DeepChord – Immersions
Ania Pietrzak:

Zanurzenie w nieziemskich dźwiękach mistrza dub-techno, który po czterech latach wrócił do londyńskiej wytwórni Astral Industries.

Steve Hauschildt i Ben Chatwin
Jarek Szczęsny:

Muzyka filmowa bez filmu.

Xavier Charles / Jacques Di Donato – Ilex
Łukasz Komła:

Poprzedni album francuskich klarnecistów ukazał się 22 lata temu. Mimo upływu lat niezmiennie improwizują na najwyższym poziomie.

Actress x London Contemporary Orchestra ‎– LAGEOS
Jarek Szczęsny:

Przesunięta granica.

Patryk Cannon – Family Movies Waves And Friends
Jarek Szczęsny:

Światowo jest.

Shygirl – Cruel Practice EP
Jarek Szczęsny:

Supernowa.

kIRk – Ich dzikie serca
Łukasz Komła:

„Ich dzikie serca” nadają naszym sercom rytm.

Underworld & Iggy Pop ‎– Teatime Dub Encounters
Jarek Szczęsny:

To były czasy, kiedy podrywało się stewardesy.

Jaye Jayle – No Trail and Other Unholy Paths
Jarek Szczęsny:

Americana poddana eksperymentom.

Trzy z Trzech Szóstek
Jarek Szczęsny:

Duy Gebord, Surowa Kara Za Grzechy i Krew.

Palmer Eldritch – Sidereal
Jarek Szczęsny:

Dobre kombinacje.

Kamasi Washington – Heaven And Earth
Jarek Szczęsny:

Kumulacja kulminacji.

Jimi Tenor – Order of Nothingness
Łukasz Komła:

Soundtrack tego lata!

Tropic of Coldness – Framed Waves
Jarek Szczęsny:

Nawet latem jest tu zimno.



Jaki Liebezeit – dyskografia

26 maja Jaki Liebezeit obchodziłby 80. urodziny. To dobra okazja, by przypomnieć jego dokonania.

Jaki Liebezeit (1938-2017) – niemiecki perkusista, współzałożyciel legendarnej grupy Can – wraz z Holgerem Czukayem, Michaelem Karolim i Irminem Schmidtem. Jeden z najwybitniejszych bębniarzy w historii muzyki rozrywkowej, pionier rytmu „Motorik”. Konstruktor własnego zestawu perkusyjnego, pilny student zależności rytmicznych i twórca autorskiej teorii rytmu. Według grających z nim muzyków – „ludzki metronom” i „pół-człowiek, pół-maszyna”. Zaczynał we free-jazzowych zespołach, grywając m.in. z Chetem Bakerem, Manfredem Schoofem i Alexandrem Von Schlippenbachem. W późniejszych latach współpracował z Brianem Eno, Davidem Sylvianem, Eurythmics, Depeche Mode, Primal Scream i wieloma innymi. Oto selekcja 30 płyt z udziałem artysty po jego odejściu z Can.

Phantom Band – Phantom Band (1980)

Skład pierwszej post-canowej grupy Liebezeita uzupełnili poza nim: basista/wokalista Rosko Gee (Traffic, Can), gitarzysta Dominik von Senger, klawiszowiec Helmut Zerlett i perkusjonista Olek Gelba. Debiutancki album Phantom Band (nagrany zresztą w studiu Inner Space z pomocą Holgera Czukaya, który gościnnie zagrał na dęciakach) nosi jeszcze silne piętno ostatnich, niezbyt wysoko cenionych płyt poprzedniej formacji lidera, „Out Of Reach” i „Can”. W skrócie: jest to fuzja funkowych linii basowych, krautrockowych zagrywek gitarowych, metodycznych i zróżnicowanych bębnów (od disco po afrobeat), po karaibsku brzmiących perkusjonaliów oraz elementów reggae, muzyki dub i world music. Centrum brzmienia stanowi niewątpliwie sekcja rytmiczna – co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę, że Liebezeit i Gee mieli największe doświadczenie. Wokal tego drugiego to jednocześnie najsłabsze ogniwo zespołu.

Phantom Band – Freedom of Speech (1981)

Na drugiej płycie Phantom Band nie ma już Rosko Gee. Za mikrofonem zastąpił go Sheldon Ancel, który nie śpiewał, lecz melodeklamował teksty. Co ciekawe, pozostali muzycy postanowili nie szukać nowego basisty i w rezultacie na „Freedom of Speech” zabrakło partii gitary basowej. Kadrowa zmiana okazała się zbawienna, znajdując swe odzwierciedlenie w muzyce – bardziej radykalnej i eksperymentalnej niż na eponimicznym debiucie. Oto w tytułowym utworze zniekształcony przez vocoder głos wygłasza antyrządową tyradę na tle marszowych bębnów i niepokojących klawiszowych plam. Równie paranoiczną atmosferę roztaczają nerwowy „Brain Police”, punkowy „Gravity” i zelektronizowany „Dream Machine”. Najbliżej dubu są „E.F. 1” i „Experiments” (z prawdopodobnie samplowanym basem). „Freedom of Speech” to frapująca, nieodległa od awangardy płyta, która do dziś robi wrażenie.

Phew – Phew (1981)

Pod pseudonimem Phew kryje się Hiromi Moritani – japońska wokalistka, założycielka punkowej grupy Aunt Sally, współpracowniczka takich postaci jak Ryuichi Sakamoto, Bill Laswell, Jim O’Rourke oraz członkowie Einstürzende Neubauten i D.A.F. Na debiutanckim albumie „Phew” pomogli jej Holger Czukay, Jaki Liebezeit i Conny Plank – razem napisali muzykę, zagrali na instrumentach i wyprodukowali całość. W efekcie powstało artystowskie, minimalistyczne dzieło z pogranicza darkwave i wczesnego industrialu. Przy czym nadal są to piosenki – inkrustowane na przemian chłodnym i pełnym emocji głosem Phew. Przestrzeń, repetytywność i rytmiczność to główne cechy tego na wskroś oryginalnego albumu, gdzie energetyczne proto-techno sąsiaduje z rzężącymi gitarami, głębokim pulsem basu, obłędną rytmiką, kosmicznymi syntezatorami, samplami z radia i melancholijnym fortepianem. Rewelacja.

Holger Czukay / Jah Wobble / Jaki Liebezeit – Full Circle (1982)

Następna znakomita pozycja w dorobku naszego bohatera. Perfekcyjna mikstura psychodelicznego krautrocka, motorycznego post-punku i głębokiej muzyki dub, spreparowana przez trzy nietuzinkowe postacie. Starannie wybijane rytmy Liebezeita doskonale współgrają z monstrualnymi liniami basowymi Wobble’a i partiami instrumentów, na których zagrał Czukay (gitara, organy, fortepian, waltornia, radioodbiornik i taśmy, z których ręcznie wycinał sample), ale „Full Circle” stanowi znacznie więcej niż sumę swych składników. Nowofalowy „How Much Are They?”, długi dubowy jam „Full Circle R.P.S. (No. 7)”, mistyczno-narkotyczny „Mystery R.P.S. (No. 8)”, posępny „Twilight Word” (kojarzący się z Joy Division) – całość jest urozmaicona i jednocześnie koherentna. Ten album to swego rodzaju zaginiona klasyka i jeden z najwspanialszych fragmentów dyskografii wszystkich partycypujących. Trzeba posłuchać.

Phantom Band – Nowhere (1984)

Trzeci i ostatni album Phantom Band. Nagrany w składzie uszczuplonym do kwartetu (i nadal bez basisty) – Olek Gelba opuścił szeregi zespołu przed rozpoczęciem sesji nagraniowych. Kto by zresztą potrzebował dodatkowego bębniarza, gdy na pokładzie jest Jaki Liebezeit? „Nowhere” nie jest tak radykalny jak „Freedom of Speech”, ale też daleko mu do przystępności „Phantom Band”. Jest z nich za to bodaj najbardziej psychodeliczny. Jeżeli debiut mógł od biedy uchodzić za kontynuacją późnego, lżejszego oblicza Can, o tyle ten album odwołuje się bardziej do początkowego i środkowego okresu grupy – tyle że zamiast kilkunastominutowych jamów trafiły tu krótkie, zwarte kompozycje. Zatem krautrock z elementami jazzu i funku, ale odarty do esencjonalnej podstawy i przepuszczony przez nowofalowy filtr. Wszyscy muzycy dają popis umiejętności, lecz nie da się ukryć, że przoduje Liebezeit.

Pascal Comelade / Pierre Bastien / Jac Berrocal / Jaki Liebezeit –The Oblique Sessions (1997)

Przez niemal całe lata 80. i 90. Liebezeit był głównie muzykiem sesyjnym. Zagrał na prawie wszystkich albumach Holgera Czukaya i Irmina Schmidta, grywał z grupą Jah Wobble’s Invaders of the Heart, bębnił m.in. na płytach „In The Garden” Eurythmics, „Spinner” duetu Brian Eno & Jah Wobble i „Ultra” Depeche Mode. W 1997 roku połączył siły z trzema Francuzami: Pascalem Comelade (artystą wykorzystującym nietypowe instrumenty, np. ręczną piłę i dziecięce pianinko), Pierrem Bastienem (konstruktorem Mecanium, „mechanicznej orkiestry”) i Jacem Berrocalem (wokalistą i trębaczem). Nietuzinkowy skład i takaż płyta. Zawartość „The Oblique Sessions” trudno zaszufladkować – jazz sąsiaduje tu z klimatami spaghetti westernów, krautrockowe bębny z egzotycznymi perkusjonaliami, rozwibrowana gitara z tęsknym akordeonem, skrzypcami, puzonem, organami, kornetem i melodyką. I wszystko to ma sens.

Club Off Chaos – Club Off Chaos (1998)

Oś tego techno-tria stanowili: Jaki Liebezeit na bębnach oraz grający na syntezatorach Boris Polonski i gitarzysta Dirk Herweg, obaj młodsi od lidera o jedno pokolenie. Debiutancki album Club Off Chaos to intrygujący mariaż hipnotycznej rytmiki, syntezatorowych pasaży (w tym słynnego „kwaśnego” Rolanda TB-303) i instrumentów strunowych. Swą nieludzko precyzyjną grą Liebezeit po raz kolejny udowodnił, że w tym fachu nie miał sobie równych – rytmy są złożone, finezyjne, misterne i po prostu porywające. Synkopowany beat w „7-Bener”, plemienny puls w „Amphaze”, wielopiętrowe zagrywki w „565 F.S.”, rytualne tętno w „Hades”, breakbeat w „Chichirillo” – doprawdy trudno usiedzieć przy tym w miejscu. Choć bębnienie zdecydowanie wysuwa się na pierwszy plan, świetnie współgra z partiami pozostałych muzyków. Tak mógłby brzmieć Can, gdyby nagrywał na przełomie wieków.

Club Off Chaos – Change of the Century (1998)

Następca „Club Off Chaos” ukazał się w tym samym roku, co dobrze świadczy o płodności tria. „Change of the Century” jawi się właściwie tak, jak gdyby muzykę zarejestrowano podczas tych samych sesji, co debiut. Główna różnica to jeszcze większy nacisk położony na „etniczność” – czy też plemienność – brzmienia, w co najistotniejszy wkład miał rzecz jasna Liebezeit i jego piorunująca robota perkusyjna. Z drugiej strony, nie brak tu elementów zahaczających o techno, jazz, jungle, a nawet industrialny dub w duchu Micka Harrisa i jego projektu Scorn (vide gęsty, świdrujący „BPF”). Co ciekawe, choć album powstał przed dwudziestu laty, nie różni się specjalnie od współczesnej muzyki elektronicznej, a jeśli chodzi o warstwę rytmiczną, brzmi wręcz lepiej. W końcu ilu producentów techno i DJów korzysta z usług żywego bębniarza? A nawet jeżeli już to robią, który z nich reprezentuje poziom Liebezeita?

Damo Suzuki Band – Vernissage (1998)

Japoński wokalista Damo Suzuki był członkiem Can w latach 1970-1973, występując na płytach uznawanych za najważniejsze w dyskografii zespołu: „Tago Mago”, „Ege Bamyasi” i „Future Days”. Później występował m.in. z Dunkelziffer, Damo Suzuki’s Network i Damo Suzuki Band. W składzie tej ostatniej grupy znaleźli się również Jaki Liebezeit, gitarzysta Dominik Von Senger (znany z Phantom Band) i klawiszowiec Matthias Keul z Dunkelziffer. Krążek „Vernissage” to zapis koncertu z austriackiego Linz w 1990 roku. Przeważają rozbudowane, na poły improwizowane formy – najkrótsza trwa ponad osiem minut („Ballad of Diver” w duchu Pink Floyd), najdłuższa prawie pół godziny („Don’t Forget Ya Job, Halleluwah, Mushroom, Day Lily” wykorzystująca dwa utwory Can). Damo Suzuki Band wydał jeszcze siedmiopłytowy album „Promise” z nagraniami koncertowymi z lat 1987-1990.

Club Off Chaos – Par Et Impar (2001)

Tytuł trzeciego i ostatniego albumu Club Off Chaos można luźno przetłumaczyć jako „Parzyste i nieparzyste”, co prawdopodobnie stanowi odniesienie do obłędnych rytmów wybijanych przez niezastąpionego Liebezeita. Otwierający krążek „T.T.D.W.” to okaz rozedrganego, szybkostrzelnego jungle i dowód na to, jak wybitnym i wszechstronnym perkusistą był ten człowiek. To, co większość twórców osiągała na samplerach, on wykonywał ręcznie – i to będąc już po sześćdziesiątce. Różnorodna rytmika znów jest filarem muzyki, choć syntezatory są równie istotne. Przestrzenny „Odlgl”, niepokojący „7r” i wielowątkowy „Mr. Jeux” łatwo wyobrazić sobie w katalogu wytwórni Rephlex, gdzieś pomiędzy Aphex Twinem, μ-ziq i Bochum Welt. Jaki Liebezeit i braindance? Okazuje się, że jak najbardziej. Kompaktowa wersja płyty zawiera dodatkowy CD z nagraniami na żywo. Świetna sprawa.

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit – Secret Rhythms (2002)

Do spotkania Bernda „Burnta” Friedmana i Jakiego Liebezeita właściwie musiało dojść. Ten pierwszy – muzyk i producent znany z neojazzowego duetu Flanger, dubowego kolektywu The Nu Dub Players, alt-rockowego tria Nine Horses oraz imponującej dyskografii solowej – w latach 90. stanął na czele nowej niemieckiej awangardy, podobnie jak ten drugi ponad dwie dekady wcześniej. Połączyło ich również zamiłowanie do niecodziennych podziałów rytmicznych, często obcych zachodniej kulturze – tzw. „sekretnych rytmów”. Tak też zatytułowali serię wspólnie nagranych płyt. Na pierwszej towarzyszą im Joseph Suchy (gitara), August Engkilde (bas) i Morten Grønvad (wibrafon), co z wirtuozerskim bębnieniem Liebezeita oraz fortepianem, kalimbą, syntezatorami, melodyką i steel panem Friedmana daje regularny jazz band. Efekt to wyśmienita, wyrafinowana fuzja jazzu, dubu, post-rocka i muzyki elektronicznej.

Jah Wobble’s Solaris – In Concert (2002)

Harold Budd na fortepianie i klawiszach, Graham Haynes na kornecie i elektronice, Jaki Liebezeit na bębnach oraz basiści Bill Laswell i Jah Wobble – to brzmi niemal jak drużyna marzeń muzyki alternatywnej. Trudno sobie wyobrazić, żeby taki skład podpisał się pod czymś nieudanym. I rzeczywiście: „In Concert”, portretujący fragmenty dwóch koncertów z października 2001 r. (w Kendal i Brighton), to swoiste tour de force całej piątki. Tylko cztery utwory, przy czym najkrótszy trwa 6 minut, a najdłuższy prawie 25. Prym wiodą tu długie, swobodne jamy, których improwizowana forma zahacza o jazz, dub, ambient, post-rock i world music. Muzyka jest w nieustannym ruchu niczym żywy organizm, ciągle ewoluujący i mutujący w coraz to nowe struktury. Żaden członek supergrupy nie próbuje dominować, dzięki czemu powstało dzieło iście zespołowe, w którym każdy element jest równie istotny.

Jah Wobble / Jaki Liebezeit / Philip Jeck – Live in Leuven (2004)

Sekcja rytmiczna Wobble-Liebezeit została tym razem wsparta przez Philipa Jecka – nazywanego „archeologiem dźwięków zapomnianych” gramofonowego eksperymentatora, który upodobał sobie sampling ze starych winyli. Trio wystąpiło w centrum sztuki STUK w belgijskim Leuven, wykonując cztery utwory trwające w sumie godzinę. Wzajemna relacja wibrującej gitary basowej i miarowych bębnów stanowi szkielet muzyki, zaś nadbudowaną nad nim tkankę tworzą rozmaitej maści sample: fragmenty orkiestry, chóry, dzwony kościelne, instrumenty smyczkowe, odgłosy pozytywki, strzępy głosów, trzask winylowej płyty itd. Minimalistyczna całość ma zdecydowanie medytacyjny charakter. To właściwie ambient – tyle że podparty rytmiką, która zbliża go do muzyki dub. I choć w słowach nie brzmi to zbyt porywająco, dbałość o detale i atmosfera sprawiają, że „Live in Leuven” to porcja frapującej twórczości.

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit feat. David Sylvian – Out In The Sticks (2005)

Po tym, jak Burnt Friedman zremiksował dwa utwory z płyty „Blemish” Davida Sylviana, obaj artyści postanowili kontynuować współpracę. Zanim założyli trio Nine Horses (w składzie którego znalazł się też Steve Jensen), nagrali razem utwór z Jakim Liebezeitem. Skład uzupełnili: gitarzysta Tim Motzer oraz muzycy z grupy Burnt Friedman & The Nu Dub Players – basista Daniel Schröter, klarnecista Hayden Chisholm i znany z płyty „Secret Rhythms” wibrafonista Morten Grønvad. Wydany tylko na winylu mini-album „Out in the Sticks” zawiera trzy utwory: trwającą 11 minut instrumentalną kompozycję tytułową z etnicznymi naleciałościami, jazzujący „182/9” i zaśpiewaną przez Sylviana balladę „The Librarian”. Jak zwykle w przypadku tego artysty, poetycki tekst jest niejednoznaczny, ale wydaje się komentować stan współczesnego świata – karmionego kłamstwami i medialną propagandą, gdzie opinie pozują na fakty.

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit – Secret Rhythms 2 (2006)

Druga odsłona poszukiwań „sekretnych rytmów”. Poszerzył się skład – oprócz dwóch liderów oraz znanych z pierwszej części gitarzysty Josepha Suchego i wibrafonisty Mortena Grønvada, pojawili się dodatkowo: Hayden Chisholm (klarnet, melodyka), Daniel Schröter (bas), Tim Motzer (gitary) i Tim Sutton (puzon). Trzy pierwsze utwory ukazały się już wcześniej na mini-albumie „Out in the Sticks”, tyle że w innych wersjach: „The Sticks” stanowi wariację „Out in the Sticks”, zaś „Sikkerhead” to przeróbka „182/9” (notabene nagrana też przez Nine Horses pod tytułem „The Day Earth Stole Heaven”). Pewnym zmianom uległ też „The Librarian” – tym razem to instrumentalny utwór bez udziału Davida Sylviana. W ostatecznym rozrachunku „Secret Rhythms 2” stanowi logiczną kontynuację swojego poprzednika – to w dalszym ciągu subtelna, melodyjna i kojąca mieszanina jazzu, world music, elektroniki i muzyki dub.

Datenverarbeiter vs. Jaki Liebezeit – Givt (2006)

Datenverarbeitung to z niemieckiego przetwarzanie danych – i właśnie tym, oprócz produkcji i gry na syntezatorze, zajął się na „Givt” Werner Kiera vel Datenverarbeiter – fotograf, artysta i muzyk pochodzący z Bonn. Czym zajął się Jaki Liebezeit, dodawać chyba nie trzeba. W kilku utworach pojawili się też goście: Michael Hauck na basie i gitarze, Stefan Lindlahr na fortepianie i John-Henry Nijenhuis na trąbce. Jest to zupełnie przeciwny biegun do współpracy Liebezeita z Burntem Friedmanem w subtelnej serii „Secret Rhythms” i przypomina raczej dokonania poprzedniego zespołu perkusisty, zelektronizowanego Club Off Chaos. „Givt” idzie jednak jeszcze dalej w dziką plemienność, obezwładniającą transowość i niczym nieskrępowaną polirytmię, przywołując na myśl dokonania mistrzów psybientu w rodzaju Shpongle, a nawet twórczość producentów skupionych wokół brytyjskiej wytwórni em:t. Zalecane.

Datenverarbeiter vs. Jaki Liebezeit – Givt Return (2007)

Poprzedni krążek duetu przeszedł niemal bez echa – zupełnie niezasłużenie, ale na szczęście nie zniechęciło to Kiery i Liebezeita do dalszej kooperacji. Wydany wyłącznie w formie plików „Givt Return” nagrano w identycznym składzie, a niewykluczone, że nawet podczas tych samych sesji – jest to bowiem bliźniaczo podobny zestaw, a dwa utwory doczekały się kontynuacji – „Luna 2” i „Eulesis 2”. Otwierający całość „Opera” wykorzystuje dźwięki sonaru i wstawki operowych arii, przez co kojarzy się nieco z dokonaniami The Third Eye Foundation. Ale słychać tu również drumlę („Blue”), tribal techno z ciężkim rytmem („Eulesis 2”), syntezatory rodem z kosmische musik („Lost”), a nawet ekstatyczny taniec w duchu „Digeridoo” Aphex Twina („Seek”). Brzmienie jest gęste, złożone i porywające. Ciekawostka: „Givt Return” to jedna z ulubionych płyt wszech czasów Irmina Schmidta, dawnego kolegi Liebezeita z Can.

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit – Secret Rhythms 3 (2008)

Gitara akustyczna, która otwiera „Morning Has Broken”, przywołuje na myśl soundtracki Ennio Morricone do spaghetti westernów Sergio Leone. Już po chwili dołączają do niej afrykańskie bębny, syntezatorowe wstawki, sfuzzowana gitara elektryczna i gitara barytonowa. „Secret Rhythms 3” to bodaj najbardziej gitarowa część wspólnych dokonań Friedmana i Liebezeita – instrument pojawia się w każdym utworze, w rozmaitych postaciach i modelach, a samych gitarzystów jest aż czterech (główni to Tim Motzer i Joseph Suchy, a oprócz nich Friedman i Rich Chychota). Nie czyni to z „trójki”, rzecz jasna, płyty rockowej – jest tu bowiem miejsce na klimaty aborygeńskie („Gegenwart” z dźwiękami à la didgeridoo) i jazzowe („Wirklich Version”), afrobeat („Trittbrettfahrer”) i muzykę karaibską („Sandale”). Liczby podane przy tytułach utworów (183,7, 54,4, 73,3, 204,7 itd.) oznaczają tempo danej kompozycji.

B.I.L.L. – Spielwiese Zwei (2011)

Nazwa tego kwartetu powstała od pierwszych liter nazwisk jego członków. Są to: wirtuoz egzotycznych instrumentów dętych Clive Bell (współpracownik Davida Sylviana, Jah Wobble’a i Billa Laswella), klawiszowiec i producent Hans Joachim Irmler (z legendarnej grupy Faust), odpowiedzialny za elektronikę Robert Lippok (muzyk formacji To Rococo Rot) i oczywiście Jaki Liebezeit. Zgodnie z tytułem, „Spielwiese Zwei” to istny plac zabaw dla muzyków. Podobnie jak na płytach z Friedmanem, rytmika Liebezeita zdradza silne wpływy world music, zwłaszcza z rejonów Afryki i Azji. Orientalny posmak zapewnia też Bell, wyspecjalizowany w grze na japońskim flecie prostym (shakuhachi) i tajskiej harmonijce ustnej (khaen). Organiczne brzmienie równoważą syntezatorowe wstawki Irmlera i elektroniczne manipulacje Lippoka. Rezultat to intrygujący amalgamat krautrocka, elektroniki i muzyki etnicznej.

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit – Secret Rhythms 4 (2011)

Spośród wszystkich części „Secret Rhythms”, to właśnie czwartej bodaj najbliżej do estetyki free jazzu. Naturalnie nie jest to „czysty” free jazz, lecz jego zabarwiona world music wersja, dodatkowo przepuszczona przez filtr unikatowych osobowości Friedmana i Liebezeita oraz ich wieloletnich eksploracji na polu muzyki. Improwizatorski charakter nagrań przełożył się na długość ich trwania – na sześć utworów, trzy trwają ponad 10 minut, a jeden prawie 16. Ponownie pojawiają się znani z poprzednich odsłon goście – a także nowy w tym towarzystwie Mark Ernestus (m.in. Basic Channel i Rhythm & Sound) na syntezatorze – jednak tym razem ich udział jest ledwo zauważalny. Ten zabieg odarł muzykę Liebezeita i Friedmana do surowego kośćca, wysuwając na pierwszy plan bezbłędną rytmikę i elektroniczne wtręty. Minimalizm całości podkreślają tytuły utworów, zredukowane do liczb sygnalizujących tempa.

Drums Off Chaos & Jens-Uwe Beyer – Drums Off Chaos & Jens-Uwe Beyer (2011)

Ten perkusyjny kolektyw został założony przez Liebezeita jeszcze w 1982 roku – głównie jako zespół koncertowy. Pierwszego studyjnego albumu dorobił się dopiero dwie dekady później („Baum” z udziałem Marii de Alvear). Kooperacja Drums Off Chaos z Jensem-Uwe Beyerem, znanym z solowego projektu Popnoname oraz grup Magazine i Cologne Tape, również doczekała się płytowej edycji. Podział obowiązków był jasny: Beyer generował na syntezatorach przestrzenne, ambientowe podkłady, na tle których czwórka bębniarzy – Liebezeit, Maf Retter, Manos Tsangaris i Reiner Linke – roztaczała pajęczynę polirytmicznych struktur. Apokaliptyczne, anarchizujące i zarazem szalenie precyzyjne beaty, wybijane na zestawach perkusyjnych własnej roboty, zyskały tym samym dodatkowej głębi. Przed oczami staje jakiś tajemniczy, psychodeliczny rytuał przeprowadzany nocną porą w sercu prastarej puszczy.

Magnetik North – Evolver (2012)

Trzon tej grupy stanowili Jaki Liebezeit i Ian Tregoning – muzyk, producent, współpracownik Yello i Feli Kutiego. Ideą przyświecającą działalności Magnetik North było łączenie instrumentów akustycznych i elektronicznej produkcji, a ściślej: przepuszczanie partii tych pierwszych przez samplery i sekwencery w czasie rzeczywistym. W sesjach nagraniowych wzięli też udział: perkusista Lee Harris (Talk Talk), trębacz Tim Hutton (połowa duetu Vulva nagrywającego dla Rephlex Records), gitarzyści Joe Hollick i Michael Pollitt, basista Andy Baxter, pianista Danny Arno i klawiszowiec Kumo. Wyśmienita całość jest zróżnicowana – jest tu m.in. ambient house w duchu wytwórni Kompakt („Kings of the Robot Rhythm”), dark ambient („Something in the Water”) i melancholijny jazz („Long Way Back”). Bębny, zarejestrowane przez Liebezeita w pierwszym podejściu, są stonowane, wręcz powściągliwe.

Burnt Friedman & Jaki Liebezeit – Secret Rhythms 5 (2013)

Piąty i ostatni rozdział „Secret Rhythms” jest zarazem najkrótszy – trwa niewiele ponad pół godziny. Może formuła poczęła się powoli wyczerpywać, a może po prostu „sekretne rytmy” zostały w większości już odkryte, tym samym przestając być sekretnymi. Relatywną nowość stanowi wykorzystanie ludzkiego głosu – w trzech kompozycjach słychać wokalizy Daniela Dodd-Ellisa. Poza tym „piątka” nie wnosi do serii nic nowego. O mniejszej inwencji świadczy również fakt, że utwór „105-09” częściowo oparto na „Niedrige Decken” z „Secret Rhythms 2”, zaś „120-12” wiele zawdzięcza „120-11” z „Secret Rhythms 4”. Oczywiście duet Friedman-Liebezeit nawet na chwilę nie schodzi poniżej pewnego ustalonego poziomu, imponuje też witalność perkusisty – wówczas 75-letniego! – który bez skuchy panuje nad niestandardowymi sygnaturami czasowymi. Jednak jako całość album delikatnie rozczarowuje.

Cyclopean – Cyclopean (2013)

Chociaż formuła „Secret Rhythms” uległa wyczerpaniu, Liebezeit i Friedman nie narzekali na brak pomysłów. Do składu nowego projektu dokooptowali klawiszowca Irmina Schmidta (Can) i multiinstrumentalistę Jono Podmore’a, który pracował nad reedycjami albumów Can. Pod szyldem Cyclopean ukazała się tylko jedna imienna EPka, na którą złożyły się cztery utwory nagrane podczas sesji we francuskim studio Les Rossignols. Podobnie jak w przypadku poprzedniego wcielenia Liebezeita i Friedmana, jest to hybryda muzyki elektronicznej i akustycznej, brzmienia syntetycznego i organicznego – okraszona dodatkowo wpływami orientalnymi, zwłaszcza środkowowschodnimi. Tak zwana chemia, czyli pozawerbalne porozumienie pomiędzy muzykami, jest tutaj bardzo wyczuwalna. I znów perkusyjnej roboty Liebezeita – rytmicznej i jednocześnie melodyjnej – nie sposób pomylić z niczym innym.

Robert Coyne & Jaki Liebezeit – The Obscure Department (2013)

Robert Coyne to brytyjski multiinstrumentalista i muzyk folkowy, a prywatnie – syn nieżyjącego już malarza, pisarza i bluesmana Kevina Coyne’a, którego fanami byli m.in. John Lydon (Sex Pistols, Public Image Ltd.) i Sting. Coyne junior odziedziczył po ojcu muzyczny talent, co pozwoliło mu na współpracę z tak prominentnymi artystami, jak Eric Burdon i Jon Langford. Na swym czwartym albumie podjął kooperację z Liebezeitem. Niemiecki perkusista raz jeszcze potwierdził swoją wszechstronność, tym razem gładko wpisując się w konwencję folk-rocka. Większość utworów opiera się na trzech elementach: subtelnym bębnieniu Liebezeita oraz gitarze akustycznej i wokalu Coyne’a. Okazjonalnie pojawiają się również klawisze, wiolonczela i skrzypce. Nie ma tu żadnych fajerwerków – „The Obscure Department” to płyta prosta, ciepła, delikatna i na wskroś intymna. Na tym polega jej siła.

Robert Coyne & Jaki Liebezeit – Golden Arc (2014)

Drugi wspólny album Brytyjczyka i Niemca został skonstruowany według tej samej formuły, co „The Obscure Department”, a którą można śmiało porównać do złotej zasady minimalistów: „mniej znaczy więcej”. Tak jak poprzednio, oszczędne aranżacje opierają się wokalach, bębnach, gitarze akustycznej i klawiszach (w jednym utworze zaśpiewała żona Roberta, Wendy Coyne). Nieco więcej partii otrzymała wiolonczelistka Aglaja Camphausen, udzielająca się także w chórkach. Rezultat jest „unikatowy i fascynujący”, jak ujął to recenzent magazynu „Good Times”. Swoją drogą, imponuje intuicja Liebezeita, który miał szczęście uczestniczyć w nagrywaniu dziesiątek znakomitych albumów. Przeczucie nie zawiodło go bodaj nigdy, zaś ilość nie górowała nad jakością, jak to często bywa w przypadku takiej płodności. Trylogię płyt Coyne’a i Liebezeita zamyka krążek „I Still Have This Dream” z 2016 roku.

Irmler & Liebezeit – Flut (2014)

Spotkanie tych dwóch krautrockowych mistrzów nastąpiło już przy okazji projektu B.I.L.L., a zapewne nawet dużo wcześniej – w końcu Hans Joachim Irmler i Jaki Liebezeit stanowili istotne elementy niemieckiej sceny w latach 70., ten pierwszy jako klawiszowiec Faust, drugi – jako perkusista Can. „Flut”, ich jedyny album w duecie, powstał w ciągu trzech następujących po sobie dni, podczas sesji trwających od południa do nocy w Faust Studio. Nad sześcioma długimi utworami (od ponad 5 do 10 minut) unosi się aura niczym nieskrępowanej improwizacji o psychodelicznym posmaku. Słychać, że muzycy świetnie się rozumieli – swoim motorycznym uderzaniem w bębny Liebezeit stwarza idealną przestrzeń dla organowych pasaży Irmlera. Klawisze brzmią czasami jak syntezator, innym razem niczym gitara, smyczki, a nawet instrumenty dęte. Tak, to tylko perkusja i bębny – a tyle różnorodności.

Jaki Liebezeit & Holger Mertin – Akşak (2015)

Zapis studyjnej współpracy z Holgerem Mertinem, niemieckim perkusistą średniego pokolenia, to kolejna ekspedycja w poszukiwaniu źródeł rytmu – pierwotnego, bo towarzyszącego człowiekowi dłużej niż sama muzyka rozumiana jako sekwencja dźwięków. Liebezeit i Mertin posłużyli się sporym arsenałem instrumentów perkusyjnych, użytkując m.in. czynele, tamburyn, marimbę, bongosy, hang, kalimbę, gongi, bęben obręczowy, werbel, dzwonki, misy, dholak (południowoazjatycki bęben) i wodofon (atonalny instrument wykorzystujący obecność wody w rezonatorze). Czasami odzywają się też skrzypce (zagrała na nich Justyna Niżnik), skrzydłówka i gitara, ale nie oszukujmy się – wszystko bazuje na rytmie. Jak łatwo się domyślić, rezultat tych sesji stanowi wilgotny sen wielbicieli wszelkiej maści perkusjonaliów. „Akşak” to po turecku „wieczór”, toteż najlepiej słucha się tego po zmroku.

Drums Off Chaos – Compass (2017)

Pierwszy pośmiertny materiał Liebezeita, wydany dokładnie osiem miesięcy po jego śmierci na zapalenie płuc. „Takty w muzyce są jak więzienne kraty”, mawiał perkusista, używając zgrabnej gry słów (w oryginale: „Musical bars are like prison bars”). Niniejsza EPka to kolejny dowód na umiłowanie przez perkusistę artystycznej wolności. Cztery nietuzinkowe osobowości – oprócz lidera ponownie są to Maf Retter, Manos Tsangaris i Reiner Linke – cztery zestawy instrumentów perkusyjnych, pięć utworów porywających swą surową, plemienną pulsacją. Bębny i perkusjonalia pełnią tu dwojaką rolę – zarówno rytmiczną, jak i melodyjną. To właśnie na „Compass” w pełni objawiła się autorska teoria Liebezeita o rytmie, oparta na „naturalnych zasadach ruchu, obserwowanych i studiowanych przez całe życie w ramach etnologicznych badań nad graniem na bębnach”. Absolutne mistrzostwo polirytmii.

Drums Off Chaos – Centre (2018)

To prawdopodobnie ostatnie zarejestrowane nagrania dokonane przez Liebezeita. „Rozwijam rytmy, wykorzystując serię liczb i dzieląc je na nierówne części. Spisuję je za pomocą alfabetu Morse’a, używając kropek i kresek. Potem decyduję, jak je uporządkować”, tłumaczył swoją technikę gry. Przy innej okazji przyznawał, że gra w danym momencie „to, czego żądają bębny”. Jego podejście do muzyki było filozoficzne – bębny były dla niego czymś znacznie więcej niż skórą lub tworzywem sztucznym naciągniętym na pusty cylinder – ale nigdy nie zagubił się w akademickim teoretyzowaniu, praktykując niemal każdego dnia aż do śmierci. Mini-album „Centre”, wypełniony wpływami afrykańskimi, azjatyckimi i południowoamerykańskimi, w stu procentach potwierdza słowa Cedrica Bixlera-Zavaly (Mars Volta, At The Drive-In): „Wszystkie drogi grania na perkusji ostatecznie prowadziły do Jakiego Liebezeita”.

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze

1 Komentarz

  1. Dronik

    Znakomite przedstawienie kalejdoskopu dokonań mistrza. Dziękuję.