MONOH – MONOH
Łukasz Komła:

W oparach myśli.

ISAN – Lamenting Machine
Paweł Gzyl:

Najbardziej wyciszona płyta angielskiego projektu.

Stephen Mallinder – Um Dada
Paweł Gzyl:

Efektowny powrót weterana.

Piernikowski – The best of moje getto
Jarek Szczęsny:

Ile w tobie jest z białasa. (Tekst zawiera przekleństwa)

Pyur – Oratorio For The Underworld
Paweł Gzyl:

Wędrówka do krainy między życiem a śmiercią.

Kim Gordon – No Home Record
Jarek Szczęsny:

Zaskoczenie? Niekoniecznie.

Boreal Massif – We All Have Impact (Even Hippies Do)
Paweł Gzyl:

Trip-hop is not dead (yet).

Electric Sewer Age – Contemplating Nothingness
Maciej Kaczmarski:

Kopia mistrza.

Emptyset – Blossoms
Paweł Gzyl:

Producenci z Bristolu wkraczają na nowe terytoria.

Nagrobki – Pod Ziemią
Jarek Szczęsny:

Poważni jak śmierć.

LDY OSC – sōt
Paweł Gzyl:

Click & cuts na nowo.

Nick Cave and the Bad Seeds – Ghosteen
Jarek Szczęsny:

Pomnik żałoby.

Pablo Mateo – Weird Reflections Beyond The Sky
Paweł Gzyl:

Techno do tańca.

Danny Brown – uknowhatimsayin¿
Jarek Szczęsny:

Gorączkowe wizje rapera.



Noname – Room 25

Końska dawka emancypacji.

W takich chwilach cieszę się, że mam naturę księgowego. Zrobię mały coming out i ujawnię, że od 2015 roku spisuję wiernie każdą płytę wydaną w danym roku, którą przesłuchałem. Zaczynałem od wpisywania tego do edytora tekstu, ale po roku przerzuciłem się na arkusze kalkulacyjne. Lepsza możliwość statystyk, filtrowania itd. W przypadku opisywanej płyty czym prędzej sięgnąłem po zapiski z roku 2016 i oto co sobie zanotowałem odnośnie pierwszego mixtape`u Noname „Telefone”: „warta uwagi płyta, uszy otwarte na przyszłość”. Warto było czekać bo urodzona w 1991 roku w Chicago Fatimah Nyeema Warner postanowiła uraczyć nas swoim pełnowartościowym debiutem w postaci „Room 25”. Liczba 25 wymieniona w tytule odnosi się do wieku raperki, w którym dokonała wielu przewartościowań w życiu i wzmocniła swoją pewność siebie. Efekty tego przełomu są wystrzałowe.

Przede wszystkim Noname czerpie garściami z dokonań czarnej muzyki. Szczególnie jeśli chodzi o ciepłotę brzmień. Dobrym przykładem jest „Don’t forget about me”. Neo-soul spod znaku D`Angelo (jest o nim wzmianka w tekście) wypada znakomicie. Trochę rodzinnych kwestii zostaje poruszonych. W pierwszym „Self” również słychać podobne wpływy. Ten sam spokój, to samo przywiązanie do płynnego rytmu. Różnica wypływa z tekstów. Odwołanie się do kwestii rasy miesza się z kwestiami odnośnie płci: „Y’all really thought a bitch couldn’t rap huh?”. To stanowi dobrą wykładnię tego co można znaleźć na płycie, z której emanuje pewność siebie i końska dawka emancypacji: „My pussy teachin ninth-grade English / My pussy wrote a thesis on colonialism”.

Z impetem petardy wybucha „Montego Bae”. Na wokalu gościnnie występuje Ravyn Lenae. Tematyka jest słoneczna: seks, Jamajka. Koniecznie trzeba posłuchać co w tle wyprawia bas i fortepian. „Blaxploitation” to termin z dziedziny filmowej. Niskobudżetowe produkcje koncentrowały się na wątkach afroamerykańskich. W oparach funku i soulu toczyły się proste (często stereotypowe) historie. Noname w tym miejscu proponuje zestaw filmowych cytatów i popis zdolności raperskich. „Prayer Song” zawiera jedną z bardziej kąśliwych uwag wygłoszonych na albumie: „Don’t nobody got no holy, everybody got an iPhone”. Cierpki utwór nagrany w towarzystwie Adama Nessa zawiera w sobie świetny, perkusyjny podkład, który przypomina The Roots.

Raperka ma też szczęście do współpracowników. Współproducent albumu Phoelix pomaga jej w okiełznaniu muzycznej materii. Występuje też w „Window”, który ma znakomity wstęp. Niczym dziecięca zabawka w otoczeniu smyczkowej aranżacji. Płynny stan utworu pozwala Noname zmierzać w stronę Erykah Badu. To jeden z moich faworytów. Uwagę zwraca otwartość tekstu: „I knew you never loved me but I fucked you anyway / I guess a bitch like to gamble, I guess a bitch like to lonely”. Generalnie stosunki damsko-męskie są ważnym elementem płyty. Wciąga również utwór finałowy. Przedłużający się wstęp nie daje jasnego sygnału, kiedy wystąpić ma mistrzyni ceremonii. W „no name” wyłuszcza swoje racje. Wszystko na świetnym podkładzie i z soulowym wykończeniem. „Room 25” to świetna płyta, od której można się szybko uzależnić, szczególnie, że trwa tylko 35 minut. W tym przypadku przystępność jest zaletą, a najlepsza jest jej liryczna gimnastyka.

Wyd. własne | 2018

Bandcamp
FB

 

 

Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze