Ian William Craig – Thresholder
Jarek Szczęsny:

Grobowa ekspansywność.

System – Plus
Paweł Gzyl:

Duńscy weterani ambientu plus Nils Frahm.

Igor Boxx – Kabaret
Jarek Szczęsny:

Słuchanie do namysłu.

Objekt – Cocoon Crush
Paweł Gzyl:

Egzotyczny kolaż mikrodźwięków.

Julia Holter – Aviary
Jarek Szczęsny:

Uzasadniona epickość. Kwestią dyskusyjną stało się posługiwanie definicją albumu muzycznego. Rzecz się głównie odnosi do czasu trwania. Nie ukrywam, że sam mam z tym problem. Takie na przykład Kids See Ghosts trwa niecałe dwadzieścia pięć minut, a za znakomity album […]

Shlømo – Mercurial Skin
Paweł Gzyl:

Elektroniczna retromania.

SHXCXCHCXSH – OUFOUFOF
Paweł Gzyl:

Rytmiczne wariacje.

Jessica Moss – Entanglement
Jarek Szczęsny:

Swoją drogą.

Book Of Air – Se (in) de bos
Łukasz Komła:

Ambient na osiemnastu muzyków!

Kittin – Cosmos
Paweł Gzyl:

Kittin ciągle ta sama, choć już bez „Miss”.

Remek Hanaj – Wysiadywanie góry
Jarek Szczęsny:

Strefa słyszenia.

Jan Wagner – Nummern
Łukasz Komła:

To nie numerologia, to czyste emocje!

Adam X – Recon Mission
Paweł Gzyl:

Ucieczka z Nowego Jorku – w rytmie techno i EBM.

Neneh Cherry – Broken Politics
Jarek Szczęsny:

Ucieczka od masowej popularności.



Julia Holter – Aviary

Uzasadniona epickość.

Kwestią dyskusyjną stało się posługiwanie definicją albumu muzycznego. Rzecz się głównie odnosi do czasu trwania. Nie ukrywam, że sam mam z tym problem. Takie na przykład Kids See Ghosts trwa niecałe dwadzieścia pięć minut, a za znakomity album go uważam. Nie rozstrzygniemy tego teraz. Jedno jest pewne, że jeśli najdzie cię ochota do opisania współczesnego świata za pomocą płyty długogrającej to wiedz, że ktoś już to zrobił, a całość trwa dziewięćdziesiąt minut. Konkretnie zrobiła to Julia Holter, a całość nazwała „Aviary”, co przekuć na polskie można jako „ptaszarnię”. Znakomita definicja stanu, w którym przyszło nam żyć. Wszechobecny chaos czy to związany z informacjami, czy zalewem treści wprost z internetu, jest przytłaczający. I o tym postanowiła opowiedzieć artystka.

Julia Holter nie traci czasu i od razu wrzuca nas na głęboką wodę. „Turn the Light On”, bo niej mowa, jest pełna jazgotliwości, przepychu oraz krzykliwości. Od razu ukierunkowuje percepcję na resztę płyty. Jeśli już mamy do czynienia z koncept-albumem, a przynajmniej jakąś jego formą, to należy zadbać o odpowiedni szyk utworów. Drugi w kolejce „Whether” jest właśnie umiejętnie ustawiony, gdyż przykuwa uwagę prostym rytmem i dość przystępną formą, a więc stanowi przeciwstawieństwo utworu pierwszego. Takich połączeń na płycie jest więcej, co świadczy o skrupulatnym skomponowaniu albumu. Właściwie mamy tu wszystko: dramatyczne wątki, minimalistyczne fragmenty, euforyczne wzloty, napiętą atmosferę czy wyrażanie lęków.

Zasadnicza część płyty zaczyna się od utworu „Chaitius”, którego początek przypomina wycieczkę w stronę opery, która później skręca w stronę awangardy, żeby na koniec wyjść w artpopowych szatach. Artystka znana z pisania świetnych piosenek, ale trzymających się formalnych granic, tu porzuca je na rzecz nieskrępowanej wolności. Jak inaczej interpretować najtrudniejszy formalnie „Everyday I san Emergency” czy „Another Dream”. Jest jeszcze „Les Jeux to You” zmierzający w stronę parku rozrywki czy pełen pewnej siebie powściągliwości „I Would Rather See”. Jedynym wspólnym mianownikiem zdają się być teksty, które mają być emanacją chaosu, rozpadu, poczucia niepewności i lęku, czy to w formie globalnej czy osobistej. „I always find myself dead, from a 14th century” śpiewa w “Voce Simul”, będącym jedną z pereł sunącą na jazzowym podkładzie.

I wszystko trafia szlag w połowie, bo oto pojawia się zjawisko o rzadkiej urodzie – „I Shall Love 2”. Niebywała lekkość z jaką Julia Holter przechodzi, nie tyle ze stylu na styl, co wręcz z epoki na epokę, sprawia wrażenie tak oczywistego, że trudno uwierzyć, że nikt przed nią czegoś takiego nie dokonał. No i ten narkotyczny koniec rodem z The Velvet Underground. Występująca później „I Shall Love 1” odzwierciedla plemienną wspólnotę, a chóralne zaśpiewy przypominają radość rodem z dokonań The Beatles. Ni z tego, ni z owego spada nam na głowę klasyczno-jazzowy „Colligere”. Te wszystkie zmiany, to mącenie ludziom w uszach, ten nieustanny potop bodźców ma być obrazem świata dzisiejszego. Wszakże wystarczy na chwilę wejść do internetu, żeby zostać zalanym wszystkim i zostać z niczym. To zasadnicza różnica między rzeczywistością a „Aviary”. Po tej drugiej zostaje materiał do namysłu. I pocieszenie, że chaosu coś dobrego też może powstać.

Domino | 2018
Strona oficjalna
Bandcamp
FB

 

Dołącz do ponad 10 000 fanów na Facebooku:

Komentarze