Alessandro Adriani – Morphic Dreams
Paweł Gzyl:

Syntetyczne sny.

Ellen Allien – Alientronic
Paweł Gzyl:

„Berlinette” na twardo.

Hoera. – Jaunu
Łukasz Komła:

Chóralne imaginacje.

jitwam. – Honeycomb
Ania Pietrzak:

Indie, medytacja i ciepły funk.

Benjamin Fröhlich – Amiata
Paweł Gzyl:

Bezpretensjonalna kolekcja tanecznych sztosów.

Polynation – Igneous
Mateusz Piżyński:

Debiutanci z Holandii.

ASUNA & Jan Jelinek – Signals Bulletin
Jarek Szczęsny:

Jest przyjemnie.

Synkro – Images
Paweł Gzyl:

Breakbeatowy ambient w pełnej glorii.

Holly Herndon – PROTO
Jarek Szczęsny:

Genetyczna DJ`ka.

Jonas Kopp – Non Virtual Reality
Paweł Gzyl:

Industrial i drony w służbie ambientu.

Ikarus – Mosaismic
Łukasz Komła:

Wielopoziomowa ekspresja.   

Qasim Naqvi – Teenages
Jarek Szczęsny:

Subtelny, oszczędny i dziwny.

Varg – Sky City Part 1 & 2
Paweł Gzyl:

Powrót syna marnotrawnego.

Samuel Kerridge & Taylor Burch – The Other
Paweł Gzyl:

Nowe oblicze muzyki brytyjskiego producenta.



HATI & Zdzisław Piernik – Avant-garde out of Poland

Polska w awangardzie – część druga.

Na początku tego tygodnia obiecywałem drugą część nie-cyklu o awangardzie w Polsce. Nie ukrywam, że tytuł płyty – „Avant​-​garde out of Poland” – był inspiracją do nazwania tego nie-cyklu. Punktem stycznym między płytą duetu Esztényi/Zemler, a wydawnictwem HATI/Piernik jest międzypokoleniowość. W obu przypadkach dochodzi do współpracy starszyzny z młodziakami. Bliźniacze podobieństwo obu przedsięwzięć dotyczy również poziomu artystycznego. Wysokiego, rzecz jasna. Zdzisław Piernik jest tubistą o uznanej w świecie renomie oraz propagatorem polskiej muzyki, szczególnie poza granicami kraju. Natomiast HATI (Rafał Iwański i Rafał Kołacki) eksplorują świat perkusyjnych dźwięków. Z grubsza to by było na tyle, jeśli chodzi o opis twórców, bo ważniejsza jest muzyka.

W tej materii będziemy poruszać się po gęstwinie. Bogactwo instrumentów dorównuje bogactwu wyobraźni twórców. Tytuł jednoznacznie wskazuje, że terytorium, po którym będą się poruszać, do awangardowego zaliczyć trzeba, jednocześnie przypominając o tytule płyty zespołu Dezerter. W „Gethen” dzikość przejmuje kontrolę. Wokół wybrzmiewa złowroga aura. Instrumenty i różnej maści obiekty tworzą tło dla zrywów tuby. Współpraca instrumentalistów daje mocne efekty. Na przykład w trakcie słuchania otwierającego „Hain” przyda się słuchaczom latarka.

Osobną kategorią jest dwuczęściowy utwór „Ve”. W części pierwszej wszelkiej maści szurania, tarcia wybrzmiewają razem z gongiem oraz dzwoneczkami. Taki dobór dźwięków dodaje więcej mistycyzmu. Dekonstrukcja zaprezentowana na końcu jest wyjątkowa. Część druga wraca do rytmicznej płaszczyzny, ale warstwy na niej ustawiane, są inne. Więcej tu podskórnej niepewności oraz bogactwa zdobniczego. Z tria emanuje duża pewność siebie. Najistotniejsze na albumie są mikrocząsteczki i pigmenty, które otaczają rdzeń.

Zaprzeczeniem powyższego może być, wyróżniający się minimalizmem, „Yeowe”. Pełen rozpędzającej się rytmiki oraz mocniejszych akcentów tuby. Najobficiej wypada „Tri”, który brzmi niczym noc spędzona pośród dzikiej przyrody. Chodzi mi o to skoncentrowanie uwagi na słuchu, który możliwy jest jedynie w chwili, kiedy zasięg wzroku, na skutek braku światła, spada do możliwości rozpoznania jedynie własnych kończyn. Nieprawdopodobnie, że bez światła, a jedynie z pomocą dźwięków takie doznania zostały wywołane. Choć biorąc pod uwagę z kim mamy do czynienia, dziwienie się jest nie na miejscu. Bo to zwyczajnie niezwyczajna płyta jest.

Requiem | 2018
Bandcamp
Na żywo

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze