jitwam. – Honeycomb
Ania Pietrzak:

Indie, medytacja i ciepły funk.

Benjamin Fröhlich – Amiata
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.

Vsitor – Keep On Running
Łukasz Komła:

Rozdrapywanie aksamitu.

Paula Temple – Edge Of Everything
Paweł Gzyl:

Techno-huragan.

Little Simz – GREY Area
Jarek Szczęsny:

Istotnie, miażdży.



Anna Calvi – Hunter

Dziewczyny przejęły gitary.

Jakiś czas temu tzw. internety miały pożywkę dla ubawu, gdyż redakcja „Teraz Rock” opublikowała ranking „15 płyt na 15 lat”, który to miał uświetnić celebracje piętnastych urodzin magazynu. Tematem do żartów były muzyczne nominacje oraz to, że programowo polski miesięcznik postanowił nie wymieniać polskich płyt. Pomimo śmichów-chichów dwie rzeczy zwróciły moją uwagę. Po pierwsze nie znalazło się tam kilka wydawnictw (zagranicznych oczywiście), które ja uważam za muzykę rockową, a po drugie tego typu zestawienie stanowi głos świata, który już przeminął, ale o tym nie wie. W ten sposób przechodzę do opisu najnowszego krążka Anny Calvi pt. „Hunter”, żeby zwrócić uwagę szanownej redakcji, że najlepsze gitarowe płyty ostatnich lat, wychodzą spod strun kobiet.

Anna Calvi w swojej dyskografii ma lepsze albumy na swoim koncie niż najnowszy. Po wyrzuceniu z siebie powyższego część z was, może opuścić tę recenzję. Tego bym nie rekomendował, bo talent Brytyjki tym się objawia, że u niej „gorzej” u innych znaczy „znakomicie”. Przy okazji styczności z jej twórczością, muszę podkreślić moje umiłowanie jej zdolności kompozytorskich. Piosenki Calvi są bogate, pomysłowe i nad podziw chwytliwe. Na płycie „Hunter” znalazło się kilka takich numerów, ale to duch glam rocka nawiedza nas tu co i rusz. „Don’t Beat the Girl out of My Boy” jest tymi wpływami przesiąknięty, a do tego dochodzą jeszcze kwestie dżenderowe. O tym, że nie ma jednego dżendera zaświadcza Emilia Kaczmarek w zbiorze felietonów „Co to właściwie jest ten dżender?” (tu).

Zwolennicy Davida Bowiego pewnie skojarzą sposób wyśpiewywania słów refrenu „Chain” ze słynnym utworem „Changes”. Stawiam, że to zabieg przemyślany i nieprzypadkowy. Do tego dochodzi igranie z rolami płci: „I’ll be the boy you be the girl I’ll be the girl you be the boy I’ll be the girl (wonderful feeling)”. W rezultacie otrzymujemy świetny kawałek, który powinien być przyjmowany owacyjnie na koncertach. Otwarcie wypada równie dobrze. „As a Man” zwraca na siebie uwagę sposobem w jaki artystka tonuje napięcie i trzyma wszystko na wolnym ogniu. Dopiero w końcu wspina się na wyżyny swoich operowych wokaliz. Przyznam się bez bicia do słabości wobec jej ekspresji. „Indies or Paradise” są dla mnie pierwszym zgrzytem. Na pierwszy rzut oka niczego nie brakuje, ale to wszystko wydaje się jakoś zbyt proste, jak na naszą bohaterkę. To samo mogę napisać o „Wish” i „Away”.

Przeciwwagą dla nich stanowi „Eden” – balladowy, prosty i ujmujący. Istotny jest dla mnie „Hunter”. Jak to się zaczyna: „I dress myself in leather / With flowers in my hair / The red light of the window / Nothing can compare”. Kipi od domysłów i dorzuca do pieca. Szczególnie, że sprytna Brytyjka przemyca tu pewien składnik, który fanom Angelo Badalamentiego szybko powinien skojarzyć się z motywem przewodnim serialu o pewnym, amerykańskim miasteczku. Wracając do samego utworu, który jest jednym z najlepszych na płycie, należy uczciwie przyznać, że takich piosenek nieco brakuje w dalszej części. „Swimming Pool” jest z zupełnie innej beczki. Wodnisty początek szybko przybiera formę ballady, a na pierwszym planie rozchodzi się głos Calvi. Nic nie poradzę, że ta stylizacja na mnie działa. W trakcie rozkrzyczanej końcówki lubię zwiększać poziom głośności. Jak sobie pomyślę o tym co mi się dziś najbardziej podoba w muzyce gitarowej to cisną się nazwiska samych kobiet: PJ Harvey, Courtney Barnett, St. Vincent i właśnie Anna Calvi. Więc jeśli tak miałaby wyglądać przyszłość muzyki rockowej to jestem gotów ponownie zaprzyjaźnić się z tym gatunkiem.

Domino | 2018

Bandcamp
FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze