Ta przeraźliwie upalna niedziela, w którą Fred Frith zawitał do Poznania, to był jakiś dziwny dzień. Dopiero po południu uświadomiłem sobie, że to 'dziś', dzień był zupełnie 'niekoncertowy', za to w stu procentach letni, ale zarazem męczący gorącem, wyczerpujący i zniechęcający do wszelkiego ruchu. Po usłyszeniu gitarzysty na żywo uzyskałem pewność, że na występ Fritha każdy dzień byłby odpowiedni.

Ta przeraźliwie upalna niedziela, w którą Fred Frith zawitał do Poznania, to był jakiś dziwny dzień. Dopiero po południu uświadomiłem sobie, że to 'dziś', dzień był zupełnie 'niekoncertowy', za to w stu procentach letni, ale zarazem męczący gorącem, wyczerpujący i zniechęcający do wszelkiego ruchu. Po usłyszeniu gitarzysty na żywo uzyskałem pewność, że na występ Fritha każdy dzień byłby odpowiedni.
Do Starego Browaru dotarłem około 20:20 (godzina z plakatu - 20) wypatrując kolejek na koncert, jednak miłe zaskoczenie supportujący Reportaż o tej godzinie już grał w najlepsze, a większość publiczności zajęła już miejsca na sali. Supportem był poznański zespół, który obecnie przybrał kształt duetu - Andrzej Karpiński na perkusji (wspomaganej elektroniką) i Witold Oleszak (klawisze).
|
|
||
Pamiętam, że gdy ostatnio widziałem Karpińskiego w duecie z francuskim gitarzystą Nicolasem Chatenoud, pomyślałem 'jakie to frithowskie' (skojarzyło mi się to mocno np. z płytą "Gravity"). Reportaż był odpowiednim wstępem do koncertu gitarzysty, wprowadził ducha improwizacji, choć miałbym parę uwag, co do jego wykorzystania.
Jak na mój gust było w tym więcej szukania niż znajdowania, perkusista cały czas dokręcał jakieś gałki w swoich przetwornikach dźwięków, klawiszowiec często przyjmował pozycję wyczekującą wobec niego. Może nie miał odwagi przejąć inicjatywy, a może nie takie było założenie projektu. Była to więc w pewnym sensie improwizacja nie pociągnięta do końca, dość asekuracyjna.
Support grał około trzech kwadransów a po krótkiej przerwie pojawił się Fred Frith. Wcześniej zerknąłem na stolik, na którym rozłożone były rozmaite przedmioty - blaszane puszki, łańcuszki, pędzle, sznurki, szczotki do butów, patyczki, pałki perkusyjne, małe radyjko (dyktafon ?). Wszystkie te atrybuty poszły w ruch, a Frith okazał się człowiekiem orkiestrą, który ze swej gitary zrobił kontrabas, cymbałki, syrenę, skrzypce, dzwony (tak, takie kościelne), banjo, perkusję, a momentami też zawodzącą, łkającą trąbkę.
Jak często bywa z najciekawszą muzyką, ta również mocowała się z naturą czasu, mówiła o niej coś nowego. Przed muzykiem w półkolu leżało około dziesięciu 'skrzyneczek', które umożliwiały mu wprowadzanie gitarowych dźwięków w obieg. Frith zaczął od rozciągniętych, płomiennych akordów, potem krążyły one, jakby majaczyły w oddali przez długie chwile. Tak było jeszcze kilka razy, artysta proponował nam nowe dźwięki, a my jakby unoszeni przez nie, mogliśmy obserwować z góry pejzaż dźwiękowy, który minęliśmy przed momentem.
|
|
||
Fred Frith od początku zapanował nad koncertem, poprosił fotografów by nie robili zdjęć podczas występu. Zamiast tego urządził minutę specjalnie dla nich - w tym czasie przyjmował dziwaczne pozy, markując zapamiętanie i szaleństwo w grze. Poczucie humoru objawił też podczas samej improwizacji, a jest to rzadka cecha tego typu występów (do głowy przychodzą mi Noid albo, ze względu na brzmienie swego daxofonu, Kazuhisha Uchihashi), chyba głównie dlatego, że artyści boją się (zresztą słusznie) stworzenia muzycznego kabaretu. Frith był od tego daleki, jego różne pomysły na traktowanie swej gitary zawsze miały też znaczenie muzyczne i ono było pierwszoplanowe.
Gitarzysta improwizował bardzo odważnie, jakby co rusz wyruszał w nieznane po raz kolejny, niestrudzenie. Co uczyniło występ tak bardzo ciekawym w odbiorze (i w gruncie rzeczy 'przyjemnym') było wrażenie całościowego ładu. Czuć było że Frith daje sobie zupełnie wolną rękę w grze, ale oprócz tego była ta świadomość, że wszystko zmierza w odpowiednim kierunku. I nie chodzi o jakieś zaplanowanie, bo być może celu nie znał sam wykonawca (albo celu w ogóle nie ma), ale o to, że ta przygoda wyjdzie wszystkim na dobre. I faktycznie - mistrzowski w epizodach występ ułożył się w fascynującą, składną, trzymającą w napięciu całość.
Reportaz zagral bardzo przyjemnie....dobrze ze nie bylo odglosow paszcza -wole to instrumentalne wcielenie...a Frith...coz-mistrzostwo-ogromna wyobraznia....niewielu ma taka...muzyka improwizowana najwyzszych lotow-ja dla siebie prywatnie oceniam ten koncert jako maly spektakl muzycznego BDSM...... :)Piekny to byl czas.......
ja nie znosze takich gadek w stylu kazdy by tak potrafil zrobic .mam na nie taka odpowiedz, ze byc moze okej, ze kazdy by tak potrafil, ale z jakiegos powodu nie kazdy jednak tak robi. wiec ten kto to robi to wlasnie jest ten ktory potrafi, a nie ci co gadaja, ze by tez tak potrafili. tez mialem podobne odczucia po koncu, to jest taki papierek lakmusowy na dobry koncert, a improwizacje w szczegolnosci, ze wlasnie jakies tu i teraz tak idealnie sie przeciely i razem daly cos...no Cos po prostu.
Reportaż zaczął świetnie; można wyczuć było zgranie, tworzenie zaplanowanych struktur; perkusja odgrywała najważniejszą rolę. Wystep byl trafionym w dziesiatke eksperymentalnym supportem przed jeszcze bardziej eksperymentalnym Frithem. Ten natomiast pokazał, że gitara może być sama w sobie wystarczająca, no oczywiście za pomocą odpowiedniego zapętlania jej dźwieków. Różnorodność przedmiotów, którymi molestował swoją gitare była równie imponująca, jak samo skupienie, wewnetrzny spokoj artysty. Przyjemnie bylo bardzo to obserwowac, oczekujac czym jeszcze artysta zaskoczy. Moze wlasnie tu jedna uwaga - sam sposob gry przyciagal bardziej niz budowana muzyczna przestrzeń... Usłyszałam komentarz, że każdy mógłby robić takie rzeczy z gitara , w sensie, ze moglby cos na nia sypac, przeciagac sznurki przez struny czy jak na samym koncu na chwile wlaczyc male radyjko, przeciagnac je szybko po strunach.....Otoz nie kazdy by tak potrafil.. musialby miec tak niesamowita wyobraznie jak Frith. Zakonczenie & bis daly poczucie wewnetrznego wypelnienia entuzjazmem i zadowoleniem, poczucia, ze jest sie we wlasciwym mejscu i we wlasciwym czasie.. mozna bylo udac sie na lekko trzesacych sie z wrazenia nogach w strone domu :)


