HVL – Rhythmic Sonatas
Paweł Gzyl:

Jak to się robi w Gruzji.

Marek Kamiński – Not Here
Łukasz Komła:

Patrzeć w gwiazdy leżąc wśród nich.

These New Puritans – Inside The Rose
Maciej Kaczmarski:

Na wzburzonym morzu.

Christian Löffler – Graal (Prologue)
Paweł Gzyl:

Popowo i trance’owo.

Ifriqiyya Electrique – Laylet el Booree
Łukasz Komła:

Jeszcze więcej krwi, potu i transu!

Tommy Four Seven – Veer
Paweł Gzyl:

Brytyjski mocarz powraca wreszcie z nowym albumem.

Stefan Goldmann – Tacit Script
Paweł Gzyl:

Konceptualna awangarda wywiedziona z techno i house’u.

DJ Spider – Democide
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku.

Sonmi451 – Nachtmuziek
Ania Pietrzak:

„Nie przeszkadzać”.

Janus Rasmussen – Vin
Mateusz Piżyński:

Deep house’owy kalendarz połówki Kiasmosa.

Various Artists – Velvet Desert Music Vol. 1
Paweł Gzyl:

Nowy cykl kompilacji kolońskiej tłoczni.

Psyk – A Moment Before
Paweł Gzyl:

Hiszpański producent wraca do swoich korzeni.

Mary Lattimore & Mac McCaughan – New Rain Duets
Jarek Szczęsny:

Cztery utwory, dwoje wykonawców i jedna sesja na żywo.

Chúpame El Dedo – No Te Metas Con Satan
Łukasz Komła:

Psychodeliczna cumbia staje do walki z Szatanem!



Glenn Branca – The Ascension

Zmarł Glenn Branca, wielce wpływowy gitarzysta amerykański. Z tej okazji przypominamy jego najsłynniejszą płytę.

Glenn Branca (6.10.1948 – 13.05.2018) nigdy nie skończył żadnej szkoły muzycznej. Nie czytał nut (przynajmniej na początku), a na gitarze uczył się grać samodzielnie. Był właściwie kompletnym amatorem i chyba tylko dyletant, nieskrępowany akademickim formalizmem, mógł mieć tak nowatorskie podejście do instrumentu. Otóż wywodzącemu się z nowojorskiej sceny no wave Brance marzył się mariaż muzyki współczesnej z brudnym rock’n’rollem. Philip Glass spotyka The Velvet Underground. Symfonia na gitary elektryczne.

Brankę najbardziej interesowało nietypowe strojenie gitary. Szczególnie upodobał sobie przester i rezonans, który pojawiał się, gdy mocno uderzano w struny strojone do tego samego dźwięku. Swe eksperymenty przeprowadzał wraz z zespołem Ascension Band, w składzie którego znaleźli się: basista Jeffrey Glenn, perkusista Stephan Wischerth oraz trzech innych gitarzystów: Ned Sublette, David Rosenbloom i Lee Ranaldo. Thurston Moore zaprosił tego ostatniego do grania w Sonic Youth po tym, jak usłyszał go na scenie z Branką.

Dzięki znajomościom basisty, sekstet miał dostęp do nowojorskiego studia nagraniowego The Power Station, gdzie zarejestrował materiał na płytę „The Ascension”. Tytuł nawiązywał zarówno do orkiestrowego dzieła Oliviera Messiaena, jak i do freejazzowej płyty Johna Coltrane’a. Podejście Branki i spółki było równie swobodne, co słychać już w otwierającym całość „Lesson No. 2”: „krzywa” linia basu (zadziwiająco podobna do późniejszego „Oxygen” Swans), pulsujące bębny i pełen dysonansów jazgot czterech gitar.

Trzynastominutowy „The Spectacular Commodity” obfituje w zmiany tempa i oktaw. Z łatwością można tu wychwycić patenty, które później przejęli przedstawiciele post-rocka z Godspeed! You Black Emperor na czele. Z kolei krótki „Structure” bazuje na repetycji, na której swe brzmienie zbudowali Sonic Youth. Oparty na jednonutowych strukturach rytmicznych „Light Fields (In Consonance)” kojarzy się trochę z krautrockiem. Jest jeszcze utwór tytułowy, pomysłowo wykorzystujący zagęszczone sprzężenia zwrotne.

Miłośnicy symfoniki narzekali na zbytnią „rockowość” muzyki, zaś wielbiciele rocka – na zbytnią jej „symfoniczność”. John Cage poświęcił nawet początek jednego ze swych sympozjów na ostrą krytykę Branki. O dziwo jednak sprzedano 10 tysięcy sztuk albumu, a krytycy muzyczni byli pełni uznania. Z czasem renoma albumu tylko wzrastała, a na Brankę powoływały się takie tuzy, jak Michael Gira, John Zorn, Page Hamilton, John Lurie czy David Bowie, który uznał „The Ascension” za jedną z 25 najlepszych płyt, jakich słuchał.

Ten intensywny album do dziś brzmi dziko, nieokrzesanie, brutalnie i bezkompromisowo. Prawie czterdzieści lat temu była to „nowa muzyka” sensu stricto – w tym znaczeniu, że nikt wcześniej (może poza Lou Reedem na „Metal Machine Music”) nie grał w ten sposób. W późniejszych latach Branca tworzył kolejne, coraz większe gitarowe orkiestry – dochodzące nawet do stu muzyków! – z którymi nagrywał symfonie i koncertował. Skomponował ich w sumie szesnaście. I choć miał wielu „uczniów”, nikomu nie udało podrobić się jego brzmienia.

99 Records | 1981

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze