Ovandra – Retrofuture
Paweł Gzyl:

Radosne buszowanie w skarbcu trance’owych brzmień.

Ben LaMar Gay – Confetti In The Sky Like Fireworks (This Is Bate Bola OST)
Łukasz Komła:

Tym razem Ben LaMar Gay w roli kompozytora muzyki filmowej. Obraz „This Is Bate Bola” pokazuje mało znane oblicze brazylijskiego karnawału.

William Basinski – On Time Out of Time
Ania Pietrzak:

Powrót do przyszłości.

Lakker – Epoca
Paweł Gzyl:

Zwierciadło naszych czasów.

Abul Mogard – And We Are Passing Through Silently
Maciej Kaczmarski:

Zjawiska duszy.

Recent Arts – Skin
Paweł Gzyl:

Ambient, minimal, industrial i… piosenki.

Spopielony – Legendy
Jarek Szczęsny:

Duchologia, analogowy anturaż i zakurzony ambient.

Klangwart – Bogotá
Łukasz Komła:

Niemiecka elektronika spotyka kolumbijskie szaleństwo.  

Locked Groove – Sunset Service
Paweł Gzyl:

Hołd dla belgijskiej muzyki klubowej sprzed ćwierć wieku.

Gesaffelstein – Hyperion
Maciej Kaczmarski:

W czarnej dupie.

Hugh Marsh – Violinvocations
Jarek Szczęsny:

Dowód na istnienie skrzypiec.

Pfirter – The Empty Space
Paweł Gzyl:

Spóźniony, ale udany debiut.

Ossia – Devil’s Dance
Maciej Kaczmarski:

Sam w mroku.

MDD – Reverse The Contrast
Paweł Gzyl:

Ekstremalna wizja techno.



Drew McDowall – The Third Helix

Mikrokosmos / makrokosmos.

„Muzyka żyje w przestrzeni pomiędzy poezją a katastrofą.” – Arne Nordheim

Drew McDowall przeżywa artystyczny renesans. Zaczynał pod koniec lat 70. w założonym przez siebie post-punkowym zespole The Poems. W kolejnych dekadach koncertował i nagrywał jako regularny członek legendarnych grup Psychic TV i Coil, zaś w bieżącym stuleciu współtworzył projekty Captain Sons And Daughters i Compound Eye. Przed trzema laty zainaugurował działalność solową albumem „Collapse”, którego następca – „Unnatural Channel” – ukazał się w ubiegłym roku (nasza recenzja tutaj). W październiku McDowall odwiedzi Polskę – na festiwalu Unsound zaprezentuje materiał z płyty Coil „Time Machines”.

Wszystkie wymienione wyżej przedsięwzięcia – zarówno kolektywne, jak i samodzielne – łączy wyraźny wspólny mianownik, który można z grubsza określić jako zamiłowanie do dźwiękowych eksperymentów i nacisk położony na atmosferę nie z tego świata. Najnowszy album McDowalla gładko wpisuje się w ów modus operandi. Jak głosi notatka prasowa, tematem przewodnim „The Third Helix” jest „ćwiczenie w rozwikłaniu DNA halucynacji” (czy są to omamy samoistne, czy też wywoływane za pomocą hipnozy lub środków odurzających – nie wiadomo). Nie dziwi zatem hipnagogiczna, halucynacyjna aura muzyki.

Zawartość „The Third Helix” nie jest tak gwałtowna jak poprzednie płyty McDowalla, choć emanuje podobnym niepokojem. Ewokuje też nieco inne stany – podczas gdy „Collapse” i „Unnatural Channel” stanowiły dzieła kojarzące się z jakimś tajemniczym obrządkiem magicznym, ten album brzmi jak alternatywna ścieżka dźwiękowa do filmu z uniwersum „Obcego”. Tak jakby było się emanacją jednoosobowej ekspedycji badającej głębokie jaskinie na odległej planecie, gdzie jedynym źródłem światła jest wąski snop halogenowej latarki, a odgłosy kroków odbijają się złowróżbnym echem od skalnych ścian.

Klamrę spinającą całość stanowią majestatyczny „Rhizome” (są tu nawet smyczki) i kojący „Immanent”. Pomiędzy nimi rozpościera się blisko pół godziny mrocznej, wielowarstwowej elektroniki zbudowanej z przepastnych dronów, poszatkowanych wokaliz, metalicznych akordów, pulsujących pogłosów, widmowych powidoków, przetworzonych smyczków i syntezatorów modularnych. Dźwięk jest ulotny i zarazem tak namacalny, że niemal trójwymiarowy. Muzyka stworzona do medytacji, kontemplacji i innych form podróży.

Dais Records | 2018

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze