Lawrence – Illusion
Paweł Gzyl:

Elegancko, stylowo i powściągliwie.

VA – Music of Northern and Southern Laos
Łukasz Komła:

Kompilacja nie ukazuje walki między północą a południem. Kink Gong nadstawił ucho w obu częściach Laosu, tam gdzie zanika tradycja.

Manu Delago – Parasol Peak
Jarek Szczęsny:

Wspinaczka z instrumentami.

Emika ‎– Falling In Love With Sadness
Mateusz Piżyński:

Czy uptempo to dobra kanwa na smutne opowieści?

Terence Fixmer – Through The Cortex
Paweł Gzyl:

Nastrój, nie energia.

Mazutti – Kształt Jazzu Który Ma Dojść
Jarek Szczęsny:

Albo i nie.

Aphex Twin – Collapse EP
Ania Pietrzak:

Ukochany troll częstuje kryształami.

Tim Hecker – Konoyo
Jarek Szczęsny:

Wkurz przemądrzałego realistę.

Kaczmarek – K.A.C.Z.M.A.R.E.K.
Paweł Gzyl:

Kolejny krok w stronę eksperymentu.

Envee, Teielte oraz Petite Noir
Jarek Szczęsny:

Polska i reszta świata.

The Lotus Eaters – Desatura
Paweł Gzyl:

Wycinki ze studyjnych improwizacji.

Marie Davidson – Working Class Woman
Jarek Szczęsny:

Alternatywny bal.

Puce Mary – The Drought
Paweł Gzyl:

Dominacja czy uległość?

The Dumplings // Oxford Drama
Jarek Szczęsny:

Młodzi, zdolni, elektroniczni.



Eklektik Session Wrocław 2018 – relacja

Na przecięciu wyjątkowej muzyki, miejsc i emocji – warto łączyć, a nie dzielić!

Piękny wręcz letni, ale de facto już jesienny weekend, przywitał mnie we Wrocławiu podczas tegorocznej odsłony festiwalu Eklektik Session (5-7 października). W tym roku Nowa Muzyka prężnie starała się opowiadać o wydarzeniach, jakie przygotowali organizatorzy, o czym mówił też sam dyrektor festiwalu – Radek „Bond” Bednarz.

Nie będę ukrywał, że w dużej mierze jechałem na Eklektik Session dla tria z Bergen Building Instrument: Mari Kvien Brunvoll, Øyvind Hegg-Lunde i Åsmund Weltzien. Pewnie pamiętacie, ale jeśli nie, to przypomnę, że ich muzykę można znaleźć w katalogu wytwórni Hubro, opisywanej przeze mnie na NM. W 2014 r. zadebiutowali świetną płytą „Building Instrument”, będącą inspirującym połączeniem muzyki tradycyjnej (norweskiej) z eksperymentalnymi formami, choćby elektroniką i swobodną improwizacją. Po dwóch latach opublikowali kolejny i równie znakomity longplay, pt. „Kem Som Kan Å Leve”.

Piątkowy wieczór rozpoczęli Norwegowie w niesamowitej sali malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych im. E. Gepperta. W intymnej atmosferze, bez pośpiechu i tylko przy zapalonych świecach wybrzmiały pierwsze transowe dźwięki perkusji Hegg-Lunde. Stopniowo dołączyli do niego Kvien-Brunvoll (śpiew, elektronika, cytra) i Weltzien (syntezatory, elektronika). Dzieliły mnie bodaj 4/5 metry od artystów i miało się wrażenie, że grają tak samo dla wszystkich zgromadzonych, jak i dla każdego z osobna, na co wpłynęła niecodzienna aura bliskości (publiczność liczyła ok. 30/40 osób). Szczerość przekazu członków Building Instrument była widoczna gołym okiem. Zresztą ich kompozycje żyły poza rzeczywistością – wyplecioną z głosu Mari (często modulowała go za pomocą elektroniki) i jej cytry, brzmienia perkusji Øyvinda (używał wiele ciekawych przedmiotów – np. różnego rodzaju dzwonków czy mis, do których wrzucał kulkę, po czym kręcił nimi, a jedną z mis w pewnym momencie zamykał dłonią i dociskał do membrany werbla) oraz syntezatorowo-elektronicznych plamach Åsmunda. Niesamowicie zabrzmiał w tej ciemnej sali m.in. utwór „Fall” z „Kem Som Kan Å Leve”. Muzycy wywołani na bis żywiołowymi brawami i okrzykami zagrali jeszcze jedną kompozycję. Nawet problemy z gardłem nie przeszkodziły Mari w wykreowaniu wyjątkowej przestrzeni. Ich koncert na długo będzie we mnie.

Po tym melancholijnym występie trzeba było udać się do klubo-galerii Surowiec, gdzie czekał już nowojorski duet Paris Monster (Josh Dion, Geoff Kraly) wyposażony w syntezator modularny, bas, perkusję, mini mooga i potężny głos Diona. Za konsoletą realizatorską stanął Roli Mosimann. Muzycy przygotowują się do wydania debiutanckiego krążka i czekam na ich materiał. To była energetyczno-transowa bomba, która wybuchła w Surowcu! Po pierwsze, nietuzinkowa ekspresja Diona (perkusja, głos, klawisz mooga) w kontrze do stoickiego spokoju Kraly’ego (bas, syntezator modularny). Po drugie, autentyczność i stu procentowe zaangażowanie. Dion ma bardzo ciekawy styl grania na perkusji (żywiołowy), co w jego wydaniu bardzo mi odpowiada, do tego jedną ręką uderzał w klawisze mooga oraz jednocześnie śpiewał. Po drugiej stronie Kraly wypuszczający z basu różne brzmienia zanurzone w funk’owym groove’ie, modularnych pętlach i zabrudzeniach dźwiękowych. Świetny koncert!

Następnego dnia Eklektik Session przeniósł się do wspaniałego budynku z ogromną historią polskiej – i nie tylko – kinematografii, czyli dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych, a obecnie Centrum Technologii Audiowizualnej. Jako pierwszy tego dnia wystąpił kwartet Sebastiana Studnitzky’ego – niemieckiego trębacza, pianisty, kompozytora i szefa berlińskiego festiwalu XJAZZ. Muzyka Sebastiana została zaaranżowana na kontrabas, fortepian, trąbkę, perkusję, gitarę klasyczną i elektronikę. Znaczna część utworów pochodziła z ubiegłorocznego wydawnictwa „KY organic”. Znakomite zgranie, flow i lekkość w połączeniu z transowością ocierającą się o pulsujące techno stały się składnikami koncertu Studnitzky’ego. Niekiedy nu jazz przeplatał się z akustycznym ambientem, a innym razem można było zamknąć oczy i odskoczyć myślami w kontemplacyjne rejony jazzowo-elektronicznego transu. Pustynny i ciepły dźwięki trąbki Sebastiana bardzo dobrze w tym pomagał. Dopisuję ten set do tych najlepszych z tegorocznej Eklektik Session.

Czego nie mogę powiedzieć w przypadku duetu z Drezna Ätna. Demian (perkusja, elektronika) i Inéz (śpiew, syntezatory). Grubość nakładki z auto-tune’a na głosie Inez zakrawała na barokowe uniesienia. Było tego zwyczajnie za dużo! A jak się okazało w trakcie bisu, ma czysty, mocny i wyróżniający się głos. Perkusja Demiana dawała radę, elektronika też, ale całościowo bez zaskoczenia, zachwytu itd. Wszystko zatrzymało się na tzw. momentach. Mam nadzieję, że jeszcze wszystko co najlepsze przed nimi.

Niedziela to już wielki finał w Centrum Technologii Audiowizualnej, który odbył się w Studiu Filmowym im. Wojciecha Jerzego Hasa. Na dużą scenę wyszli Nils Petter Molvaer, Eivind Aarset i Samuel Rohrer. Trudno sobie wymyślić lepszy wstęp przed Eklektik Orchestrą. Molvaera i Aarseta wyśmienicie dopełnił szwajcarski perkusista Rohrer (obsługiwał też dużo różnej elektroniki), często zmieniał brzmienie poszczególnych elementów zestawu perkusyjnego, choćby nakładając loopy na werbel czy talerze. Aarset także wyposażony w konkretną porcję urządzeń modulował brzmienie gitary z wielką precyzją, robiąc to często na zasadzie akordów, które następnie przybierały formę ambientowego pasma dźwięków, a niekiedy były bliższe surowego i drapieżnego jazgotu. Oczywiście Molvaer dołożył jedyną w swoim rodzaju trąbkę o piaszczystym, sennym, melancholijnym brzmieniu. Nie brakowało też z jego strony dynamiki czy „wściekłości”. Bardzo dobrze zapamiętałem taki moment, w którym poczułem żywego ducha Milesa Davisa z ery „Bitches Brew”. To było coś!

Po dłuższej przerwie pojawiła się Eklektik Orchestra, rozrastająca się z minuty na minutę w składzie, formie i natężeniu emocji. Pierwsi uruchomili tą maszynę Øyvind Hegg-Lunde, Åsmund Weltzien, kontrabasista Jonathan Levy, Studnitzky i Josh Dion. Po kilku minutach chwycił za bas Radek „Bond” Bednarz, podobnie Geoff Kraly. Za trzecim zestawem usiadł Samuel Rohrer, następnie wyszedł z gitarą Eivind Aarset i na końcu dołączył Nils Petter Molvaer. „Eklektyczna” to jedyne słuszne słowo, jakie można przypisać temu muzycznemu organizmowi. W tym wypadku slalom po stylistykach jest normą, ale sztuką jest poprowadzenie słuchacza w taki sposób, aby nie dostrzegł „szwów”. Eklektik Orchestra spisała się rewelacyjnie. Ten żywy twór reagował na zmiany i słuchał siebie nawzajem. Właściwie to mogliby tak grać bez końca. Trzy zestawy perkusyjne dały konkretną motorykę, a pozostałe instrumenty kreowały nieustający suspens. Po hucznych owacjach i okrzykach publiczności udało się wywołać Orchestrę na jeden bis, który nabrał tanecznych rumieńców. Widziałem jak wokół mnie ludzie zaczęli się kołysać oraz potupywać nóżkami przy zamkniętych oczach. Znakomita końcówka!

Kameralnie, intymnie, bardzo blisko artystów, totalnie niespiesznie i serdecznie – taką atmosferą otacza zewsząd słuchacza Eklektik Session. Jeśli nie byliście na żadnej edycji tego festiwalu, to rezerwujcie czas na przyszły rok. Ja na pewno to zrobię!

fot. Marek Ciechowski

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze