Ovandra – Retrofuture
Paweł Gzyl:

Radosne buszowanie w skarbcu trance’owych brzmień.

Ben LaMar Gay – Confetti In The Sky Like Fireworks (This Is Bate Bola OST)
Łukasz Komła:

Tym razem Ben LaMar Gay w roli kompozytora muzyki filmowej. Obraz „This Is Bate Bola” pokazuje mało znane oblicze brazylijskiego karnawału.

William Basinski – On Time Out of Time
Ania Pietrzak:

Powrót do przyszłości.

Lakker – Epoca
Paweł Gzyl:

Zwierciadło naszych czasów.

Abul Mogard – And We Are Passing Through Silently
Maciej Kaczmarski:

Zjawiska duszy.

Recent Arts – Skin
Paweł Gzyl:

Ambient, minimal, industrial i… piosenki.

Spopielony – Legendy
Jarek Szczęsny:

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient.

Klangwart – Bogotá
Łukasz Komła:

Niemiecka elektronika spotyka kolumbijskie szaleństwo.  

Locked Groove – Sunset Service
Paweł Gzyl:

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Gesaffelstein – Hyperion
Maciej Kaczmarski:

W czarnej dupie.

Hugh Marsh – Violinvocations
Jarek Szczęsny:

Dowód na istnienie skrzypiec.

Pfirter – The Empty Space
Paweł Gzyl:

Spóźniony, ale udany debiut.

Ossia – Devil’s Dance
Maciej Kaczmarski:

Sam w mroku.

MDD – Reverse The Contrast
Paweł Gzyl:

Ekstremalna wizja techno.



Nowości z Glitterbeat

Tym razem Glitterbeat prowadzi nas do USA (Yonatan Gat) i Meksyku (Sonido Gallo Negro).

Yonatan Gat – „Universalists” (Glitterbeat / Joyful Noise Recordings | 04.05.2018)

Yonatan Gat to nowojorski gitarzysta, producent, eksperymentator i kompozytor, który znany jest z grup Monotonix, Outravez czy Punkache. Od paru lat nagrywa pod własnym nazwiskiem, a debiutował solową płytą „Director” w 2015 roku. „Universalists” jest jego drugim albumem. To, co dobrze znamy z drapieżnego i żywiołowego stylu Monotonix, Gat przenosi i podwaja na autorskich wydawnictwach. Pokazał to na „Director” (niezwykła mieszanka afrobeatu, free jazzu, surfu, XX-wiecznej awangardy, field recordingu), a jeszcze dobitniej podkreśla na tegorocznym „Universalists”.

W tej dzikiej muzycznej bandzie (niczym u Sama Peckinpaha) mamy także dwóch innych świetnych instrumentalistów: perkusistę Gala Lazera i basistę Sergio Sayega. Razem tworzą monstrualną machinę przeróżnych żywiołów. Artyści ciskają w nas punkiem, hałasem, szamańskim transem, improwizacją, awangardą, brudnym pustynnym rockiem / bluesem i free jazzem. Płytę otwiera „Cue The Machines”, gdzie pierwsze takty należą do nagrań terenowych chóru uchwyconego przez Alana Lomaxa we Włoszech w latach 50. XX wieku – dochodzą do tego ekwilibrystyczne sample wokalne i huraganowy free jazz. Przepiękna gitara w „Fading Casino” – pokroju Tortoise – głos Gata i nieposkromiona perkusja Lazera zapadają głęboko w pamięć.

Niesamowite punkowe uderzenie przynosi „Cockfight” zakorzenione w balijskiej muzyce gamelanowej. W „Medicine” z kolei odzywa się kultura Indian z Ameryki Północnej. W tym utworze gościnnie wystąpili bębniarze pow-pow East Medicine Singers z Rhode Island. Właściwie to nie ma słabych momentów na „Universalists”. Nie wierzycie? Doskonale to zobrazują „Projections”, „Sightseer”, kapitalny „Dream Sequence” czy brutalny kopniak w „Chronology” – brzmi to jak Mars Volta z „De-Loused in the Comatorium” albo i lepiej, z przearanżowanymi strzępkami kompozycji Antonínego Dvořáka – „American Quartet” z 1893 roku i samplami głosu hiszpańskich kobiet śpiewających w trakcie żniw. Na wskroś liryczny „The Imaginary” wieńczy tę niezwykłą płytę. Jedną z najlepszych w tym roku!

Sonido Gallo Negro – „Mambo Cósmico” (Glitterbeat | 06.04.2018)

Fascynujący kolektyw z Meksyku Sonido Gallo Negro wraca po czterech latach z trzecią płytą zatytułowaną „Mambo Cósmico”. O ich poprzednim i bardzo udanym wydawnictwie „Sendero Mistico” pisałem szeroko na Nowej Muzyce.

Oczywiście na „Mambo Cósmico” jest tak samo gęsto, zmysłowo, kolorowo i różnorodnie jak na wcześniejszych albumach. Jest całe bogactwo rytmiczne kolumbijsko-peruwiańskiej cumbii, nie brakuje chichy, huayno, sonidero, boogaloo, elektroniki, syntezatorów, surfu, psychodelii i jazzu, a z drugiej strony mamy nowe muzyczne przyprawy w postaci mambo, cha chy, porro i danzón. Kolumbijskie porro (przekształcioł się w taniec towarzyski) pochodzi z karaibskiej części tego kraju. Całe szczęście ten gatunek odrodził się w latach 80. w Medellín. Z kolei danzón (wyewoluował z habanery) należy kojarzyć z kulturą kubańską, choć z czasem ten styl (taniec) przeniknął do Meksyku i Puerto Rico.

„Mambo Cósmico” przyjmuje postać kolażu dającego poczucie wędrowania po różnych kontynentach, nie tylko tu i teraz, ale także z historią w tle. Jaką historią? Choćby taką, że każda z wprawianych w ruch stylistyk przez Sonido Gallo Negro powstała co najmniej XIX wieku, miała okres głębokiego zaniku (np. porro) i – co ważne – reinkarnacji. Czego świetnym przykładem jest kolumbijska cumbia, co nieznaczny, że jest tak dobrze. Podczas ubiegłorocznej rozmowy z Eblisem Álvarezem (lider Meridian Brothers) dowiedziałem się o skomercjalizowanej postaci cumbii. Ale takiej nie doświadczycie ze strony Meksykanów (w utworze „Cumbia de Sanación” ten styl spowija wręcz dark ambient). Oni szanują rodzimą – i nie tylko – tradycję, wstrzykują w nią nowe życie, chroniąc – przynajmniej na jakiś czas – przed ponownym zanikiem i zubożeniem.

Strona Glitterbeat »Profil na Facebooku »

 

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze