Ancient Methods – The Jericho Records
Paweł Gzyl:

Muzyka, która kruszy mury.

Kathryn Joseph – From When I Wake the Want Is
Jarek Szczęsny:

Odpowiedniczka.

Ekin Fil – Maps
Jarek Szczęsny:

Odłączenie wtyczki.

Raum – Wreck The Bloodline
Paweł Gzyl:

Wyjście poza cielesność.

Marcel Dettmann – Test-File
Paweł Gzyl:

Dettmann ciągle w formie.

Djedjotronic – R.U.R.
Mateusz Piżyński:

EBM bez udziwnień.

Various Artists – Figure 100 Compilation
Paweł Gzyl:

Piętnaście lat na klubowym parkiecie.

Tajak – Ciclos
Łukasz Komła:

Meksykańskie trio pokazuje, że wciąż można zaskoczyć połączeniem gitarowej psychodelii, dronów i shoegaze’u!

Pruski – Sleeping Places
Ania Pietrzak:

Uśpiona codzienność, obudzona refleksja.

Prequel Tapes – Everything Is Quite Now
Paweł Gzyl:

Industrialne kołysanki.

Maribou State – Kingdoms in Colour
Ania Pietrzak:

„Darjeeling Limited” i całkiem zwyczajne przyjemności.

Adult. – This Behavior
Paweł Gzyl:

Surowe i szorstkie oblicze muzyki amerykańskiego duetu.

Thomas Fehlmann – Los Lagos
Paweł Gzyl:

Dyskretny urok muzyki niemieckiego weterana.

Amnesia Scanner – Another Life
Paweł Gzyl:

Przebojowa wersja awangardy.



Dub to funkcja – rozmowa z Echo Deal

Przestrzeń, taniec i osiedlowe miejscówki.

Echo Deal, czyli Michał Kołowacik, opowiada o swoim najnowszym albumie, występach w galeriach sztuki, dubie oraz współpracy z tancerzami.

Emilia Stachowska: Na swoim Facebooku wspominasz boisko na Grunwaldzkiej podkreślając, że było to dla ciebie miejsce szczególne, poniekąd też kojarzące ci się z muzyką. Opowiedz o tym trochę więcej.

Echo Deal: Miejscówki osiedlowe są źródłem wielu ciekawych historii i znajomości. Swego czasu, spędzałem całe miesiące na boiskach mojego rodzinnego miasta. Spotykaliśmy się tam, żeby pograć w kosza, posłuchać muzyki i poimprezować. Tam też słuchaliśmy sporo rapu, jungle i dubstepu, który przedstawiłem paru znajomym. Boisko na Grunwaldzkiej było jednym z takich miejsc, całkiem klimatycznym i sprzyjającym relaksowi.

No właśnie, w bandcampowym opisie można przeczytać, że twój najnowszy album to „wspomnienia miejsc i momentów, dzięki którym podejście do najbliższych spraw nie rozmyło się przez nadmiar bodźców” – jakie inne miejsca masz na myśli? Jakie momenty?

Takich momentów i miejsc wspomnianych wcześniej jest naprawdę wiele – od osiedlowych ławek, boisk, nocnych przejażdżek i kwadratów, na których się imprezuje. To są w gruncie rzeczy dla niektórych codzienne sytuacje, więc skupiłem się na detalach, wychodzących na przód z tej codzienności.

Mówisz, że słuchałeś wtedy, w tych przywoływanych przez ciebie czasach, rapu, jungle i dubu. Są to pierwsze nurty, na jakie trafiłeś i które zatrzymały cię na dłużej?

Pierwsze nurty, które były najbliżej mnie, to heavy metal i ogólnie cięższa muzyka wpajana przez siostrę. Dość szybko zacząłem szukać alternatyw nie tylko z perspektywy słuchacza. Próba nauki gry na gitarze może nie przyniosła wielkich rezultatów, ale pomogła spojrzeć na muzykę nieco szerzej – od strony twórczej. Wtedy też byłem zainteresowany kolekcjonowaniem winyli, sprawdzaniem nowych wydawnictw, czasem egzotycznych dla gościa z małego miasta. Zanim skończyłem szkołę, byłem już pewien, że chcę zająć się inżynierią dźwięku. Znów, interesowały mnie detale – to, w jaki sposób utwór jest skonstruowany i jak można wpłynąć na jego odbiór. Dość szybko poznałem też dub.

Jakie detale zaciekawiły więc cię w dubie?

Te powierzchownie niezauważalne albo wyjątkowo ukryte, budujące tło. Często w klasyce dubu chodzi o redukcję pewnych elementów, aby uwydatnić inne. To pokazuje, jak delikatnymi zmianami można wpłynąć na odbiór zamkniętej kompozycji.

Jakiś czas temu napisałeś, dość enigmatycznie, że „dub to funkcja”. Możesz to rozwinąć?

Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Dub nie jest ograniczony gatunkami, w dodatku jest wiele dróg do jego zrealizowania. Myślę, że jest to bardziej próba ożywienia dźwięku, specyficzny dialog instrumentów, ustępowanie miejsca i agresywne zajmowanie przestrzeni. Jest to również artystyczna praca inżyniera dźwięku. Chcę być dobrze zrozumiany: nie definiuję tutaj dubu – dotychczas pojawiło się wiele prób i są one na tyle rozbieżne, że każdy zainteresowany może przyjąć własną interpretację. Wskazuję tylko, że można tę funkcję zrealizować niepozornym ruchem w materii dźwiękowej, wprowadzeniem pływającej powtarzalności, uwydatnianiem fraz i tak dalej. Baza stylistyczna może więc pełnić rolę źródła do dalszej pracy – i mówię to z pełnym szacunkiem do klasyki. Dlatego też tak bardzo lubię nagrania Muzyki Odnalezionej – sztuka korzenna jest bezpośrednia, zrealizowana organicznie i wypełniona detalami. To przede wszystkim ważne źródło, a także inspiracja.

Wspominasz, że „Baron” nawiązuje do muzyki elektronicznej ostatnich dwóch dekad. Są jakieś projekty, nagrania, albumy, które najbardziej kojarzą ci się z tym czasem?

Pierwsze z brzegu inspiracje to działalność takich ludzi i zespołów, jak: Kode9, The Bug, Pole, Digital Mystikz, Loefah, Massive Attack, Beat Pharmacy, Burnt Friedman i Dillinja. Można wymieniać dalej, ale jest to – powiedzmy – podstawa „Barona”.

Utwór „Taniec Łuku” przedstawiany jest jako „opowieść o rytuałach, znajdowaniu siły i prostych regułach” – czy możesz rozwinąć ten wątek? Jakie rytuały, jakie reguły?

Mówię tu o postawie opierającej się na solidnych i niewzruszonych zasadach. „Taniec Łuku” odnosi się bezpośrednio do tradycji sumo, która – jakkolwiek by jej nie postrzegać – jest częścią konkretnej kultury, w kilku znaczeniach zamknięta kręgiem, będąca mikroświatem z własnymi zasadami określonymi od A do Z. Konstrukcja utworu w pewien sposób się do tego odnosi – oszczędność struktury, jej powtarzalność, a zarazem ciężar i sporadyczne dodatki w obrębie punktu centralnego. W dodatku jest to one drop, dość tradycyjna dla korzennego dubu figura rytmiczna.

Częścią kultury jest również taniec, a w Galerii 18A towarzyszyli ci tancerze butoh. Opowiedz więcej o tym przedsięwzięciu oraz o waszej współpracy.

Wspólnie z Olgierdem Dokalskim działamy od czasu wydania mojej płyty „Totem” przez Fundację Kaisera Söze. Koncertując, budujemy struktury oparte na teksturach, bitach i dubie. Galeria 18A zorganizowała wystawę prac Józefa Wilkonia, Jacka Kusza i Jozefa Pilata. Na wernisażu miałem przyjemność zagrać z Olgierdem do opowieści Ani Juniewicz i Wojtka Matejki. To było bardzo interesujące zjawisko, przede wszystkim ze względu na wzajemną reakcję improwizacji muzycznej i tańca.

Podoba ci się takie „wpuszczanie” muzyki elektronicznej do przestrzeni galeryjnej?

Przenikanie się formuł w sztuce jest czymś powszechnym. Przede wszystkim skupiam się na realizacji pomysłów i poszukiwaniu ciekawych inicjatyw. W gruncie rzeczy, najważniejsze jest to, co chce się opowiedzieć. Staram się więc wyważyć, na ile moja muzyka sprawdzi się w danym miejscu – niezależnie, czy jest to przestrzeń galeryjna, klub, czy sala koncertowa.

Zaznaczasz, że praca nad „Baronem” różniła się od pracy nad „Totemem„. Co miałeś na myśli?

„Totem” to płyta, której głównym motorem są improwizacje gości. Styl pracy nad tamtym albumem polegał na opracowaniu szkiców, które wraz z dodanymi partiami określały kierunek aranżacji. „Baron” z kolei jest materiałem w pełni solowym, więc to narzuciło inny tok pracy. Wstępnie tworzyłem podstawowe wersje utworów, które po osiągnięciu wystarczająco zamkniętej formy kompletnie dekonstruowałem. Najwięcej czasu zajęło odkładanie pierwszej wersji, aby wrócić do niej z większym dystansem.

Masz już pomysł na następcę „Barona”?

Jasne! W chwili obecnej, co prawda, skupiam się nad finalizacją albumów współtworzonych w duetach, natomiast mam już zaplanowany sound design na kolejne solo.

W jakich duetach będzie można więc cię usłyszeć w najbliższym czasie?

Oprócz Sarmacji, pracuję równolegle nad miejskim materiałem, łączącym punkowe podejście do grime’owych i połamanych struktur oraz nad czymś wstępnie określonym uroczo jako stoner dub. Poza tym działam na bieżąco.

fotografia autorstwa Aleksandry Rymarowicz

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze