Kink Gong – Dian Long: Soundscape China / Destruction of Chinese Pop Songs
Łukasz Komła:

Kink Gong buszował w swoim chińskim żywiole, gdzie zebrał wiele garści nagrań terenowych.

Tensal – Graphical
Paweł Gzyl:

Dwie twarze.

Konieczność – Free Jazz
Jarek Szczęsny:

Zasłużony relaks.

Wolfman – Mark My World Remix EP
Łukasz Komła:

Wariacje na temat jednego utworu zawiniętego w formę remiksów? Najnowsza EP-ka duetu Wolfman spełnia te wymogi.

Aïsha Devi – DNA Feelings
Kasia Jaroch:

Poprzez medytację i terapię dźwiękową, szwajcarska producentka wkracza do świata muzyki. Najlepszego z możliwych światów.

Dwugłos: Jan Jelinek – Zwischen
Redakcja:

Ciekawy eksperyment czy czcza gadanina? Jarek Szczęsny i Maciej Kaczmarski o nowej płycie Jana Jelinka.

Jan Jelinek - Zwischen
Skee Mask – Compro
Paweł Gzyl:

Panorama brytyjskich brzmień sprzed dwóch dekad.

Nur Jaber – If Only – A State Of Peace
Paweł Gzyl:

Mistyka z Bliskiego Wschodu.

Tourist Kid – Crude Tracer
Ania Pietrzak:

Uroki chwilowej niedoskonałości.

Ben McElroy – The Word Cricket Made Her Happy
Jarek Szczęsny:

Folk z dronami.

Wajatta – Casual High Technology
Paweł Gzyl:

House’owy stand-up

Various Artists – Pleasure Instruments
Paweł Gzyl:

Sado-maso techno.

Paide & Fischerle presents Doubts 2
Jarek Szczęsny:

Zabawy z footworkiem.

TWINS – That Which Is Not Said
Mateusz Piżyński:

Synth-popowe new romantic.



Glenn Branca – The Ascension

Zmarł Glenn Branca, wielce wpływowy gitarzysta amerykański. Z tej okazji przypominamy jego najsłynniejszą płytę.

Glenn Branca (6.10.1948 – 13.05.2018) nigdy nie skończył żadnej szkoły muzycznej. Nie czytał nut (przynajmniej na początku), a na gitarze uczył się grać samodzielnie. Był właściwie kompletnym amatorem i chyba tylko dyletant, nieskrępowany akademickim formalizmem, mógł mieć tak nowatorskie podejście do instrumentu. Otóż wywodzącemu się z nowojorskiej sceny no wave Brance marzył się mariaż muzyki współczesnej z brudnym rock’n’rollem. Philip Glass spotyka The Velvet Underground. Symfonia na gitary elektryczne.

Brankę najbardziej interesowało nietypowe strojenie gitary. Szczególnie upodobał sobie przester i rezonans, który pojawiał się, gdy mocno uderzano w struny strojone do tego samego dźwięku. Swe eksperymenty przeprowadzał wraz z zespołem Ascension Band, w składzie którego znaleźli się: basista Jeffrey Glenn, perkusista Stephan Wischerth oraz trzech innych gitarzystów: Ned Sublette, David Rosenbloom i Lee Ranaldo. Thurston Moore zaprosił tego ostatniego do grania w Sonic Youth po tym, jak usłyszał go na scenie z Branką.

Dzięki znajomościom basisty, sekstet miał dostęp do nowojorskiego studia nagraniowego The Power Station, gdzie zarejestrował materiał na płytę „The Ascension”. Tytuł nawiązywał zarówno do orkiestrowego dzieła Oliviera Messiaena, jak i do freejazzowej płyty Johna Coltrane’a. Podejście Branki i spółki było równie swobodne, co słychać już w otwierającym całość „Lesson No. 2”: „krzywa” linia basu (zadziwiająco podobna do późniejszego „Oxygen” Swans), pulsujące bębny i pełen dysonansów jazgot czterech gitar.

Trzynastominutowy „The Spectacular Commodity” obfituje w zmiany tempa i oktaw. Z łatwością można tu wychwycić patenty, które później przejęli przedstawiciele post-rocka z Godspeed! You Black Emperor na czele. Z kolei krótki „Structure” bazuje na repetycji, na której swe brzmienie zbudowali Sonic Youth. Oparty na jednonutowych strukturach rytmicznych „Light Fields (In Consonance)” kojarzy się trochę z krautrockiem. Jest jeszcze utwór tytułowy, pomysłowo wykorzystujący zagęszczone sprzężenia zwrotne.

Miłośnicy symfoniki narzekali na zbytnią „rockowość” muzyki, zaś wielbiciele rocka – na zbytnią jej „symfoniczność”. John Cage poświęcił nawet początek jednego ze swych sympozjów na ostrą krytykę Branki. O dziwo jednak sprzedano 10 tysięcy sztuk albumu, a krytycy muzyczni byli pełni uznania. Z czasem renoma albumu tylko wzrastała, a na Brankę powoływały się takie tuzy, jak Michael Gira, John Zorn, Page Hamilton, John Lurie czy David Bowie, który uznał „The Ascension” za jedną z 25 najlepszych płyt, jakich słuchał.

Ten intensywny album do dziś brzmi dziko, nieokrzesanie, brutalnie i bezkompromisowo. Prawie czterdzieści lat temu była to „nowa muzyka” sensu stricto – w tym znaczeniu, że nikt wcześniej (może poza Lou Reedem na „Metal Machine Music”) nie grał w ten sposób. W późniejszych latach Branca tworzył kolejne, coraz większe gitarowe orkiestry – dochodzące nawet do stu muzyków! – z którymi nagrywał symfonie i koncertował. Skomponował ich w sumie szesnaście. I choć miał wielu „uczniów”, nikomu nie udało podrobić się jego brzmienia.

99 Records | 1981

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze