Rafael Anton Irisarri – Peripeteia
Jarek Szczęsny:

Ambient wagi ciężkiej.

Bouchons d’oreilles – Stray Dog with a Collar
Jarek Szczęsny:

W połowie drogi.

Chouk Bwa & The Ångströmers – Vodou Alé
Łukasz Komła:

Voodoo z przyszłości.

Ben Lukas Boysen – Mirage
Jarek Szczęsny:

Pokaz iluzji.

Siema Ziemia – Siema Ziemia
Jarek Szczęsny:

Dodatkowe skurcze mięśni.

Fluxion – Perspectives
Paweł Gzyl:

Nostalgia po grecku.

Lawrence English – Lassitude
Jarek Szczęsny:

Doskonała pustka.

Elysia Crampton – ORCORARA 2010
Jarek Szczęsny:

Niepowstrzymana losowość.

Kaitlyn Aurelia Smith – The Mosaic of Transformation
Jarek Szczęsny:

Cały zestaw radosnych nastrojów.

Phillip Sollman – Monophonie
Paweł Gzyl:

Muzyczna maszyneria.

Vladislav Delay & Sly Dunbar & Robbie Shakespeare – 500-Push-Up
Paweł Gzyl:

„Rakka” uzupełniona o dubowy puls.

Zguba – Pomór
Jarek Szczęsny:

Nieustający marsz kostuchy.

Richu M – House Of The Vaporising Sun
Bartek Woynicz:

Ten tytuł mówi wszystko.

Maenad Veyl – Reassessment
Paweł Gzyl:

Muzyka z sali operacyjnej.



Thom Yorke – Anima

1997-2019-2049?

„Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my ludzie powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący, jak przed wejściem do piekła”. (Franz Kafka, list do Oskara Pollaka w: „Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców”)

Kiedy ponad dwie dekady temu ukazała się płyta „OK Computer” Radiohead, Thom Yorke był jedną z niewielu osób – obok Stanisława Lema – które otwarcie nie podzielały powszechnego zachwytu postępem technologicznym, upatrując w nim licznych zagrożeń. Z perspektywy czasu może wydawać się, że to, o czym śpiewał Yorke w 1997 roku – uzależnienie od technologii, zmiany klimatyczne, hiperkonsumpcjonizm, alienacja i tak dalej, żeby posłużyć się tylko kilkoma hasłami – jest oczywiste. Wtedy wcale takie nie było.

Wtedy internet był względnie niewielki, lecz wiązano z nim wielkie nadzieje. Wtedy uważano, że zniesie wszelkie bariery i zbliży ludzkość w ramach „globalnej wioski”, tymczasem dwie dekady później ludzie nigdy nie byli bardziej samotni – mimo możliwości kontaktu z drugim człowiekiem na niespotykaną dotąd skalę. Wtedy wydawało się, że zmiany klimatyczne to odległa przyszłość, jeśli nie kompletna mrzonka, tymczasem najnowsze raporty w tej sprawie alarmują, że do początku końca cywilizacji zostało zaledwie 30 lat.

Wygląda na to, że Thom Yorke wiedział to wszystko. A jeśli nie wiedział, to przeczuwał. Jeżeli więc „OK Computer” stanowiło proroctwo upadku, „Anima” – jego trzecie studyjne solo – jest tego upadku kroniką. Jedną z tych płyt, która – jeśli przetrwa – powie coś o nas następnym pokoleniom. Ale raczej nie w taki sposób, w jaki chcielibyśmy być zapamiętani. „It’s not good / It’s not right”, śpiewa Yorke w hipnotycznym „Traffic” i dodaje: „Show me the money / Party with a rich zombie (…) I can’t breathe / There’s no water”.

W tym samym utworze pojawia się wzmianka o foie gras. Być może to przypadek, ale szkockie trio Young Fathers – inni piewcy lirycznej apokalipsy – w podobnym kontekście wspominało o tej samej potrawie na ubiegłorocznej, równie niespokojnej płycie „Cocoa Sugar”. Drobiowa wątróbka jako symbol rozkładu i rozpasania? W „Last I Heard (…He Was Circling the Drain)” padają słowa: „Swimming through the gutter / Swallowed up by the city / Humans the size of rats”. Ludzkość sprowadzona do poziomu szczurów.

Na planie tekstowym Yorke – podobnie jak na ostatnim albumie Radiohead, „A Moon Shaped Pool” z 2016 roku – meandruje pomiędzy katastroficznymi wizjami przyszłości a klęskami życia osobistego. Bodaj najwyraźniej słychać to w przejmującym „Dawn Chorus” ze znamiennym tekstem o straconych szansach i egzystencji jako matni: „Back up the cul-de-sac / Come on, do your worst (…) If you could do it all again / This time with style”. Kto choć raz nie chciał cofnąć czasu lub wypowiedzianych w gniewie słów?

Punktem kulminacyjnym jest powalający „The Axe”, gdzie Yorke grozi siekierą niezidentyfikowanemu urządzeniu, „tej cholernej maszynerii” (laptop, smartfon?), i jednocześnie zadaje pytanie: „Where’s the love you’d promised me?”. A potem złowieszczo lamentuje: „I thought we had a deal”. Niezależnie od tego, o jaką umowę chodzi – zgoda na warunki używania aplikacji, pakt między przyjaciółmi lub kochankami itd. – jest w tym pewna niespełniona obietnica, jakiś bolesny zawód. Jesteście tam, tinderowcy?

Warstwa dźwiękowa „Animy” jest minimalistyczna i stanowi logiczną kontynuację brzmienia dwóch poprzednich płyt Yorke’a. Spazmatyczne beaty i zagęszczone syntezatory kojarzą się z etykietą „muzyki post-klubowej”, co w tym przypadku ma sens o tyle, że przywołują na myśl słowa utworu „Present Tense” Radiohead: „As my world comes crashing down / I’ll be dancing, freaking out”. Na „Animie” świat jest na skraju upadku – lub już upadł z hukiem – zaś niedobitki zdegenerowanej ludzkości tańczą w szale.

O ile więc muzyka jest nieco wtórna (w „Twist” słychać prawdopodobnie ten sam chór dziecięcy, co w radioheadowym „15 Step”), o tyle przekaz werbalny – globalny i zarazem intymny – uderza w samo sedno. Nawiązując jeszcze do tytułu „The Axe”: Kafka mawiał, że literatura powinna być czymś w rodzaju „siekiery na zamarznięte w nas morze”. Muzyka zawarta na „Animie” zdaje się celować swym ostrzem dokładnie w tym kierunku. Choć za 30 lat prawdopodobnie będziemy tęsknić za chłodniejszymi czasami.

XL Records | 2019

 


Dołącz do ponad 13 000 fanów na Facebooku:

Komentarze