Shygirl – Cruel Practice EP
Jarek Szczęsny:

Supernowa.

kIRk – Ich dzikie serca
Łukasz Komła:

„Ich dzikie serca” nadają naszym sercom rytm.

Underworld & Iggy Pop ‎– Teatime Dub Encounters
Jarek Szczęsny:

To były czasy, kiedy podrywało się stewardesy.

Jaye Jayle – No Trail and Other Unholy Paths
Jarek Szczęsny:

Americana poddana eksperymentom.

Trzy z Trzech Szóstek
Jarek Szczęsny:

Duy Gebord, Surowa Kara Za Grzechy i Krew.

Palmer Eldritch – Sidereal
Jarek Szczęsny:

Dobre kombinacje.

Kamasi Washington – Heaven And Earth
Jarek Szczęsny:

Kumulacja kulminacji.

Jimi Tenor – Order of Nothingness
Łukasz Komła:

Soundtrack tego lata!

Tropic of Coldness – Framed Waves
Jarek Szczęsny:

Nawet latem jest tu zimno.

Skadedyr – Musikk!
Łukasz Komła:

Norweskie „Szkodniki” potrafią zmysłowo kąsać awangardę! 

SOPHIE – Oil of Every Pearl’s Un-Insides
Stanisław Bryś:

Pop owinięty lateksem. Dekonstrukcja popu i muzyki klubowej nadal jest na językach.

Soundscape Mirror – 49 kilometers to the east
Jarek Szczęsny:

Strona muzyczna, strona wizualna.

David Grubbs & Taku Unami – Failed Celestial Creatures
Łukasz Komła:

Między słowem, improwizacją a…  

XOR Gate – Conic Sections
Paweł Gzyl:

Piękne cacko.



Podatność materiału na sprzętowe anomalie – rozmowa z Julkiem Płoskim

Dźwiękowe krajobrazy, muzyka memiczna i wege kofta.

Julek Płoski to zaledwie dwudziestoletni producent, o którego tegorocznym albumie jest obecnie całkiem głośno. Nic zresztą dziwnego, ponieważ Płoski, bazując na samplach i mając do dyspozycji tylko dyktafon oraz kilka (coraz bardziej) zepsutych komputerów, potrafił stworzyć ciekawy, hipnotyczny wręcz materiał, cechujący się dbałością o detale, a także niebanalnym podejściem do – w istocie – banalnych, codziennych krajobrazów dźwiękowych. Warto więc sprawdzić, jak prezentuje się wege kofta w ambientowej formie, na przykład w trakcie czytania wywiadu, krążącego wokół tak różnych zjawisk, jak nostalgia, robienie zakupów, muzyka memiczna oraz intymne nagrania terenowe.

Emilia Stachowska: Dziennikarze twierdzą, że jesteś z pokolenia producentów, którzy zrywają z nostalgią obecną w dyskursie muzycznym ostatnich dekad, są już od niej wolni. Zgadasz się z tym? A może jednak jakiś nurt w muzyce porusza cię właśnie w taki sentymentalny sposób?

Julek Płoski: Bardzo lubię i szanuję moją nostalgię, więc chyba nie powinienem się jej teraz wypierać, jakkolwiek bym chciał (a trochę bym chciał, bo to mimo wszystko dość zabójcza siła). Zresztą całe “Tesco” jest nią niestety przesiąknięte. To album o sklepie, do którego codziennie chodziłem przed przeprowadzką i rozpoczęciem studiów i ze względu na nawał codziennych, zakupowych wspomnień, otrzymał on swój album. Dlatego powiedziałbym, że w nostalgii jestem raczej zakleszczony, inspiruje mnie wręcz w nadmiarze (nadmiarze, bo korzystanie z nostalgii, wymierzonej nawet ku rzeczom, których nie doświadczyłem, jest trochę pójściem na łatwiznę), a duża część moich stylistycznych wyborów jest nią podyktowana. Zaś nurtem, do którego czuję największy sentyment jest dla mnie Eminem – zawsze wzrusza, chociaż ostatnio tylko w ten zły sposób.

Wśród odniesień, na które można natknąć się w recenzjach „Tesco”, wymieniane są cloud r&b, lo-fi oraz noise. Jest w tym jakaś prawda, czy twoje wybory, również jako słuchacza, wędrują jednak w inną stronę? A może rację ma Bartosz Nowicki, który pisze, że obecnie klasyfikacja gatunkowa nie ma żadnego znaczenia?

Jakkolwiek arogancko by to nie zabrzmiało: myślę, że proces tworzenia “Tesco” otworzył mnie na noise i lo-fi bardziej niż sam noise i lo-fi. Właściwie, to przed “Tesco” nie słuchałem noise’u w ogóle. Dopiero pod koniec gimnazjum, podczas zabawy efektami, odkryłem siłę przesteru, który – jak się okazało – czynił każdy dźwięk pięknym, a szumy i zakłócenia sprawiały, że digital stawał się organiczny. Najpierw było oczywiście bardzo romantycznie. Dopiero potem odkryłem, że jestem ignorantem i są jeszcze inne osoby zakochane w przesterze, a nawet wyrastają z tego konkretne gatunki, stojące przecież u podstaw rozwoju muzyki elektronicznej w ogóle. W każdym razie, dopiero dzięki zabawie przy “Tesco” zacząłem słuchać wszystkiego (np. samego Tesco – mam tu na myśli sklep) i wrzucać wszystko w muzyczkę. Mam konto na rateyourmusic.com i Filmwebie, więc lubię przypinać rzeczywiście bezwartościowe metki i katalogować wszystko (tylko nie swoją muzykę, jak porządny niezalowy pan), ale i tak się w tym gubię, bo codziennie rodzi się sto podgatunków, a ja wciąż nie wiem, czym jest witch house albo cloud r&b.

Wspominasz o przesterach i tworzeniu „Tesco” – mógłbyś napisać coś więcej na temat tego, w jaki sposób nagrywasz muzykę? Za tym albumem kryje się ciekawa, choć z pozoru prozaiczna historia.

“Tesco” (trochę niechcący, ale) zaczęło powstawać w okolicach pierwszej liceum – od tamtego czasu nauczyłem się wiele, więc i mój proces tworzenia zmienił się drastycznie. Mimo to, przetwarzanie soundscape’owych sampli jest rzeczą, której trzymam się już od bardzo dawna i nieustannie rozwijam ten koncept. Duża część mojego albumu to w sumie zbiór intensywnie pociętych i zmodyfikowanych, mniej lub bardziej intymnych nagrań terenowych. Od niedawna mam wreszcie dobrego laptopa, więc mogę sobie pozwolić na jeszcze intensywniejsze modyfikacje, ale w czasie produkcji “Tesco” byłem dość mocno ograniczony, bo co chwilę musiałem przenosić się ze słabego komputera na jeszcze gorszy, transportować sample, reinstalować program wraz z wtyczkami, tracić projekty i odzyskiwać je w zmienionej formie. Taka podatność materiału na sprzętowe anomalie pewnie dosyć mocno ukształtowała ten album.

Powiedziałeś, że codziennie robienie zakupów sprawia, iż siłą rzeczy zaczynasz wsłuchiwać się w brzmienie danego miejsca. Jakie wrażenia towarzyszyły ci wtedy, gdy zacząłeś to robić świadomie? Co początkowo słyszałeś w sklepach?

Zawsze słucham miejsc, ale nie wiem, na ile świadomie to robię i nie wiem, kiedy taka wrażliwość się we mnie ukształtowała. Na szczęście nie wpadam w obsesyjne podsłuchiwanie świata, ale jak każdy lubię ładne dźwięki i to dobrze, że przychodzą do mnie same. Dlatego mam wrażenie, że “Tesco” trochę przypadkiem stało się Tesco. Zbyt dużo czasu spędziłem wśród masywnych reverbów, pikań sklepowych kas, szumu wózków i mieszanki rozwodnionych hałasów, by nie przesiąknąć tymi dźwiękami. Ale od jakichś ośmiu miesięcy jestem już na odwyku, więc i muzyka, którą obecnie tworzę, zaczyna brzmieć inaczej.

I jakich miejsc teraz słuchasz? Jak one brzmią?

Okolica się zmieniła, wielkie Tesco zastąpił mały sklep (już go uwielbiam, jest tam ciemnowłosa kasjerka, która obsługując klientów tańczy i nuci piosenki z radia), ale chyba za krótko mieszkam w nowym środowisku, żebym przesiąknął nim dźwiękowo na poważnie, więc ostatnio jestem wciąż na etapie odkrywania (dla przykładu: z samego walenia w poręcze mojej klatki schodowej mam już wiele nagrań). Nawet, jeśli kolejny album nie będzie nazywał się jak okolica, w której powstaje, pewnie będzie przez tę okolicę dość mocno przeżarty.

Twój album powstawał, gdy byłeś w liceum, obecnie jesteś studentem Warszawskiej Szkoły Filmowej. Postrzegasz muzykę także przez pryzmat obrazów lub narracji?

Chyba nawet za bardzo. Powoli staram się uwolnić od wewnętrznego przymusu nadawania mojej muzyce konkretnej narracji, ale średnio potrafię. Chciałbym być mniej zależny od kiniarskich instynktów, ale pewnie prędko się nie oduczę tych nawyków, bo film uzależnił mnie jako pierwszy. Bardzo często muzycznie inspirujące bywają dla mnie obrazki, a kiedy tworzę, w większości przypadków dźwięki szybko odnajdują w mojej głowie wizualne reprezentacje i dlatego najprzyjemniejszym momentem tworzenia “Lauru Konsumenta 2016” było dla mnie robienie do niego teledysku.

Czym, poza skłonnością do budowania narracji, są te „kiniarskie instynkty”?

Mam wrażenie, że “Tesco” jest bardzo mocno “przyklejone do rzeczy”, a mi się już robienie takiej muzyki znudziło. Soundtrackowość wyrażona w systematycznym budowaniu napięcia, unikanie skromności w kulminacji i opieranie się na konkretnych, filmowo-soundtrackowych skojarzeniach na szczęście męczy mnie mniej niż słuchaczy. Ale to pewnie dlatego, że dotychczasowo tylko ja siedziałem nad „Tesco” wystarczająco długo, by znielubić większości materiału.

I jaki kierunek chcesz teraz obrać? Na jakich aspektach planujesz bardziej się skupić?

Po “Tesco” wreszcie staram się nie planować. Regularnie odkrywam coś nowego i coraz głębiej wchodzę w abstrakcyjne brzmienia, które wymykają mi się spod kontroli, a to mnie bardzo cieszy, bo utraty kontroli uświadamiają mi, jak wiele jeszcze nie umiem. Na muzykę poświęcam więcej czasu niż kiedykolwiek, jeszcze więcej projektów nie kończę, jeszcze więcej się uczę i bywa, że sam siebie zaskakuję stworzonym brzmieniem, a wtedy czuję się jak bóg. Obiecuję, że drugi album będzie lepszy.

A jak to jest z tytułami utworów oraz stylizacją, po którą sięgasz też na twoim facebookowym profilu? Stoi za tym jakaś koncepcja?

Tytuł prawie każdego utworu to nazwa produktu nabytego kiedyś-tam w sklepie – produktu, z którym wiąże mnie wyraźny zestaw wspomnień (mikrofon z zestawu karaoke “High-School Musical 3” sprzed jakichś jedenastu lat działa całkiem dobrze do dziś). Fanpejdż, który prowadzę, starałem się pozbawić większej stylizacji (od tego mam w końcu stronę domen omen), a lekka infantylność w komunikacji, nadmiar uroczych emotek (niezbędna rzecz), czy głupie zdjęcia to już tylko dośmieszanie stronki, bo ja lubię jak jest śmiesznie w internecie.

No właśnie, śmiesznie w internecie. Obecnie dość często można natknąć się na określenia typu „twórca internetowy”, albo „muzyka memiczna”. Czym według ciebie to jest?

Nie znam się za bardzo na takich definicjach, ale gdybym miał układać własne na potrzebę chwili, to powiedziałbym, że twórcą internetowym jest już oczywiście każdy regularny użytkownik internetu, a “muzyka memiczna” to po prostu przeniesienie internetowego humorku do innego medium. Bardzo szanuję ten nurt, bo takie spazmatyczne, poszarpane bity DJa NABUCHODONOZORA albo Wypas muzycznej grupy, czy DJa Wielkiego Huja to nie tylko bardzo przyjemna intensyfikacja memicznych bodźców, ale także skutecznie bujające hiciory.

Sporo netlabeli krąży właśnie wokół tego typu twórczości/humoru, a wokół czego krąży kolektyw Bas, pod którego szyldem wydałeś debiutancki album?

BAS jako label pewnie dopiero zaczyna krążyć i się konkretyzuje. “Tesco” to w końcu dopiero drugie wydawnictwo w jego katalogu po “Imperilu” od Dostope’a i mimo, że obie pozycje stykają się z ambientem, to BAS pewnie nie chce i nie powinien w tym ugrzęznąć, dlatego regularnie obwieszcza, że jest otwarty na wszelkie nowe możliwości. (Ale ładnie reklamuję.)

Zgodnie z informacjami z Bandcampa, Bas to label kasetowy, na tym nośniku ukazało się też „Tesco”. Lubisz brzmienie z taśmy, ma ono dla ciebie znaczenie, czy też wybór ten podyktowany był czysto ekonomicznymi kwestiami?

BAS, póki co, jest rzeczywiście kasetowy, ale z tego co wiem planowane są również inne, fizyczne formaty. Co do mojej kasetyz propozycją sposobu jej wydania wyszedł label, a że lubię ładne przedmioty i tak się składa, że kasetka estetycznie zadowala mnie chyba najbardziej ze wszystkich muzycznych, wydawniczych formatów, to nie było powodów do marudzenia. Poza tym, jak widać po “Tesco”, jestem zakochany w szumach i buczeniach, a format kasetowy dostarcza ich dodatkową porcję, przy okazji modyfikując nieco brzmienie i zmieniając charakter materiału wyjściowego, co przy zestawieniu z czystszą wersją digital nadaje mu nową wartość.

I na koniec: musli tropikalne, chałwa, czy wege kofta?

CHAŁWA! Taka pistacjowa!

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze