Babadag – Šulinys
Jarek Szczęsny:

Nie budźcie śniącego.

Lee Gamble – In A Paraventral Scale
Paweł Gzyl:

Początek trylogii.

Maurice Louca – Elephantine
Łukasz Komła:

Gargantuiczna bliskość jazzowego kosmosu.

Hoera. – ≈
Łukasz Komła:

Uderzająca subtelność. 

Julia Kent – Temporal
Jarek Szczęsny:

Hipnotyzowanie słuchacza.

Bendik Giske – Surrender
Jarek Szczęsny:

Zagwozdka.

Wiktor Stribog – Poradnik Uśmiechu OST
Stanisław Bryś:

Grzybowe melodie w duchologicznym sosie. 

Orphan Ann – The Practice Of Surrender
Paweł Gzyl:

Piękno w mroku.

Ami Shavit – Yom Kippur 1973
Jarek Szczęsny:

Inspirowane wojną.

Jakub Lemiszewski – Podróż Na Wschód – Część I
Jarek Szczęsny:

Kuba i kamień filozoficzny.

Mchy i Porosty – The Dead Pterodactyl
Mateusz Piżyński:

Techno na strychu.

Nkisi – 7 Directions
Jarek Szczęsny:

Kosmos można stracić z oczu.

Robert Farrugia ‎– Adrift
Mateusz Piżyński:

Harmonijny ambient z mrokiem tylko na okładce?

Passarani – W.O.W.
Paweł Gzyl:

Rzym-Detroit-Chicago-Sheffield.



Kamp Dare

Kamp – „Dare”

Recenzje „Dare” zaczynają się zazwyczaj od retrospektywnych akapitów. Nic dziwnego – mija niemal dokładnie 10 lat od pierwszych koncertów tria (pierwsza wzmianka o zespole pojawiła się na NM 6 października 2008). Pełne beztroskiej energii, świetnie przygotowane sety szybko stały się rewelacją wśród klubowej publiki. Zobaczcie zresztą sami – może komuś zakręci się łezka w oku?

Kamp! (Cafe Miesna, 03.10.2008) from kamp! on Vimeo.

Już rok później Kamp! obskakiwał największe polskie festiwale, a dzięki świetnie przyjętej epce i singlowi „Breaking a Ghost’s Heart” szybko osiągnął status jednego z najgorętszych zjawisk niezależnej sceny w Polsce. Co było potem, wiadomo.

Ciekawe, że doskonałe recenzje, kolejne płyty i epki, a przede wszystkim wyprzedawane z łatwością koncerty nie przełożyły się na jakiś szerszy komercyjny sukces tego projektu. Być może to specyfika naszego rynku: zapotrzebowanie na właśnie taką muzykę jest u nas (delikatnie mówiąc) wciąż ograniczone. Mówiąc językiem marketerów: w Polsce panowie z Kamp! osiągnęli chyba maksymalne możliwe zasięgi. A za granicą wszystko jest jednak zawsze dużo bardziej skomplikowane.

Być może „Dare” ma być właśnie reakcją zespołu. Próbą przeskoczenia zastanych ograniczeń, ucieczką do przodu. „Chcemy grać techno dla przeciętnego Kowalskiego” – mówią dziś w jednym z wywiadów. No właśnie, tylko gdzie jest ten przeciętny Kowalski? A przede wszystkim: gdzie jest to techno? Na „Dare” nie ma go prawie wcale. Pojedyncze echa pojawiają się być może chyba tylko w „Dalidzie”, najlepszym moim zdaniem fragmencie tej płyty (i jednym z najlepszych kawałków w dorobku zespołu).

Reszta to zestaw świetnie napisanych, popowych numerów, z których w zasadzie każdy mógłby ukazać się na osobnym singlu. Dominują standardowe struktury: słychać, że panowie z przyjemnością bawią się klasycznym „songwritingiem” (no jak to brzmi?!). Produkcyjnie natomiast „Dare” to prawdziwy majstersztyk. Słychać tu mnóstwo pracy, każdy dźwięk wyszlifowany na wysoki połysk, każdy numer pełen błyskotliwych momentów.

Trzeba się chyba cieszyć, że współpraca z producentem Bartkiem Dziedzicem zakończyła się po nagraniu dwóch ubiegłorocznych singli. Należę do grupy, dla której premiera „Deny” była wówczas prawdziwym szokiem (i cieszę się, że nie wszedł ostatecznie na album). „Dare” to już łatwo rozpoznawalny Kamp!. Przepuszczony intensywnie przez autotune, sięgający nawet po echa trapów, ale jednak: Kamp!.

No dobrze, wróćmy do przeciętnego Kowalskiego. Być może wydając „Dare” Kamp! wysyłają mocny sygnał: „spróbujemy przesunąć kilka granic, poszerzyć ten rynek”. Tylko czy w Polsce taka muzyka jest w stanie wygenerować miliony odsłon na YouTube? Czy Kowalski jest w stanie zabujać się w zespole, który nie śpiewa po polsku? Ta odważna próba na pewno zasługuje na uznanie. Losy „Dare” pokażą, czy nasz rynek ma dodatkowy potencjał. Lub dodatkowe zasięgi.

I na koniec: Panowie, dzięki za dotychczasowe 10 lat!

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze