HVL – Rhythmic Sonatas
Paweł Gzyl:

Jak to się robi w Gruzji.

Marek Kamiński – Not Here
Łukasz Komła:

Patrzeć w gwiazdy leżąc wśród nich.

These New Puritans – Inside The Rose
Maciej Kaczmarski:

Na wzburzonym morzu.

Christian Löffler – Graal (Prologue)
Paweł Gzyl:

Popowo i trance’owo.

Ifriqiyya Electrique – Laylet el Booree
Łukasz Komła:

Jeszcze więcej krwi, potu i transu!

Tommy Four Seven – Veer
Paweł Gzyl:

Brytyjski mocarz powraca wreszcie z nowym albumem.

Stefan Goldmann – Tacit Script
Paweł Gzyl:

Konceptualna awangarda wywiedziona z techno i house’u.

DJ Spider – Democide
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku.

Sonmi451 – Nachtmuziek
Ania Pietrzak:

„Nie przeszkadzać”.

Janus Rasmussen – Vin
Mateusz Piżyński:

Deep house’owy kalendarz połówki Kiasmosa.

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 1
Paweł Gzyl:

Nowy cykl kompilacji kolońskiej tłoczni.

Psyk – A Moment Before
Paweł Gzyl:

Hiszpański producent wraca do swoich korzeni.

Mary Lattimore & Mac McCaughan – New Rain Duets
Jarek Szczęsny:

Cztery utwory, dwoje wykonawców i jedna sesja na żywo.

Chúpame El Dedo – No Te Metas Con Satan
Łukasz Komła:

Psychodeliczna cumbia staje do walki z Szatanem!



Born Bad Records

Czas nadrobić zaległości z francuskiej Born Bad Records. Pojawiła się nowa płyta J.C. Satàn, debiutancki krążek Vox Low i archiwalne nagrania Pierre’a Vassiliu.

J.C. Satàn – „Centaur Desire” (Born Bad Records | 15.03.2018)

Grupa powstała w 2010 roku w Bordeaux. Do tej pory wydali pięć albumów studyjnych, a najnowszy longplay nosi tytuł „Centaur Desire”. Minęły trzy lata od wydania ich poprzedniego materiału „J.C. Satàn”, ale nie przeminęła rebeliancka moc garażowego grania Francuzów, u których nie brakuje też swoistego liryzmu. Gdybym musiał zamieszać w stylistycznym kotle z podpisem „Centaur Desire” to na pewno wśród głównych składników byłoby: The Velvet Underground, Pink Floyd ery Syda Barretta, Sonic Youth czy wczesne The White Stripes i Arcade Fire.

J.C. Satàn pokazali, że wciąż można tworzyć świeżą oraz zaskakująco dobrą muzykę gitarową. A ich znakomity utwór „The End” wcale nie oznacza końca!

Vox Low – „s/t” (Born Bad Records | 02.02.2018)

Francuski zespół już na wstępie obdarowuje nas dwoma cytatami – jeden pochodzi z „Drakuli” Brama Stockera, a drugi z tekstu piosenki „Paryż” Taxi Girl z 1984 roku. Zacytuję ten drugi, mniej znany: To po prostu wielki kosz na śmieci, przepełniony od dawna, w którym nie ma już miejsca na własne śmieci. To jest Paryż.

W skład paryskiego kwartetu wchodzą: Jean-Christophe Couderc (wokal, syntezatory), Benoît Raymond (bas, syntezator), Mathieu Autin (perkusja) i Guillaume Léglise (gitara, syntezatory). Z kompozycji Vox Low emanuje nowofalowa, krautrockowa, space disco, minimal techno, psychodeliczna oraz progresywna aura lat 70. i 80. Ten ostatni wątek stylistyczny bardzo dobrze czuć w „Rides alone”, gdzie kłania się Genesis z czasów Petera Gabriela. A co do pozostałych wpływów to wymieniłbym Can, The Fall, Joy Division, The Sisters of Mercy, Space, Primal Scream i bardzo wczesne Depeche Mode. Pomimo wielu skojarzeń Vox Low wydrapują w świadomości słuchacza własną mikro ścieżkę (niczym rowek na winylu) w przepastnej galaktyce współczesnych wydawnictw.

Wspomniałem też o minimal techno, w tym przypadku kolońskie miesza się z berlińskim, a najlepiej słychać je w znakomitym „What if the symbols fall down” i jeszcze lepszym „Rejuvenation”. Krautrockowo-psychodeliczny zadzior zagnieździł się w „Trapped on the moon” – niech siedzi jak najdłużej w naszych zmysłach! Poczujcie hipnotyczną i narkotykową moc Vox Low!

Pierre Vassiliu – „Face B – 1965/1981” (Born Bad Records | 02.02.2018)    

Pierre Vassiliu to francuski wokalista, kompozytor, autor tekstów, aktor i fotograf urodzony w 1937 roku. Niestety w 2014 roku odszedł w wieku 76 lat (w 2006 roku Vassiliu dowiedział się, że ma chorobę Parkinsona). Chyba najbardziej znamy go z piosenki „Who is it?”, która osiągnęła pierwsze miejsce na francuskich listach przebojów w 1973 roku. Karierę zaczął od kabaretu, później nieustannie szukał dla siebie odpowiednich form – próbował jako poeta-beatnik, artysta flirtujący z muzyką etniczną czy menadżer klubu muzycznego. Warto też wspomnieć o tym, że Vassiliu służył w wojsku przez dwadzieścia dziewięć miesięcy jako fotograf armii podczas wojny w Algierii. To wtedy napisał antymilitarystyczny utwór „J’ai l’honneur”. Ponoć porwał wojskową ciężarówkę i puszczał to nagranie z głośników, za co trafił pod sąd wojskowy. Radiowa cenzura także nie była mniej łaskawa, przez co grano kompozycję tylko po północy.


W 1964 roku Vassiliu wydał debiutancki album w Decca, ale po nieporozumieniach z wytwórnią, przeszedł pod skrzydła Barclay. Lata 60. były u niego intensywne i szalone. – W tym czasie znaleźliśmy starą rozpadającą się farmę w Gouverne, która wymagała wielu prac remontowych. Mimo to miał więcej spokoju, aby pisać lepszą muzykę i wiersze. Tam zaczął dużo imprezować i zajął się Bilbokiem (kawiarnianymi koncertami). Potem straciliśmy przyjaciela, który zginął w katastrofie lotniczej. Ciężkie czasy. Zamieszkaliśmy w Apt, w domu, w którym zrobiliśmy sobie basen, ale ciągle było u nas pełno ludzi: Barclay, Folon, Maria Schneider i jej dziewczyna Joan Townsend etc. Pewnego dnia, Boby Lapointe wpadł do nas, żeby się przywitać i zapytaliśmy go: „Jak się masz?”. Odpowiedział: „No wiesz, mam raka, umrę” – wspomina Marie Vassiliu, żona.

Tak naprawdę kolejne lata w życiu Vassiliu nie były wcale spokojniejsze. Właściwie to można byłoby pokusić się z powodzeniem o jakiś scenariusz filmowy – sukcesy, niepowodzenia, rozstania, hulanki i swawole. W tym miejscu wolę jednak odnieść się do tego, co najważniejsze, czyli muzyki jaka znalazła się na „Face B – 1965/1981”. Jest to przekrojowe wydawnictwo i wyśmienicie sprawdza się jako rzecz pierwszego kontaktu. Bardzo dobrze udało się wydawcom zarysować rozwijający się styl Francuza, a tworzył w latach 70. i na początku 80. świetną muzykę na styku folku, country, elektroniki, muzyki świata, chanson czy lo-fi, o czym świadczą kompozycje „Alentour de lune” (oryginale pochodzi z płyty „Pierre Vassiliu” z 1976 r.) i „Est-Ce Qu’ On Peut Voler” (znalazła się na „Le Cadeau” z 1980 r.).

Nie ulega wątpliwości, że Pierre Vassiliu jest jedną z najbardziej zapomnianych postaci w historii francuskiej muzyki.

 

Strona Born Bad Records »Profil na Facebooku »Profil na BandCamp »

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze