Aphex Twin – Collapse EP
Ania Pietrzak:

Ukochany troll częstuje kryształami.

Tim Hecker – Konoyo
Jarek Szczęsny:

Wkurz przemądrzałego realistę.

Kaczmarek – K.A.C.Z.M.A.R.E.K.
Paweł Gzyl:

Kolejny krok w stronę eksperymentu.

Envee, Teielte oraz Petite Noir
Jarek Szczęsny:

Polska i reszta świata.

The Lotus Eaters – Desatura
Paweł Gzyl:

Wycinki ze studyjnych improwizacji.

Marie Davidson – Working Class Woman
Jarek Szczęsny:

Alternatywny bal.

Puce Mary – The Drought
Paweł Gzyl:

Dominacja czy uległość?

The Dumplings // Oxford Drama
Jarek Szczęsny:

Młodzi, zdolni, elektroniczni.

Various Artists – Air Texture Vol. VI – Selected By Steffi & Martyn
Paweł Gzyl:

Breakbeatowa wersja ambientu.

Szun Waves – New Hymn To Freedom
Jarek Szczęsny:

Pasuje jak ulał.

Stephen Lopkin – Clyde Built
Paweł Gzyl:

Świetlista elektronika w stylu Motor City.

Oiseaux-Tempête – Tarab
Łukasz Komła:

Nie pomińcie tego!

Murcof – Lost In Time
Ania Pietrzak:

危機

Wilhelm Bras – Living Truthfully Under Imaginary Circumstances
Jarek Szczęsny:

Budowniczy syntezatorów.



Buszujący w śmieciach – rozmowa z Maćkiem Stępniewskim

Ciemny, niski fundament muzyki.

Maciek Stępniewski zajmuje się sztukami audiowizualnymi, w tym także muzyką, do której tworzy przepiękne okładki. Poniżej zapis rozmowy o elektronicznych brzmieniach, samplach i o tym, dlaczego właśnie Burial.

Emilia Stachowska: Twój facebookowy fanpage został założony całkiem niedawno, materiałów też nie ma na nim zbyt wiele, więc zacznijmy od początku: kto kryje się za projektem Krew? Wiem, że swoje życie zawodowe związałeś ze sztukami audiowizualnymi – opowiedz o tym trochę więcej.

Maciek Stępniewski: Faktycznie, jestem prawdziwym magistrem sztuk po PJATK. Wydział nowych mediów, kierunek grafika, specjalizacja animacja. Ta wizualna strefa zawsze była mi bliska, chyba nie mniej niż muzyka. Film na przykład, film jest super. Studia były dla mnie świetne, bo mało wyspecjalizowane, co wielu osobom zresztą przeszkadzało – niektórzy chcieli zajmować się konkretnie projektowaniem, a nie 3D, albo na odwrót, ale ja to lubiłem, bo mogłem spróbować wszystkiego po trochu. Cały czas realizuję swoje projekty, jakieś plakaty, animacje, video art. W tej chwili pracuję nad ośmioma (powtarzam: ośmioma) krótkimi filmami naraz i to już jest poważna przesada, wręcz problem. Niedawno odpaliłem też swoją stronę, gdzie można sobie te wszystkie sprawy obczaić. Stricte zawodowo natomiast: od razu po obronie pracy dyplomowej trafiłem do super studia zajmującego się raczej zaawansowaną technicznie grafiką komputerową, no i zostałem, już prawie rok. Muzyka w tym wszystkim ma takie miejsce, że jest bardziej pasją, ale też chyba jednak najważniejszą dziedziną, w której jakoś prywatnie się realizuję i bardzo sobie cenię to, że mam taką odskocznię, że ona nie jest zawodowa.

Twoje portfolio jest naprawdę szerokie. Jak sam wspomniałeś: fotografia (okładki wydawnictw są twojego autorstwa, prawda?), video, grafika, plakaty. Co było pierwsze?

Zaczęło się nie od sztuk wizualnych, a od pisania opowiadań. Pierwsze popełniłem gdzieś w podstawówce, miało labirynt, żywe szkielety i portal sztuk jeden. Wydrukowałem je wtedy i wszystkim rozdawałem. Oczywiście było straszne, ale piętnaście lat i sto tekstów później potrafię dobrze pisać. Wizualnie pewnie rysowanie, zaraz potem fotografia i tutaj owszem, okładki są moje, większość zdjęć na nich również, chociaż nie wszystkie. Cała reszta przyszła później. Photoshopa odpaliłem dopiero na studiach.

A muzyka? Pamiętasz swoje pierwsze muzyczne fascynacje?

Myślę, że to był Green Day. I potem The Rasmus, to był szał, okropnie mnie męczyło, jaką piosenkę mam wybrać jako moją ulubioną. Korn, Slipknot, Nirvana, te sprawy. Dzisiaj się pewnie wstyd przyznawać, jeszcze w naszym niezalu, ale ja mam nawet mały tatuaż związany z Kornem, więc chyba muszę, może mnie nie wyrzucą z Trzech Szóstek. Wciąż lubię te rzeczy, chociaż na pewno w inny sposób, no i lubię też wiele innych. Pamiętam taki moment, chyba gdzieś w gimnazjum, że wydawało mi się, że posłuchałem już wszystkiego, naprawdę wszystkiego, może poza tymi zespołami starszymi niż ja, jakieś tam Velvet Revolver, ale one nigdy mnie nie kręciły. Miałem pewnie ze dwadzieścia płyt i nie wierzyłem, że coś podobnego do In Flames i Trivium jeszcze istnieje. Wtedy odkryłem rekomendacje na Last.fm. Pierwszym zespołem było Ill Nino, włączyłem na YouTubie i to był koniec, cały świat stanął otworem. Takie czasy, kiedy to internet był, ale raczej jako swego rodzaju dodatek. Jakiś czas później postanowiłem sprawdzić, co to ten cały Burial, no i potem już było z górki. Słuchałem dzisiaj Buriala zresztą, po obejrzeniu materiału z Resident Advisor, w tym temacie nic się nie zmieniło.


Dlaczego akurat Burial?

Wydaje mi się, że po prostu wszyscy o nim wtedy mówili. Poprzestawiał grę, więc – choć ja tego nie pamiętam – na pewno był szum i do mnie gdzieś też w tych internetach dotarł. To nie ja, to oni. Ale jak mnie wzięło, to koniec. Atmosfera, to jest w tym przypadku słowo klucz. Wcześniej pewnie wydawało mi się, że muzyka elektroniczna to taka jak na dyskotece, a jakie dyskoteki mogłem widzieć w polskich kurortach nad morzem, to chyba lepiej sobie nie przypominać.

Twoje materiały, które wydane zostały przez Trzy Szóstki, określane są najróżniejszymi etykietkami – downtempo, trip-hop, witch house, a nawet instrumentalny hip hop. Czy któraś z tych estetyk faktycznie jest ci bliska? Zwracasz na nie uwagę jako słuchacz?

Średnio. To są takie narzędzia i wiadomo, że mogą być zarówno użyteczne, jak i szkodliwe. Należę do tych osób, które wciąż gromadzą archiwum plików na komputerze, używam też jakiejś starej wersji iTunes, no i tam jest miejsce na gatunek. W moim przypadku nie uświadczysz ani techno, ani house, ani tych powyższych, jest tylko „electronic”, wszystko w jednym worku. Niemniej te cztery określenia pasują do moich rzeczy, przynajmniej w moim ich rozumieniu. Hip hop to na pewno ważna dla mnie kategoria, lubię jak się buja dźwięk. Witch house był ciekawy, co? Mnie to kręciło, chociaż chyba nigdy nie znalazłem czegoś takiego, co by było dokładnie takim, jakim ja bym chciał, żeby było. Może dlatego samemu musiałem trochę porobić. Trip-hop to dla ludzi pewnie bardziej Portishead, a dla mnie Kanał Audytywny, ale spoko. A co to znaczy downtempo, to ja w sumie nie wiem, Bonobo mi przychodzi do głowy, ale to chyba bardziej techniczne określenie. Podsumowując: tak, mogą być mi bliskie. Nie, nie przywiązuję się do nich zbytnio. [uśmiech]

Co takiego musi zatem być w tych elektronicznych brzmieniach, aby zwróciły twoją uwagę?

Obawiam się, że moją uwagę zwraca zupełnie wszystko, więc pewnie nie potrzebują niczego specjalnego, ale żeby zostały ze mną jakoś bardziej, chyba muszą mieć autorski charakter, swoistą unikalną atmosferę. Myślę teraz o Eskmo, Holy Other i Baths. Można ich ze sobą zestawić, ale na dobrą sprawę są kompletnie różni, a na dodatek nie ma nikogo innego takiego jak oni. Zobacz, Buriala przecież kopiuje, literalnie kopiuje, od groma osób, otwarcie zresztą o tym mówiąc. Volor Flex jakoś tam wyszedł na swoje, ale w większości przypadków to jest wszystko takie samo. Fajne, jasne, że tak. Ale zapamiętuje się Buriala, nie tych pozostałych. W muzyce klubowej są takie gatunki wypełnione, chciałoby się powiedzieć, generycznymi kawałkami. Albo te trapy, one są super, ale są wszystkie identyczne. Przesadzam może trochę, ale w dużym stopniu tak jest. Myślę, że tu się dobrze sprawdza porównanie do kina. Gatunkowe filmy mogą być świetne i ja również je lubię. Niemniej, mnie bliższa jest twórczość reżyserów (ale także scenarzystów czy operatorów, Adam Arkapaw, wielka namiętna miłość), w której dostrzegasz pewną spójność pomiędzy różnymi dziełami, jakiś osobisty charakter, którzy w ogóle są j a c y ś.

A sample? Jest jakiś klucz według którego ich szukasz?

Nie, chyba nie. To znaczy, ja ich w ogóle nie szukam. Nie jest tak, że myślę: „o, tutaj muszę mieć takie puk puk” i następnie wstukuję puk puk w wyszukiwarkę. Jest to raczej nieustanne gromadzenie ogromnych, ogromnych ilości materiałów. Jestem buszującym w śmieciach, nie kupuję żadnych paczek, ale z drugiej strony nie sampluję też innych wykonawców, więc to faktycznie są różne dźwięki pomyślane do wykorzystania w ten sposób. Tego jest od groma, trudno się opędzić. Kilka tygodni temu potrzebowałem trochę nowych zabawek, więc odwiedziłem jedną ze stron oferującą sample i ściągnąłem wszystkie ich darmowe próbki, kilkanaście giga loopów. Unikam podkradania; rzeczy, z których korzystam, po prostu leżą sobie w internecie i są do wykorzystania. Czasem mam wrażenie, że jest to tak oczywiste, że mało kto tak robi. Zresztą sytuacja ma się dokładnie tak samo z różnymi wtyczkami: jest tyle świetnych, darmowych instrumentów, że płacenie ciężkich pieniędzy za inne to chyba tylko kwestia lenistwa, no bo presety gotowe.

Możemy tutaj zresztą wrócić do okładek. Jak powiedziałem wcześniej, na większości z nich są moje zdjęcia, ale na dwóch obrazki ordynarnie wzięte z darmowego stocku. Nie wiem, czy ich autorzy łatwo by je rozpoznali, niemniej są to właśnie takie śmieci. Dla mnie właściwie nie różnią się od wykonanych własnoręcznie, są tak precyzyjnie wyselekcjonowane i spędzam z nimi tyle czasu, że w pewnym sensie stają się moje.

Praca nad albumem lub EP-ką wygląda u mnie tak, że przychodzi, no cóż, pomysł. Ten pomysł zawiera w sobie atmosferę, jakiś kolor, na poziomie ogólnego skojarzenia też brzmienie. Potem potrzeba kilku dni na przedzieranie się przez sample i selekcję setek, naprawdę setek plików, które jakoś tam zdają się pasować. Niewielki ich procent ostanie się do końca, po obracaniu tego dookoła, zestawianiu różnych rzeczy ze sobą, montowaniu ich z – nazwijmy to – własnoręcznie zagranymi fragmentami, czy rozplanowanymi beatami. Oczywiście, pewnym problemem staje się spójność materiału, ale staram się to obchodzić właśnie wspólnym rdzeniem, stopą, werblem, basem, a na dodatek sample samplami, ale na koniec jakoś pasują do siebie te kawałki chyba.

W jakich kolorach widzisz swoją muzykę? W jakiej atmosferze jest ona zanurzona?

Myślę, że to są dokładnie te kolory, które pojawiają się na okładkach, a więc inne przy każdej płycie. W ramach Krwi były więc czerwień i błękit i zieleń i potem czarno-biała, miejska okładka, no i fiolet. Trudno to wyjaśnić, ale one definitywnie pasują do tego dosyć abstrakcyjnego, dziejącego się na poziomie skojarzeń, nastroju, który dla każdej z nich zawczasu wymyślałem. Jak to działa, nie potrafię wytłumaczyć, być może działa tylko dla mnie. Gdzieś pod nimi chyba jest coś ciemnego, co może koresponduje z niskimi, basowymi dźwiękami. Wysokie dźwięki spoko, ale ja muszę mieć swój niski, ciemny fundament.

A myślałeś o tym, aby zaprosić do współpracy wokalistów/wokalistki?

Myślałem. Trochę próbowałem wśród moich znajomych, ale średnio wychodziło, jakoś generalnie nie miałem szczęścia do wpadania w kreatywne środowiska, co zresztą jest chyba poważną ironią. Ostrożnie zdradzam, że są takie, dość odważne, plany na przyszłość. Ale czy wypalą?

Ale Trzy Szóstki stworzyły wokół siebie kreatywne środowisko. Jak trafiłeś do labelu?

Stworzyły, to jest najprawdziwsza prawda. I myślę, że będzie tylko lepiej. Moja historia jest bardzo prosta: miałem gotowe materiały, w zasadzie byłem zdecydowany na opublikowanie ich samemu, niby trochę głupio, bo takie fajne, ale też bez większego bólu, głownie z samym sobą chcę się komunikować całą tą twórczością. Wtem, zobaczyłem post o uruchomieniu labelu, stan wątpliwości zero, mail wysłany, przypasowało. Także po prostu moc internetu i teraz jestem tutaj, opowiadam jakieś głupoty. [śmiech]

Dlaczego zdecydowałeś się na wydawanie swojej muzyki pod dwiema nazwami?

Już wcześniej publikowałem swoje płyty, ale nie powiem pod jaką nazwą, bo jeszcze ktoś znajdzie, chociaż dwie ostatnie nie były jakieś kompletnie tragiczne. Nieustannie toczyła się wtedy taka walka pomiędzy lżejszymi, spokojniejszymi brzmieniami, a – za przeproszeniem – pierdolnięciem. Ostatnia płyta tamtego projektu w zasadzie się przez to rozerwanie nie ukazała. To znaczy, wrzuciłem ją na Soundcloud ze dwa lata później, ale w swoim czasie mnie to jakoś pokonało. Żeby móc coś robić dalej, musiałem rozdzielić te dwa podejścia.

Planujesz występy na żywo? Przy jakich wizualizacjach sprawdzi się twoja muzyka?

Dotychczas nie planowałem, ze względu na to, że byłoby to puszczanie muzyki, a nie jej granie. Moich rzeczy w zasadzie nie dałoby się uczciwie odtworzyć, ponieważ one są zaprojektowane, a nie zagrane. W najlepszym wypadku dałoby się grać jakąś jedną ścieżkę, a reszta by sobie leciała sama. Niektórzy tak robią, ja niezbyt lubię na to patrzeć. Zresztą, sam pomysł na to, może jakiś zalążek potrzeby, dopiero niedawno się pojawił we mnie, w ogóle mi na tym nie zależało wcześniej. That being said, nowe materiały znacząco bardziej sprzyjają faktycznemu graniu. Do tego dołączył właśnie pomysł wizualizacji, również tworzonych na żywo. Jak konkretniej miałyby one wyglądać – nie wiem. Na pewno samo wypracowanie takiego występu, który by mnie satysfakcjonował, będzie dłuższym procesem. Można to gdybanie zacząć od wygooglowania „touchdesigner”.

No właśnie, nowy materiał – opublikujesz coś najbliższym czasie? Nadal będziesz wydawał w Trzech Szóstkach?

Jak mnie nie wywalą po tych Kornach i Slipknotach, to jak najchętniej! Nowe rzeczy się robią. Dużo, różnych. W wakacje pojawi się kilka pojedynczych kawałków, potem może jeszcze jedna mała niespodzianka, taki spin-off. Do ukończenia płyt obu projektów jeszcze trochę brakuje, ale będą i sądzę, że będą super, nawet mnie trochę zaskakuje to, jak dobrze zaczynają się prezentować. Oprócz tego mam sporo rzeczy, które nie pasują do żadnego z moich dwóch projektów, czy to pokończonych, czy rozgrzebanych, no i sto dwadzieścia pomysłów dziennie, a że niezbyt potrafię przestać pracować, to materiału nie zabraknie. [uśmiech]

Dziękuję za rozmowę!

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze