard?

Sstrom – Otider
Paweł Gzyl:

Wykastrowane techno.

cv313 – Analogue Oceans
Paweł Gzyl:

Mistyka oceanu dźwięków.

Mika Vainio & Franck Vigroux – Ignis
Paweł Gzyl:

Tibi et igni.

Wczasy / Wolne pokoje
Jarek Szczęsny:

Na wakacje jak znalazł.

Shy Layers – Midnight Marker
Paweł Gzyl:

Wspomnienia sprzed trzech dekad.

Toxe – Blinks
Kasia Jaroch:

Oblicze najbardziej nieprzystępnego brzmienia Bala-Core złagodniało.



Holger Czukay – dyskografia

24 marca Holger Czukay obchodziłby 80. urodziny. Z tej okazji przyglądamy się jego niezwykłej twórczości.

Holger Schüring vel Czukay (1938-2017; przeczytaj nasze wspomnienie) – niemiecki multiinstrumentalista ze wskazaniem na gitarę basową i waltornię, a także producent, pionier samplingu sprzed epoki samplerów i ojciec chrzestny world music, na długo zanim wymyślono ten termin. Przez dekadę był członkiem szalenie wpływowej formacji Can. Po odejściu z zespołu rozpoczął karierę solową, w ramach której udzielał się jako muzyk sesyjny (m.in. na albumach Cluster & Eno, Phew, Eurythmics, Davida Sylviana i grupy Bison) oraz autor i współautor szeregu płyt. Oto dwadzieścia post-canowych krążków artysty w kolejności chronologicznej.

Technical Space Composer’s Crew – Canaxis 5 (1969)

Wczesna wprawka w muzyce etno/ambient, zrealizowana z Rolfem Dammersem. Na pierwotną wersję albumu złożyły się dwa utwory. Trwający prawie 18 minut „Ho-Mai-Nhi (The Boat Woman Song)” opiera się na ludowych przyśpiewkach wietnamskich, którym towarzyszą fragmenty chóru i orkiestry (zaczerpnięte z muzyki renesansowego kompozytora Pierre’a de la Rue) oraz „kosmiczne” podkłady. Blisko dwudziestopięciominutowy „Shook Eyes Ammunition” (w późniejszych wydaniach zatytułowany jako „Canaxis” i skrócony o cztery minuty) stanowi niejako wariację na temat swego poprzednika: wspomniane zaśpiewy zostały poddane modulacjom polegającym na przyspieszaniu i zwalnianiu taśmy, okraszono je też dźwiękami wietnamskiej cytry i khaenu – również samplowanymi. Oczywiście w tamtych czasach sample ręcznie wycinano z taśm i na powrót klejono w pożądany sposób, toteż „Canaxis 5” wiele zawdzięcza technikom kojarzonym z luminarzami musique concrète: Pierre’owi Schaefferowi, Edgarowi Varèsemu i Vladimirowi Ussachevsky’emu. Późniejsze reedycje zostały wzbogacone o dodatkowe utwory niezwiązane z podstawowym materiałem: „Mellow Out” (pochodzące z 1960 r. radiowe nagranie jazz-bandu Czukaya), „Cruise” i „Epilogue” (obydwa nagrane w 1999 r. w ramach akcji Can Solo Projects).

Holger Czukay – Movies (1979)

Pierwszy album po opuszczeniu Can, częściowo nagrany z pomocą kolegów z zespołu. Całość rozpoczyna się od pełnego humoru „Cool in the Pool”. Pomimo pozornej niedorzeczności, sporo się tu dzieje: funkowa sekcja rytmiczna, gitarowe zagrywki, dęciaki, organy, pomysłowe sample i wokal Czukaya. Następny utwór, ponadtrzynastominutowy „Oh Lord Give Us More Money”, to właściwie dzieło Can: na gitarze gra Michael Karoli, za fortepianem zasiadł Irmin Schmidt, a za perkusją – Jaki Liebezeit (bębni na całej płycie). Kompozycja przypomina swobodny jam i ma wiele wspólnego z prog-rockiem, ale wychodzi poza jego ramy. Ponownie pojawiają się sample, m.in. szczekanie psa, samochodowy klakson, eksplozje, odgłosy z kreskówek, telewizyjne i radiowe urywki oraz filmowe dialogi. Finalny numer, trwający kwadrans „Hollywood Symphony”, zbudowano z podobnych składników, ale jego forma jest jeszcze bardziej nieobliczalna. Prawdziwym klejnotem w tym zestawie jest zachwycający „Persian Love”, gdzie nagrania irańskich śpiewaków zostały zestawione z melodyjną gitarą, ciepłymi klawiszami i prostym rytmem. To wielce wpływowe nagranie zainspirowało wielu – m.in. Briana Eno i Davida Byrne’a, którzy rozwinęli pomysły Czukaya na płycie „My Life in the Bush of Ghosts”. Magazyn „NME” nie bez powodu umieścił „Movies” na 5. miejscu listy najlepszych krążków A.D. 1979.

Holger Czukay – On The Way To The Peak Of Normal (1981)

Po wydaniu singla z legendarnym producentem Connym Plankiem pod szyldem Les Vampyrettes (tylko dwa utwory, ale do dziś robią piorunujące wrażenie), Czukay przystąpił do nagrywania drugiego longplaya. Psotnie zatytułowany „W drodze na szczyt normalności”, rozpoczyna się od „Ode To Perfume” – osiemnastominutowej podróży złożonej z ośmiu połączonych ze sobą części. Improwizowana kompozycja (służąca, wedle słów autora, jako podkład do… jazdy na wrotkach) płynie niespiesznie i niezobowiązująco, ale jak zwykle u tego twórcy, jest naszpikowana dźwiękowymi niuansami. Utwór tytułowy zawdzięcza swe podskórne napięcie członkom niemieckiego zespołu punkowego S.Y.P.H. Są też inni goście: ponownie bębni Jaki Liebezeit, Conny Plank podpisał hipnotyczny dub „Witches’ Multiplication Table” (w którym również zagrał na syntezatorze), zaś w reggae’owym „Hiss ‚n’ Listen” na basie zagrał Jah Wobble – były członek Public Image Ltd, a już wkrótce regularny współpracownik Czukaya. Jest jeszcze dwuminutowa miniatura „Two Bass Shuffle”, będąca – zgodnie z tytułem – pojedynkiem na dwie gitary basowe, i to już wszystko. Nie ma na „On The Way To The Peak Of Normal” utworu na miarę „Persian Love”, lecz album zdradza kierunek, w którym Czukay już wkrótce podąży.

Holger Czukay / Jah Wobble / Jaki Liebezeit – Full Circle (1982)

Zapoczątkowana na „On The Way To The Peak Of Normal” współpraca z basistą Johnem „Jah Wobble” Wardle’em musiała być owocna, skoro Czukay postanowił nagrać z nim całą płytę. Do tej dwójki dołączył Jaki Liebezeit i w takim składzie muzycy zarejestrowali materiał. Efekt? Obezwładniające połączenie krautrocka, post-punku i muzyki dub. Szkielet muzyki stanowi bezbłędna gra sekcji rytmicznej – motoryczne bębny Liebezeita doskonale współgrają z zabójczymi liniami basowymi Wobble’a. Cztery struny w jego wirtuozerskich rękach po prostu zamieniły się w żywy organizm. Do tego Czukay i jego partie gitary, organów, fortepianu i waltorni oraz ukochane sample o rozmaitej proweniencji. Panowie podzielili się obowiązkami wokalnymi, choć śpiewał głównie Wobble. Od nowofalowego, tanecznego „How Much Are They?”, poprzez jedenastominutowy dubowy jam „Full Circle R.P.S (No. 7)” i transowy „Mystery R.P.S. (No. 8)” (z monstrualnym basem, który na stałe wwierca się w mózg – tak potężnym, że przy odpowiednich ustawieniach sprzętu drżą szyby w oknach), aż po przywołujący echa Joy Division „Twilight Word” – płyta stanowi zdecydowanie więcej niż sumę swych składników. „Full Circle” to niesłusznie zapomniana klasyka i jedna z najlepszych pozycji w dyskografii całej zaangażowanej trójki. Słowem: pozycja obowiązkowa.

Jah Wobble / The Edge / Holger Czukay – Snake Charmer (1983)

Kolejny etap współpracy Czukaya z Wobble’em. Trzecim fundamentem projektu został David „The Edge” Evans, wówczas 22-letni gitarzysta U2 (tym razem dla Jakiego Liebezeita wystarczyło miejsca tylko na jeden utwór). Podstawowy skład uzupełnili gitarzysta Dave „Animal” Maltby, klawiszowiec Ollie Marland i perkusista Neville Murray – członkowie grupy Jah Wobble’s Invaders of the Heart. Płytę charakteryzuje zróżnicowanie materiału, co przekłada się na jej niespójność. Tytułowa kompozycja stanowi wypadkową nowej fali, synth-popu i alternatywnego disco. „Hold On To Your Dreams”, ze swymi syntezatorami, tam-tamami, tęskną melodią i linią wokalną (gościnnie zaśpiewała Marcella Allen), to typowy produkcyjniak z lat 80. ze sporymi zadatkami na przebój w równoległym wszechświecie. Z kolei w dynamicznym „Sleazy” gitara Edge’a poniekąd zapowiada to, co będzie działo się na „Achtung Baby” U2. „It Was A Camel” to charakterystyczny dla Czukaya przykład zabawy z taśmami i efektami. Mimo interesujących fragmentów, „Snake Charmer” nie do końca przekonuje. Ciekawostka: jednym z producentów był François Kevorkian vel François K – jeden z prekursorów muzyki house.

Holger Czukay – Der Osten Ist Rot (1984)

Na swoim następnym solowym albumie Czukay zrezygnował z kilkunastominutowych kolosów i postawił na krótsze – choć bynajmniej nie mniej eksperymentalne – formy. Początek jest jednak mylący: swą popową estetyką, bezpretensjonalny „The Photo Song” przywołuje na myśl „Cool In The Pool” z „Movies”. Dalej artysta idzie już na całość, co jest szczególnie widoczne w kompozycji tytułowej – przeróbce chińskiego hymnu narodowego. To zapewne ukłon w stronę byłego nauczyciela Czukaya, Karlheinza Stockhausena, który niemal dwie dekady wcześniej dokonał podobnego zabiegu na płycie „Hymnen”. Sporo na „Der Osten Ist Rot” kolaży dźwiękowych, instrumentów dętych i wokali – zarówno samplowanych, jak i „żywych”, autorstwa czy to Czukaya, czy to tajemniczej japońskiej wokalistki Michy, która doczekała się nawet własnego utworu. Nie zabrakło też grającego na syntezatorze E-mu Conny’ego Planka oraz Jakiego Liebezeita, który oprócz bębnów obsłużył również trąbkę, fortepian, organy i fisharmonię. Rezultat nie był tak powalający jak poprzednie wydawnictwa, lecz trafiła tu jedna z najwspanialszych kompozycji Czukaya – zamykająca płytę „Träum Mal Wieder”, która z powodzeniem sprawdziłaby się w jakimś tribal-ambientowym secie didżejskim. Także i tym razem „NME” wyróżnił Czukaya – „Der Osten Ist Rot” znalazł się na 36. miejscu listy najlepszych nagrań 1984 r.

David Sylvian / Jon Hassell / Steve Jansen / Holger Czukay ‎– Words With The Shaman (1985)

Holger Czukay pojawił się już na solowym debiucie Davida Sylviana, „Brilliant Trees” z 1984 r. – grał tam waltorni i gitarze, udzielał się też w chórkach. Na tej niespełna piętnastominutowej EPce jego udział jest relatywnie najmniejszy – w spisie figuruje jako muzyk obsługujący radio, co oznacza zapewne sample radiowego pochodzenia. Pierwsze skrzypce gra tu kwartet w składzie: Sylvian (klawisze, gitara, taśmy), Jansen (bębny, perkusjonalia), Hassell (trąbka) i Percy Jones (bas bezprogowy). „Kompozycje zebrane na tej EPce zostały pomyślane jako muzyczne przypisy do niektórych motywów rozpoczętych wcześniej na »Brilliant Trees« i zostały opracowane jako wspólny wysiłek zespołowy, za który jestem wdzięczny wszystkim partycypującym” – czytamy we wkładce. „Words With The Shaman” to trzyczęściowa suita z pogranicza plemiennego ambientu i rytualnej world music. Iście szamańska muzyka, ewokująca wizję jakiejś odległej, egzotycznej, a jednak dziwnie znajomej krainy. Wspaniałe.

Holger Czukay – Rome Remains Rome (1987)

Logiczna kontynuacja „Der Osten Ist Rot”; w kompaktowym wznowieniu obydwa albumy sprzedawane są razem (niestety z pominięciem kilku utworów, co na starcie dyskwalifikuje taką reedycję jako niekompletną). Otwierający całość „Hey Baba Reebop” można uznać za trzeci segment w nieformalnej trylogii „niedorzecznych pierwszych utworów” – tuż obok „Cool In The Pool” i „The Photo Song”. Ale podobnie jak wcześniej, i tutaj mamy do czynienia z wielowarstwową kompozycją, która tylko udaje prostotę. I tak jak wcześniej, „Rome Remains Rome” stanowi firmową mieszankę popowych melodii, krautrockowych rytmów, dubowych technik nagraniowych, niczym nieskrępowanej sampleriady i szeroko pojętej, dziwnie przystępnej awangardy. Na szczególną uwagę zwracają: chóry w „Sudetenland” i fragmenty kościelnych pieśni w wykonaniu samego Jana Pawła II w kojącym, niemal lounge’owym „Blessed Easter”. Nie jest to żadne bluźnierstwo, lecz kolejny przykład wielkiej inwencji Holgera Czukaya. Imponuje też lista gości: tradycyjnie Jaki Liebezeit (bębny, trąbka, fortepian), Michael Karoli (gitara), Jah Wobble (bas, wokal), Ollie Marland (gitara, fortepian) oraz wokalista Sheldon Ancel, członek niemieckiej grupy Phantom, w której grali również Liebezeit i Rosko Gee (Traffic, Can).

David Sylvian & Holger Czukay – Plight & Premonition (1988)

To jedna z tych płyt, które wymykają się słowom. Dwa utwory, niewiele ponad pół godziny muzyki, za to tyle wrażeń i emocji, że można by nimi obdzielić tuzin innych albumów. Gatunkowo najbliżej tym dwóm mrocznym kompozycjom do ambientu, ale wcale nie jest to jego odmiana „dark”. Sylvian i Czukay (wspomagani przez Liebezeita i Karla Lippegausa) wyszli daleko poza ramy dźwięków tła i „muzyki dla lotnisk” i choć ich wspólne dzieło jest miejscami szalenie niepokojące, to jednak nigdy nie ucieka się do tanich, ogranych chwytów. Nastrój tajemnicy budują dźwięki, a właściwie ich strzępy – sklejone w perfekcyjną całość partie dyskretnej gitary, klawiszy, fortepianu, wibrafonu, fisharmonii, organów, dysonansów, dźwięków znalezionych i sampli z audycji radiowych (m.in. w języku rosyjskim). Atmosfera tych nagrań jest po prostu nie z tej ziemi, przywołując na myśl podróż na obcą planetę. Hipnotyczny minimalizm „Plight (The Spiralling of Winter Ghosts)” i „Premonition (Giant Empty Iron Vessel)” mógł wywrzeć pewien wpływ na Geira Jenssena (Biosphere). Nie ma wątpliwości – „Plight & Premonition” to arcydzieło.

David Sylvian & Holger Czukay – Flux + Mutability (1989)

Druga odsłona współpracy eks-lidera Japan i eks-basisty Can. Nie tak posępna jak poprzednia. W pewnym sensie jest to yang dla yin swego poprzednika. Tak różne jak dzień i noc, ale jednak powiązane ze sobą. Tam, gdzie „Plight & Premonition” niepokoił, tam „Flux + Mutability” odpręża i koi, co podkreślają podtytuły utworów: „Flux (A Big, Bright, Colourful World)” i „Mutability (A New Beginning Is In The Offing)”. Mimo wszystko obydwie płyty więcej łączy niż dzieli: niepodrabialny styl kolażowego ambientu (nawet jeśli kojarzy się nieco z eksperymentami Briana Eno i Harolda Budda), swoista ewolucja muzyki w czasie oraz fakt, że – zgodnie z przekazami – ich zawartość jest efektem studyjnych improwizacji Sylviana i Czukaya. Tych dwóch nietuzinkowych wizjonerów wsparli zaproszeni goście: Micheal Karoli (gitara), Jaki Liebezeit (perkusja, flet afrykański), Markus Stockhausen (flugelhorn) i Michi (głos). Razem z „Plight & Premonition” jest to zestaw obligatoryjny.

Holger Czukay – Radio Wave Surfer (1991)

Informacja na okładce głosi: „Nagrano za pomocą tylko jednego mikrofonu stereo, bez konieczności miksowania. Wszystkie utwory zostały poddane starannej edycji. Muzyka była grana zespołowo i spontanicznie, a potem została przerobiona przez Holgera podczas kilku przezabawnych nocy”. Materiał wypełniający „Radio Wave Surfer” zarejestrowano w latach 1984-1987 podczas trzech koncertów (w Berlinie, Frankfurcie i należącym do Can studiu nagraniowym pod Kolonią). Na dodatek za każdym razem Czukayowi na scenie towarzyszyli starzy znajomi: Michael Karoli, Jaki Liebezeit i Sheldon Ancel. Nic zatem dziwnego, że efekt finalny przypomina dokonania Can – to podobny duch swobodnej improwizacji połączonej z surrealistycznymi tekstami serwowanymi przez Ancela. Nie jest to poziom „Tago Mago” czy „Ege Bamyasi”, lecz daleko tej płycie do rozczarowania, zaś takie utwory jak „Ride A Radio Wave” i „Voice of Bulgaria” rekompensują ewentualne braki.

Holger Czukay – Moving Pictures (1993)

To bodaj najlepszy, najbardziej spójny i przemyślany samodzielny album Czukaya od czasu „Movies”, z którym ma zresztą coś wspólnego – o ile na dzieło z 1979 r. pewien wpływ miały filmy, które artysta oglądał i samplował podczas sesji nagraniowych, o tyle „Moving Pictures” został zainspirowany „nieistniejącymi filmami zakłócającymi atmosferę”. Warstwa dźwiękowa jest jednak zupełnie inna – oszczędne brzmienie i oniryczna atmosfera z pogranicza jawy i snu lokują ten krążek w konwencji muzyki filmowej z ambientowymi naleciałościami. Żadnych kilkunastominutowych prog-rockowych jamów napędzanych bębnami i gitarami, a jeśli już pojawiają się orientalne sample, nie przynoszą ulgi (tak jak w pamiętnym „Persian Love”), lecz trwogę („Radio In An Hourglass”). „Float Space” otwarcie odwołuje się do „Plight (The Spiralling of Winter Ghosts”) duetu Czukay-Sylvian, zaś złowróżbny „Dark Moon” kojarzy się nieco z twórczością Laurie Anderson – pod warunkiem, że jej płyty produkowałby Coil. Finalny utwór trwa dwadzieścia minut i pojawiają się w nim stali współpracownicy Czukaya: Jaki Liebezeit, Michael Karoli i Jah Wobble. Innym ważnym gościem na „Moving Pictures” jest Ursula Kloss vel U-She – przyszła żona artysty. Raz jeszcze Czukay udowodnił, że jak mało kto czuł studio nagraniowe, postrzegając je nie tylko jako przestrzeń, ale i jako potężny instrument.

Holger Czukay vs. Dr. Walker – Clash (1997)

Dwupłytowy zapis koncertów Czukaya i Ingmara Kocha, niemieckiego producenta znanego głównie z duetu Air Liquide. „Clash” portretuje fragmenty trzech występów z lat 1996-97: w klubie Liquid Sky Cologne w Kolonii, w sali koncertowej Great American Music Hall w San Francisco i w Minneapolis (brak danych na temat miejsca). Muzyka powstawała w czasie rzeczywistym, jako owoc scenicznych improwizacji na samplery, automat perkusyjny (kultowy Roland TR-808), sekwencer i radioodbiornik fal krótkich. Pierwszy koncert trwa 45 minut i został podzielony na trzy ścieżki; dominuje ambient, trip-hop i downtempo („Silent Planes”, „Liquid Skies”) oraz breakbeat („The Wonderful World Of Screeches, Racing Cars, And Crybats”). Drugi, ponadgodzinny występ rozpoczyna się zmyślnymi radiowymi manipulacjami („Twilight”), które przechodzą w swoisty remiks „Träum Mal Wieder” („Backup Dream”) z płyty „Der Osten Ist Rot”, a następnie – w szorstkie acid techno („Monks, Whales and Moonbeams (Over California)”) i frenetyczny big-beat („Anything But The Jungle”). Ostatni koncert jest najkrótszy (38 minut) i najmniej porywający. Czas nie obszedł się łaskawie z muzyką wypełniającą „Clash” – dziś brzmi ona staroświecko, choć daje pewien obraz tego, czym przed dwudziestu laty karmiła się muzyka elektroniczna.

Holger Czukay – Good Morning Story (1999)

Kolejny znakomity album w dorobku naszego bohatera, który w okresie jego wydania przekroczył sześćdziesiątkę. „Good Morning Story” broni się nawet dziś, po niemal dwóch dekadach – od początku do końca. Otwierający całość „The Invisible Man” to odurzający dub z niepowtarzalną gitarą basową Jah Wobble’a, miarowym rytmem wybijanym przez Jakiego Liebezeita i trzema przenikającymi się głosami: Sheldona Ancela, U-She i samego Czukaya. Piosenka tytułowa sampluje bębny z „Vitamin C” Can, na tle których artysta melodeklamuje tekst na niemal rapową modłę. „Dancing In Wild Circles” korzysta z tego samego sampla, tyle że przyspieszonego i pokomplikowanego; rytmicznej kawalkadzie towarzyszą „sfabrykowane etniczne sample” (jak głosi wkładka), wypukły bas i gitara Michaela Karolego w stylu Davida Byrne’a, też zresztą samplowana. Na tym nie koniec: w „World of the Universe” słychać fragment syntezatorów z płyty „Soon Over Babaluma” Can, przepuszczonych przez Alpha 77 – unikatowy procesor efektów Irmina Schmidta (więcej na ten temat tutaj). Pomimo tych zapożyczeń, zawartość albumu daleka jest od muzycznego recyklingu. Przekonują o tym zwłaszcza dwa ostatnie utwory: synkopowany „Atlantis” brzmi jak coś, co mógłby stworzyć Photek z okresu płyty „Modus Operandi”, zaś ponaddwudziestominutowy „Mirage” z powodzeniem mógłby trafić na „Canaxis 5”. Wielki utwór w duchu drone music – i nie chodzi tu tylko o jego długość.

Holger Czukay – La Luna (2000)

„Wydaje mi się, że niektóre albumy tworzą się niemal same. W takich przypadkach kompozytor jest jedynie naczyniem dla istniejącej uprzednio energii, która czeka, aby przekształcić ją w dźwięk. Moje doświadczenie z »La Luna« było bardzo podobne” – pisze Czukay we wkładce do płyty i, powołując się na technikę automatycznego pisania surrealistów oraz eksperymenty z nowo nabytym samplerem, konkluduje: „Nagranie, którego słuchasz, jest transkrypcją tej transcendentalnej rozmowy między człowiekiem a maszyną. (…) Jest to uniwersalny hymn kontemplacyjny dla mas, (…) niebiański klucz do twego własnego mikrokosmosu”. Na krążek składa się tylko jeden elektroakustyczny utwór, zarejestrowany w 1996 r. i rozciągnięty do ponad trzech kwadransów. Jego główne składniki to miękki beat, ambientowe tła, industrialne wtręty, wokalne strzępy, dzwonki, burdony i rozmaite sample. W ostatnim kwadransie rozlegają się dźwięki didgeridoo oraz majestatyczny głos U-She: „La Luna, goddess of the moon”. Repetytywna kompozycja nie byłaby wcale nie na miejscu w katalogu wytwórni Raster-Noton. Nie jest to muzyka sprzyjająca medytacji – raczej jakiemuś tajemniczemu rytuałowi. Oczywiście nocną porą, w świetle księżyca.

Holger Czukay – Linear City (2001)

Pod koniec lat 90. przedstawiciele BBC wysłali Czukayowi nagrania sudańskich ceremonii zar z prośbą o dokonanie remiksów. Artysta nie był wtedy zainteresowany podobnymi ofertami, jednak półtora roku później odnalazł taśmę, przesłuchał ją i zaczął nad nią pracować. Był ciekaw, jak kreatywność innych ludzi wpłynęłaby na muzykę, więc uruchomił platformę do współpracy na swej stronie internetowej i zachęcił odwiedzających do aktywnego udziału w projekcie. „Ta internetowa kooperacja dowiodła, jak przyjemnie i skutecznie można pracować z ludźmi, których nigdy wcześniej nie widziałeś ani nie poznałeś. Internet to umożliwił” – stwierdził później lider. Nad „Linear City” (podtytuł: „Internet Audio Collabs vol. 1”; część druga nie ujrzała światła dziennego) pracowały zdalnie w sumie 24 osoby, wliczając w to pomysłodawcę. To tłumaczyłoby chaotyczny charakter płyty, która przypomina bardziej demówkę amatorskiego producenta niż pełnoprawne dzieło uznanego artysty – co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę sposób powstawania materiału. Z czterech zamieszczonych tu utworów tylko szesnastominutowy „Africana Suselita” intryguje, i to tylko dlatego, że miejscami przypomina dokonania duetu The Orb (który zresztą wiele zawdzięcza zarówno Can, jak i Czukayowi solo). Trudno nawet uznać „Linear City” za samodzielny album sensu stricto, ale skoro niemiecki twórca zdecydował się podpisać go swoim nazwiskiem… To zdecydowanie najmniej interesujący wycinek jego imponującej dyskografii.

Holger Czukay & U-She – Time And Tide (2001)

Pierwsza pełnowymiarowa współpraca z małżonką Ursulą, która gościnnie pojawiała się już na poprzednich płytach artysty – jako wokalistka i autorka oprawy graficznej (okładka „Time And Tide” to również jej dzieło). Czukay skomponował jedenaście utworów, U-She – pięć. Napisała też teksty i zaśpiewała we wszystkich utworach (czasami przy mikrofonie towarzyszy jej mąż). Głos Ursuli do złudzenia przypominał barwę nieodżałowanej Nico. A sama muzyka? W przeważającej części bardziej piosenkowa i mniej eksperymentalna w porównaniu do poprzednich wydawnictw Czukaya, co nie oznacza, że trafiłaby na listy przebojów. Alternatywny pop sąsiaduje tu z ambientem, trip-hopem na tropach Massive Attack i muzyką filmową Angelo Badalamentiego („Lost” odnalazłby się na soundtracku „Twin Peaks”, tuż obok ballady wykonanej przez Julee Cruise). W „Lonesome Song” bębni Jaki Liebezeit, do którego należy też partia fortepianu w „Child”; w tym samym utworze na skrzypach zagrał Michael Karoli. „Time and Tide” to ciekawa, zróżnicowana płyta, która wymaga wielokrotnych odsłuchów, by w pełni ją docenić.

Holger Czukay & U-She – The New Millenium (2003)

Zapytany o to, dlaczego zatytułował kolejny album z U-She „Nowe tysiąclecie”, Czukay odpowiedział, że jego zawartość po prostu nie pasuje do poprzedniego tysiąclecia. I rzeczywiście – „The New Millennium” stanowi wyraz niesłabnącej fascynacji artysty nowymi technikami nagraniowymi oraz nowoczesną muzyką elektroniczną. Dziennikarz „The Independent” posunął się nawet do określenia „kolaż etno-ambient-trance”, ale sprawa jest znacznie bardziej złożona. Diabeł tkwi w szczegółach – a tych jak zwykle jest mnóstwo. Przede wszystkim melodie zeszły na drugi plan, by ustąpić pierwszeństwa rytmowi, a właściwie polirytmii. Słychać to już w pierwszym utworze, „La Secondaire” – utrzymanym w konwencji techno i bazującym na fragmentach „La Premiere” Czukaya i „Chain Reaction” z repertuaru Can. „Millennium” to zdeformowany synth-pop, zaś rytmicznie porozbijany „Chittagong” wiele zawdzięcza drum’n’bassowi. Podobnie zresztą jak nerwowy „Cinderella” z syntetycznymi partiami kościelnych dzwonów, ksylofonu, preparowanego fortepianu i rwanymi beatami przyprawiającymi o zawrót głowy. Relatywną chwilę wytchnienia stanowią psychodeliczny „Metropolis” oraz „Rosebud” ze znajomymi orientalnymi samplami. Dodatkowy koloryt zapewnia wokal U-She, który doskonale pasuje do elektronicznych szaleństw Czukaya. Absolutnie nieprzewidywalna cyberpunkowa muzyka taneczna (?) i zarazem sound design, który nawet dziś brzmi świeżo. Nieźle jak na 65-latka.

Holger Czukay & Ursa Major – 21st Century (2007)

Trzecia i ostatnia część muzycznych przygód państwa Schüringów (nie licząc winylowego singla z remiksami utworu „La Premiere” z 2012 r.). Najbardziej spójna, a przy tym nie tak zróżnicowana i radykalna jak dwie poprzednie, co nie oznacza, że lekka, prosta i konwencjonalna. Podobnie bowiem jak „Time and Tide” i „The New Millenium”, „21st Century” spowija mrok, tylko okazjonalnie rozświetlany jaśniejszymi momentami. Brzmienie opiera się głównie na syntezatorach, beatach i samplach, ale gdzieniegdzie słychać też „żywe” instrumenty: gitarę, bas i waltornię. Na tak nadbudowaną tkankę rzucono głos U-She (tutaj jako Ursa Major), który warto traktować jak kolejny instrument. Teksty są najmniej ważne i często trącą banałem (próbka: „Every day is a new day / You shouldn’t try to run away”). Całość lokuje się gdzieś pomiędzy „Soul Possession” Annie Anxiety, „Kiss My Arp” Andrei Parker i wcześniejszymi eksperymentami Czukaya, który zachował formę i nieustającą ciekawość w eksplorowaniu nowych terytoriów – wszak nagrywając „21st Century”, zbliżał się do siedemdziesiątki. Niestety dla jego żony, była to jedna z ostatnich płyt przez nią podpisanych – kilka lat później poważnie zachorowała. Zmarła w lipcu 2017 r., w dniu swoich 55. urodzin – kilka tygodni przed śmiercią Czukaya.

Holger Czukay – Eleven Years Innerspace (2015)

W ostatnich latach życia Czukay był pochłonięty obsesyjnym przerabianiem autorskiego materiału – nie tylko solowego, ale też z czasów, gdy był członkiem Can (vide EPki z lat 2011-12: „In Space”, „Music Is A Miracle”, „A Perfect World”). Ponieważ często były to zupełnie nowe utwory bazujące na starych patentach, artysta nie nazywał ich reedycjami ani remiksami, lecz pełnoprawnymi, oryginalnymi kompozycjami. „Eleven Years Innerspace”, tytularnie nawiązujący do słynnego studia nagraniowego stworzonego przez Can (a potem przejętego przez Czukaya), gładko wpisuje się w ten wzorzec. I tak, „In-Between” wykorzystuje sample orkiestry, urywki transmisji radiowych oraz fragment „Plight (The Spiralling of Winter Ghosts)” duetu Czukay-Sylvian. „Secret Of My Life” to krótsza wersja „Rhythms Of A Secret Life” z krążka „Moving Pictures” (tam trwała 20 minut, tutaj tylko sześć). „My Can Axis” stanowi wyciąg z kolosalnego „Ho-Mai-Nhi (The Boat Woman Song)” pochodzącego z płyty „Canaxis 5”. W „My Can Revolt” słychać jam w wykonaniu Can sprzed kilkudziesięciu lat, w „A Maiden’s Dream” – samplowany kwartet smyczkowy. Finalny „Breathtaking” pasowałby do albumu „21st Century”, tym bardziej, że tu również rozbrzmiewa oniryczny śpiew U-She. „Eleven Years Innerspace” rzuca nowe światło na starą-nową – a z pewnością ponadczasową – muzykę. Jako ostatni krążek w dyskografii opublikowany za jego życia, jest to także muzyczny testament Holgera Czukaya.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze